Kolejna mrówka pełzła po inkrustowanym kością słoniową blacie stołu; rozgniótł ją kciukiem na miazgę. I jednocześnie zamazał słowo, tak że nie dawało się go odczytać. Trzeba będzie przepisać raport. Bardzo chciało mu się pić. Na stoliku przy drzwiach stała kryształowa karafka z brandy, nie chciał jednak, by kobieta widziała, że pije. Stłumiwszy westchnienie, odsunął zamazany list i wyciągnął z rękawa chusteczkę, aby wytrzeć dłonie.
— Do rzeczy, Shiaine. Czy możesz mi wreszcie donieść o jakichś postępach? Czy też znowu przyszłaś tylko po pieniądze?
Uśmiechnęła się doń leniwie, z głębin wysokiego, rzeźbionego fotela, w którym usiadła, nie czekając na zaproszenie.
— Z każdymi poszukiwaniami związane są wydatki — oznajmiła głosem, w którym słyszało się niemalże autentyczny akcent andorańskiej szlachty. — Szczególnie wówczas, kiedy nie chcemy, żeby ktoś zadawał zbyt wiele pytań.
Większość ludzi czułaby się niepewnie w obecności Jaichima Carridina, nawet wówczas, gdy oddawał się tak banalnej czynności jak czyszczenie pióra; wrażenie dostojeństwa jego urzędu zazwyczaj potęgowały głęboko osadzone oczy, biały płaszcz narzucony na kaftan z wyszytym wschodzącym słońcem Synów Światłości na tle szkarłatnego pastorału Ręki. Jednak nie dotyczyło to Mili Skane. Tak brzmiało jej prawdziwe imię, chociaż nie miała pojęcia, że on o tym wie. Córka rymarza z wioski położonej przy Białym Moście, która w wieku lat piętnastu udała się do Białej Wieży; następna rzecz, o której sądziła, że okrywa ją mgła tajemnicy. Akces do Sprzymierzeńców Ciemności tylko dlatego, iż wiedźmy oznajmiły jej, że nie będzie w stanie nauczyć się przenosić, trudno było nazwać dobrym początkiem samodzielnego życia, ale zanim tamten rok dobiegł końca, nie tylko udało jej się znaleźć swój pierwszy krąg w Caemlyn, ale również dokonać pierwszego morderstwa. W ciągu siedmiu lat, jakie minęły od tamtej pory, powiększyła swą listę o następne dziewiętnaście ofiar. Była jedną z najlepszych zabójczyń, łowczynią, która potrafiła znaleźć niemalże wszystko i wszystkich. Tyle mu powiedziano, kiedy została do niego skierowana. Z kręgu, który obecnie kierował swoje raporty do niej. Kilkoro z jego członków zaliczało się do arystokratów i niemalże wszyscy byli starsi od niej, jednak takie rzeczy nie miały najmniejszego znaczenia w służbie Wielkiego Władcy. Kolejnemu kręgowi pracującemu dla Carridina przewodził pokrzywiony żebrak z jednym okiem, bezzębny, szczycący się nawykiem brania kąpieli tylko raz do roku. Gdyby okoliczności ułożyły się inaczej, sam Carridin mógłby klękać przed Starym Łotrem, co stanowiło jedyne imię, do jakiego ów śmierdzący łajdak się przyznawał. Mili Skane z pewnością czołgała się przed nim, podobnie zresztą jak wszyscy, co do ostatniego, członkowie jej kręgu, niezależnie od pochodzenia. Carridina niezwykle drażniło, że “lady Shiaine” w jednej chwili padłaby na kolana, gdyby łysiejący żebrak wszedł do tej izby, natomiast w jego obecności siedziała z nogą założoną na nogę, uśmiechając się i wymachując stopą, jakby niecierpliwie czekała, aż ich rozmowa wreszcie dobiegnie końca. A wszak rozkazano jej okazywać mu absolutne posłuszeństwo, przy czym rozkazy pochodziły od kogoś, przed kim nawet Stary Łotr czołgałby się na brzuchu. Niemniej jednak rozpaczliwie potrzebował najmniejszego choćby sukcesu. Mogą zamienić się w proch plany i knowania Nialla, ale nie te.
— Wiele rzeczy można wybaczyć — oznajmił, wkładając pióro do obsadki z kości słoniowej i odsuwając krzesło od stolika — tym, którym udaje się realizować przydzielone zadania. — Był wysokim mężczyzną, nic więc dziwnego, że jego sylwetka przytłoczyła ją. Wiedział, że zwierciadła w złotych ramach zawieszone na ścianach odbijają postać silnego, niebezpiecznego mężczyzny. — Nawet suknie, świecidełka i hazard, na które poszły pieniądze przeznaczone na zdobycie informacji. — Beztrosko kołysząca się stopa zamarła na chwilę, potem jednak jej ruch został wznowiony, ale uśmiech na twarzy był już wymuszony, samo zaś oblicze nieco pobladło. Krąg Shiaine słuchał bez szemrania jej rozkazów, jednak natychmiast gotowi byliby powiesić ją za nogi i żywcem obedrzeć ze skóry, gdyby on wyrzekł choć słowo. — Nie osiągnęłaś wiele, nieprawdaż? W rzeczy samej, wydaje się, iż nie osiągnęłaś nic.
— Istnieją określone trudności, jak sam dobrze wiesz — oznajmiła szeptem. Jednak spojrzenie jego oczu zniosła bez mrugnięcia.
— Wymówki. Opowiedz mi o przezwyciężonych trudnościach, nie zaś o tych, na które natknęłaś się i zawiodłaś. Możesz nisko upaść, jeśli zawiedziesz w tej sprawie. — Odwrócił się do niej plecami i podszedł do najbliższego okna. On sam również mógł nisko upaść, a nie miał ochoty ryzykować, że ona dostrzeże coś w jego oczach. Przez otwory w zdobnych obramieniach okien wsączały się do wnętrza promienie słońca. W komnacie o wysokim suficie, z posadzką wykładaną biało-zielonymi płytkami i jasnoniebieskimi ścianami panował względny chłód, głównie dzięki grubym ścianom, jednak w pobliżu okien czuło się upał wdzierający się z zewnątrz. Niemalże czuł w nozdrzach woń brandy znajdującej się w przeciwległym krańcu pomieszczenia. Nie potrafił zaczekać, aż Mili sobie pójdzie.
— Lordzie Carridin, jak mogłabym komukolwiek otwarcie zadawać pytania dotyczące przedmiotów związanych z Mocą? To dopiero wzbudziłoby ciekawość, a jak zapewne sobie przypominasz, w mieście są Aes Sedai.
Patrząc na ulicę przez filigranowe rzeźby w kamieniu, zmarszczył nos, czując niespodziewany napływ woni. Na dole tłoczyli się przedstawiciele wszystkich możliwych nacji. Arafelianin z włosami zaplecionymi w dwa długie warkocze i zakrzywionym mieczem przypasanym do pleców rzucił właśnie monetę jednorękiemu żebrakowi, który z odrazą popatrzył na datek, zanim wetknął pieniądz gdzieś w zakamarki łachmanów i dalej zaczął wznosić swe żałosne prośby do przechodniów. Mężczyzna w poszarpanym, jaskrawoczerwonym kaftanie i bardziej jeszcze kłujących w oczy żółtych spodniach wypadł pędem z jakiegoś sklepu, przyciskając do piersi zwój materiału, ścigany przez rozwrzeszczaną kobietę o jasnych włosach, która podciągnąwszy spódnice nad kolana, wyprzedziła krzepkiego gwardzistę, człapiącego ciężko śladem złodzieja i wymachującego swoją pałką. Woźnica czerwono lakierowanego powozu z wymalowanym na drzwiach godłem lichwiarza, przedstawiającym złote monety i otwartą dłoń, zamachnął się batem na woźnicę fury z płócienną budą, którego zaprzęg splątał się ze zwierzętami ciągnącymi powóz; przekleństwa obu wypełniły całą przestrzeń ulicy. Brudni ulicznicy przykucnęli za rozsypującym się wozem, kradnąc niewielkie, pomarszczone owoce, przywiezione na handel ze wsi. Przez tłum przepychała się kobieta z Tarabonu; na twarzy miała woal, ciemne włosy zaplecione w liczne cieniutkie warkoczyki, a z powodu zakurzonej czerwonej sukni, przylegającej bezwstydnie do ciała, ścigały ją oczy wszystkich mężczyzn.
— Mój panie, potrzeba mi czasu. Naprawdę muszę mieć jeszcze trochę czasu! Nie potrafię dokonać niemożliwego, a z pewnością nie w przeciągu kilku dni.