— Nie, jeśli będę w stanie coś zrobić — warknął.
— Co? — zapytał Nalesean. — Patrz. Ustawiają się na starcie, Mat. Niech Światłość spopieli mą duszę, mam nadzieję, że twoje będzie na wierzchu. Ten srokacz nie wygląda mi na szalonego; on się rwie do biegu.
Konie przestępowały z nogi na nogę, zajmowały swoje miejsca między wysokimi słupkami wbitymi w ziemię, na których powiewały w gorących podmuchach wiatru proporce, niebieskie, zielone, we wszystkich kolorach, niektóre paskowane. Pięćset kroków przed nimi po trakcie z ubitej czerwonej gliny identyczny szereg proporców na słupkach tworzył kolejny rząd. Każdy z jeźdźców musiał okrążyć proporzec tego samego koloru, jaki powiewał po jego prawej stronie najpierw przy starcie, a potem zawracając. Przedstawiciele bukmacherów stali po obu stronach szeregu koni, odrobinę z przodu, pulchna kobieta i takiż mężczyzna, i każde z nich trzymało nad głową białą szarfę. Sami bukmacherzy kierowali się znakami dawanymi przez tamtych i wstrzymywali przyjmowanie zakładów w momencie, gdy wyścig się zaczynał.
— Ażebym sczezł — wymamrotał Nalesean.
— Światłości, człowieku, uspokój się. Jeszcze będziesz łaskotał swoją szwaczkę pod brodą. — Ostatnie jego słowa utonęły w wyciu tłumu, kiedy szarfy poszły w dół, a konie skoczyły naprzód, chociaż nawet tętent ich kopyt utonął we wrzasku rozentuzjazmowanych gapiów. Po dziesięciu krokach Wiatr wysunął się na prowadzenie, Olver przylgnął płasko do jego karku, derkacz ze srebrną grzywą znajdował się jedynie o łeb z tyłu. Srokacz biegł z tyłu wraz z całą grupą, gdzie pejcze jeźdźców szaleńczo unosiły się w górę i w dół.
— Powiedziałem ci, że derkacz jest niebezpieczny — jęknął Nalesean. — Nie powinniśmy stawiać wszystkiego.
Mat nawet nie raczył odpowiedzieć. Miał w kieszeni kaftana jeszcze jedną sakiewkę, a nadto garść luźnych monet. Nazywał tę sakiewkę swoim ziarnem; wystarczy kilka monet i miejsce, gdzie grają w kości, a odbuduje swoją fortunę, niezależnie od tego, jak potoczą się wydarzenia dzisiejszego ranka. W połowie dystansu Wiatr wciąż utrzymywał się na prowadzeniu, derkacz zaś nadal biegł tuż za nim, wyprzedzając o długość następnego konia. Srokacz biegł piąty. Tuż po zwrocie ryzyko było największe — chłopcy dosiadający biegnących z tyłu koni znani byli z tego, że próbowali uderzyć tych, którzy okrążyli paliki przed nimi.
Wzrok Mata, wędrując w ślad za końmi, znowu prześlizgnął się po tej kobiecie o ostrych rysach... i zatrzymał. Krzyki i wrzaski tłumu ścichły w jego uszach. Kobieta potrząsała wachlarzem w kierunku koni i podskakiwała podniecona, nagle jednak ujrzał ją w bladozielonej sukni i bogatym, szarym płaszczu, z włosami ujętymi w pienistą siatkę koronki, spódnicami delikatnie uniesionymi, jak szła po posadzce stajni położonej niedaleko Caemlyn.
“Rand, wciąż jęcząc, leżał na posłaniu ze słomy, mimo iż gorączka zdawała się już przechodzić; przynajmniej nie krzyczał na ludzi, których tam nie było. Mat podejrzliwie spojrzał na kobietę, która przyklękła obok Randa. Być może rzeczywiście mogła mu pomóc, tak jak twierdziła, ale Mat nie był już tak pełen ufności jak niegdyś. Cóż niby taka znakomita dama robiła w wiejskiej stajni? Gładząc wysadzany rubinami sztylet ukryty pod kaftanem, zastanawiał się, dlaczego w ogóle kiedykolwiek komukolwiek ufał. To się nigdy nie opłacało. Nigdy.
— ... słaby jak jednodniowy kociak — powiedziała, sięgając pod płaszcz. — Myślę...
Nóż w jej dłoni pojawił się tak nagle, z błyskiem mknąc w kierunku gardła Mata, że zginąłby na miejscu, gdyby się nie pilnował. Przypadł płasko do ziemi, chwytając ją za nadgarstek; klinga zakrzywionego sztyletu z Shadar Logoth odskoczyła łukiem do białej skóry na jej szyi. Naprawdę miał ochotę wykonać cięcie. Szczególnie w chwili, gdy zobaczył miejsce, gdzie jej ostrze wbiło się w ścianę stajni. Wokół wąskiej klingi widniał maleńki krąg zwęglonego drewna, cienka smużka siwego dymu uniosła się w powietrze, po chwili błysnął płomyk”.
Drżąc, Mat potarł dłonią oczy. Samo to, że dotykał tego sztyletu z Shadar Logoth, omalże go nie zabiło, a poza tym wyżarło te wszystkie dziury w jego pamięci, ale jak mógł zapomnieć twarz kobiety, która próbowała go zabić? Sprzymierzeńca Ciemności — do tego się przyznała — który próbował zabić go sztyletem, od którego woda w wiadrze niemalże się zagotowała. Sprzymierzeniec Ciemności, który ścigał i Randa, i jego. Czy to możliwe, że znalazła się w Ebou Dar przypadkiem, w dzień wyścigów, w tym samym miejscu, gdzie przebywał on? Przyciąganie ta’veren mogło stanowić odpowiedź na to pytanie — o tym jednak nie lubił myśleć, podobnie jak o przeklętym Rogu Valere — faktem wszak pozostawało, że Przeklęci znali jego imię. Tamto wydarzenie w stajni bynajmniej nie było ostatnim, kiedy jakiś Sprzymierzeniec Ciemności próbował położyć kres żywotowi Mata Cauthona.
Zachwiał się nagle, czując mocne, radosne uderzenia Naleseana na swoim grzbiecie.
— Patrz na niego, Mat! Światłości w niebiesiech, tylko spójrz na niego!
Konie okrążyły odległe słupki i przebiegły już spory kawał drogi powrotnej. Z wyciągniętą głową, z rozwianą grzywą i ogonem, wyciągnięty jak struna, Wiatr gnał przed siebie z Olverem przylegającym do grzbietu niczym część uprzęży. Chłopak kierował koniem, jakby się urodził w siodle. Cztery długości za nim srokacz wściekle tłukł ziemię kopytami, jeździec nie żałował mu pejcza w próżnej nadziei dogonienia prowadzącego. Dokładnie w tym porządku przemknęły przez linię mety, następny koń przybiegł dalsze trzy długości z tyłu. Derkacz z siwą grzywą przyszedł jako ostatni. Jęki zawodu i narzekania przegranych zagłuszyły okrzyki zwycięzców. Przegrywające żetony białym deszczem posypały się na tor, a dziesiątki służących bukmacherów pognało, by je pozbierać przed rozpoczęciem następnego biegu.
— Musimy szybko znaleźć tę kobietę, Mat. Niewykluczone, że będzie chciała uciec z pieniędzmi, które jest nam winna. — Z tego co Mat słyszał, gildia bukmacherów potrafiła być co najmniej przykra za pierwszym razem, kiedy któryś z jej członków próbował zrobić coś takiego, drugi raz zazwyczaj kończył się śmiercią, jednak tamci wywodzili się z pospólstwa, i to już Naleseanowi wystarczało.
— Przed chwilą stała dokładnie tam, na widoku. — Mat machnął dłonią, nie spuszczając jednocześnie wzroku ze Sprzymierzeńca Ciemności o lisiej twarzy. Popatrzyła z wściekłością na swój żeton, cisnęła go na ziemię, po czym uniosła suknie, żeby wdeptać go w grunt. Najwyraźniej nie postawiła na Wiatra. Wciąż krzywiąc się z niesmakiem, zaczęła torować sobie drogę przez tłum. Mat zesztywniał. Odchodziła. — Zabierz naszą wygraną, Nalesean, a potem zaprowadź Olvera do gospody. Jeżeli spóźni się na lekcję czytania, to prędzej pocałujesz siostrę Czarnego niż Pani Anan pozwoli mu wziąć udział w następnym wyścigu.
— Dokąd się wybierasz?
— Zobaczyłem właśnie kobietę, która kiedyś próbowała mnie zabić — rzucił Mat przez ramię.
— Następnym razem lepiej podaruj jej jakąś błyskotkę — krzyknął Nalesean w ślad za nim.
Śledzenie kobiety nie przysparzało szczególnych trudności; nastroszone pióra jej kapelusza płynęły niczym sztandar ponad tłumem zgromadzonym po przeciwnej stronie toru wyścigowego. Z nasypów wychodziło się na otwartą przestrzeń, gdzie pod uważnym okiem woźniców i tragarzy czekały jaskrawo lakierowane powozy i lektyki. Koń Mata, Oczko, był jednym z wielu pilnowanych przez członków Starożytnej i Wiernej Gildii Stajennych. Większość profesji w Ebou Dar zrzeszała swoich członków w gildie i biada każdemu, kto wkroczył na nie swój teren. Zatrzymał się na chwilę, ale ona poszła dalej, obok miejsca, gdzie stały wehikuły, którymi przyjechali ci, którzy posiadali odpowiednią pozycję i pieniądze. Żadnej pokojówki, a teraz również i lektyki. W tym upale nikt, kto miał pieniądze na wynajęcie środka lokomocji, nie spacerował pieszo.