Ale właściwie — po co czekać na chwilę tuż przed śmiercią? Przypuśćmy, że wiesz, iż nie zostało ci więcej jak rok lub dwa lata życia. Czy nie lepiej dać się zamrozić od razu — rozważał Hadden — niż czekać, aż mięso całkiem się zepsuje? No tak, ale skąd gwarancja — zastanawiał się dalej — że choroba będzie uleczalna wtedy, gdy się ciebie odtworzy? Możesz dla większej pewności dać się zamrozić i na całą geologiczną erę, budzisz się, a tu — westchnął Hadden — wciąż nie potrafią leczyć raka i umierasz na melanomę. Albo na zawał serca.
Nie, jest tylko jedno rozwiązanie. Trzeba dać się zamrozić w absolutnie kwitnącym stanie zdrowia. I nie w żadnym laboratorium kryogenicznym, ale wystrzelić się w podróż w jedną stronę do gwiazd. Dodatkowa z tego korzyść, że oszczędzone ci będzie starcze upokarzające kwękanie pośród ludzi. Im dalej od wnętrza układu słonecznego, tym niższa temperatura, aż dochodzisz do kilku stopni powyżej zera absolutnego. Wystarczy.
Ale, ale — przyłapał się na czymś — po co stopniowo się oziębiać wędrując na obwód układu słonecznego i potem — w międzygwiezdny mróz? Nie lepiej w ogrzewanym pojeździe zwiedzić sobie układ słoneczny za życia, obejrzeć to i owo, a potem szybciutko zamarznąć, gdy przyjdzie ochota — jak już się wleci między gwiazdy?
Zanim powędrował do swego chateau, Hadden we wszelki możliwy sposób zabezpieczył się przed możliwością choroby. Nawet poddał się ultradźwiękowemu rozbiciu kamieni żółciowych i nerkowych. I nagle zmarł w wyniku wstrząsu anafilaktycznego. Z bukiecika frezji przysłanego mu przez wielbicielkę na pokładzie Narnii, wyleciała rozeźlona pszczoła, zaś na Matuzalemie — co za wstyd — nie było odpowiedniego antiserum. Pszczołę trudno oskarżać o zabójstwo z premedytacją, gdyż biedny owad (którego małe, zmiażdżone dłonią Haddena ciałko posłano mimo to entomologom do ekspertyzy sądowej), dość się wycierpiał w niskiej temperaturze luku bagażowego Narnii. Ironiczna wymowa śmierci miliardera pokonanego przez pszczołę, nie umknęła uwagi prasy, a także kaznodziejów na niedzielnych mszach.
Choć w rzeczy samej wszystko było oszustwem. Nie było pszczoły, żądła, śmierci. Hadden cieszył się nadal znakomitym zdrowiem i zamiast zejść tragicznie z tego padołu, z chwilą wybicia północy, w Nowy Rok — a więc dziewięć godzin po aktywacji Maszyny — odpalał już rakiety napędowe, siedząc w zadekowanym na Matuzalemie niewielkim pojeździe kosmicznym, którego nazwał Gilgameszem. Prędko osiągnął szybkość pozwalającą mu wyrwać się z orbity okołoziemskiej, i skierował się w przestrzeń.
Życie Haddena upłynęło na gromadzeniu władzy i kontemplacji czasu. Im większą masz władzę, tym więcej jej pragniesz — taki był wniosek Haddena. Zaś moc łączy się z czasem w ten sposób, że w obliczu śmierci stajemy wszyscy bezradni. Dlatego starożytni królowie, by przedłużyć swe ziemskie panowanie, budowali sobie pomniki i monumenty. Jednak i one ulegały erozji i ostatecznie imiona królów zacierały się nie tylko w pamięci, ale i w kamieniu. A co gorsza — oni sami od dawna gnili w ziemi, lub nawet i tam nic już po nich nie było. Nieeee, Hadden z pewnością nie poszedłby na to. Znalazł sposób elegantszy, piękniejszy, przyjemniejszy, znalazł furtkę ukrytą w ścianie czasu i wszedł w nią.
Gdyby nie utrzymał tego faktu w tajemnicy, wywołałby na Ziemi wielki zamęt. Hadden zamrożony do czterech stopni Kelvina, do tego miliardy kilometrów od Ziemi — kim właściwie był w świetle prawa? Kto miałby zarządzać jego korporacjami? Sposób, który wybrał, był czystszy. Paroma zapisami w rozrośniętym już i tak do sporych rozmiarów testamencie, spadkobiercom swym — naturalnym i wyznaczonym — pozostawiał zarząd nad korporacjami pod warunkiem, że będą się specjalizować w silnikach rakietowych i kryogenice, zaś nazwę zakładów zmienia na Immortality Inc. I więcej już do tej sprawy nie wracał.
Na Gilgameszu nie było radia, bo Hadden nie chciał już słyszeć ani o Maszynie, ani o Piątce podróżników. Nie chciał już słyszeć wiadomości z Ziemi — niczego co by go rozbawiło lub odebrało mu ducha, żadnego z tych tumultów, które donikąd nie prowadzą. Tylko — samotność. Wzniosłe myśli. Cisza. Gdyby w następnych kilku latach coś nieprzewidzianego miało się wydarzyć, zamrażarki Gilgamesza można będzie włączyć jednym przyciśnięciem guzika. Do tego czasu jest biblioteka pełna ulubionej muzyki, książek i taśm video. Nie będzie samotny. Prawdę mówiąc — nigdy nie przepadał za towarzystwem. Yamagishi wahał się nawet, czy nie lecieć z Haddenem, ale ostatecznie stchórzył. Nie przeżyłby dnia — powiedział — bez swych, jak się wyraził, „sekretarek”. A w takiej podróży nie tylko nie byłoby dla nich dość rozrywek, ale nawet i miejsca. Tak, z pewnością zacznie mu kiedyś doskwierać monotonia pożywienia i skromny zakres atrakcji, ale Hadden znał siebie. Był człowiekiem o nieograniczonej wyobraźni. To, co miał najciekawsze, miał w sobie.
Za dwa lata jego fruwający sarkofag wpadnie w grawitacyjną studnię Jowisza, tuż za pasem radiacji, i jak z procy wyleci w przestrzeń międzygwiezdną. I któregoś dnia będzie miał z Gilgamesza widok piękniejszy niż ten, na Matuzalemie: przelewające się wielobarwne chmury Jowisza, największej planety, choć gdyby chodziło mu o widoki, Hadden z pewnością wolałby Saturna. Lubił pierścienie. Ale Saturn jest odległy o cztery lata od Ziemi, a to w końcu dwa razy dalej. Jeśli ktoś zaczyna grę o nieśmiertelność, musi być bardzo ostrożny w najdrobniejszej sprawie.
Przy tej szybkości Gilgameszowi trzeba będzie dziesięciu tysięcy lat, by dotrzeć do najbliższej gwiazdy. Ale gdy się ma temperaturę czterech stopni powyżej zera absolutnego, jest na wszystko wiele, wiele czasu. Aż któregoś pięknego dnia, choćby za milion lat — Hadden o to nie dbał — Gilgamesz trafi przypadkiem w jakiś inny system słoneczny. Lub — w ciemnościach między gwiazdami, tę pogrzebową łódź dostrzeże jakaś bardzo zaawansowana, bardzo mądra cywilizacja. Wezmą cały sarkofag ze sobą i już będą wiedzieli, co robić. Tego co Hadden zamierzył — nikt wcześniej nie dokonał. Nikt tak jak on nie sięgnął wyobraźnią w przestrzeń.
Ufny w to, że jego koniec stanie się początkiem, Hadden wypróbował właściwą pozycję. Zamknął oczy i skrzyżował na piersi dłonie. W tej chwili rakiety znów odpaliły, tym razem krócej, i błyszczący pojazd chyżo pomknął przed siebie, w długą podróż ku gwiazdom.
Za tysiące lat, pomyślał Hadden, Bóg jeden wie, co spotka Ziemię. Lecz to już nie jest jego problem. Nigdy, prawdę mówiąc, nie był. Będzie spał głębokim, lodowatym snem, doskonale zachowany, w sarkofagu przemierzającym międzygwiezdną pustkę, nad faraonami, nawet nad Aleksandrem, zaćmiewając samego Qin. W nieokiełznaniu swej myśli — człowiek zapragnął zmartwychwstania.
Nie za wymyślonymi bowiem mitami postępowaliśmy wtedy, gdy daliśmy wam i poznać moc i przyjście Pana naszego ą Jezusa Chrystusa, ale jako naoczni świadkowie Jego wielkości.
Drugi List Św. Piotra Apostola, 1:16
Połączenia telefoniczne zreperowano i pługami oczyszczono ze śniegu drogi. Do bazy na Hokkaido zaczęli zjeżdżać dopuszczani za specjalnym pozwoleniem przedstawiciele prasy światowej, by przyjrzeć się Maszynie. Kilku reporterów przeprowadzono przez rozwory próżniowe za benzelami, innym pozwolono wejść do włazu, a jeszcze innym — nawet do kabiny załogowej. Świat ujrzał swych reporterów siedzących w fotelach, które przedtem zajmowała Piątka i opowiadających o nieudanym starcie Maszyny, a także o dzielności personelu, który od świtu do nocy zapracowuje się w poszukiwaniu usterek. Z odległości (ot, by pokazać, że w ogóle żyją i miewają się dobrze) sfilmowano Ellie w otoczeniu kolegów i przeproszono, że na razie żadne z nich nie ma ochoty udzielić wywiadu.