Выбрать главу

Ciemne brwi uniosły się nieznacznie, kiedy spojrzała na jego dłoń. Nie miała przy sobie innej broni oprócz małżeńskiego noża, jednak gest ten był tak jednoznaczny, że natychmiast cofnął rękę. Obyczaj jednoznacznie stwierdzał, iż użyć go może jedynie przeciwko swemu mężowi, ale lepiej było nie sprawdzać, czy to prawda. Jednak ton jego głosu był równie szorstki jak przedtem gest.

— Jak daleko jeszcze będę musiał wędrować tylko po to, by zostawić wiadomość? Zaprowadź mnie do ich pokoi. Dwie Aes Sedai z pewnością nie tak trudno odnaleźć. To nie jest przeklęta Biała Wieża.

— Aes Sedai? — usłyszał za plecami jakiś kobiecy głos, z ciężkim illiańskim akcentem. — Jeżeli szukasz dwóch Aes Sedai, to właśnie znalazłeś.

Wyraz oblicza Laren nie zmienił się, no, może odrobinę. Spojrzenie jej niemalże czarnych oczu pomknęło ku czemuś za jego plecami; nie miał wątpliwości, że zwęziły się z niepokojem.

Mat, uchylając kapelusza, odwrócił się i uśmiechnął swobodnie. Kiedy miał tę srebrną głowę lisa zawieszoną na szyi, Aes Sedai w ogóle nie były mu straszne. Cóż, przynajmniej nie bardzo. Amulet miał jednak swoje wady. Być może więc i uśmiech nie był aż tak swobodny.

Dwie kobiety, które stały oto naprzeciw niego, nie mogły chyba bardziej różnić się od siebie. Jedna była szczupła, o ujmującym uśmiechu, odziana w zielono-złotą suknię, ukazującą skrawek pięknego, jak mógł się domyślać, łona. W normalnych okolicznościach, jeżeli pominąć tę pozbawioną śladu przeżytych lat twarz, na widok kobiety takiej jak ona z pewnością rozważałby możliwość ucięcia sobie pogawędki. To była naprawdę śliczna twarz, z oczyma na tyle wielkimi, by mężczyzna mógł w nich utonąć. Szkoda. Twarz drugiej zdradzała również wyraźny brak śladów upływu czasu, jednak odnalezienie tej cechy zabrało mu chwilę. Pomyślał z początku, że jej oblicze wykrzywia grymas, póki nie pojął, że najpewniej zawsze tak wygląda. Ciemna, niemalże czarna suknia, okrywała ją razem z nadgarstkami i podbródkiem, za co tylko można było żywić wdzięczność. Z wyglądu przypominała stary, kolczasty krzak jeżyn. I chyba co dzień rano jadała jeżyny na śniadanie.

— Próbuję zostawić wiadomość dla Nynaeve i Elayne — poinformował je. — Ta kobieta... — Zamrugał, rozejrzawszy się po korytarzach. Rozmaici służący dalej przemykali obok, ale Laren nigdzie nie było widać. Nie pomyślałby, że potrafi poruszać się tak rączo. — W każdym razie chcę zostawić wiadomość. — W nagłym przypływie ostrożności spytał jeszcze: — Czy jesteście ich przyjaciółkami?

— Nie do końca — odparła ta ładna. — Ja jestem Joline, a to jest Teslyn. Ty zaś z pewnością jesteś Mat Cauthon. — Mat poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Dziewięć Aes Sedai w całym Pałacu, a on akurat musiał wpaść na dwie, które były popleczniczkami Elaidy. I na dodatek jedna z nich to Czerwona. Nie chodziło nawet o to, by miał się czego obawiać. Opanował dłonie, które same, bezwiednie, pomknęły do lisiej głowy pod koszulą.

Ta, która żywiła się jeżynami — Teslyn — podeszła bliżej. Była Zasiadającą, wedle informacji dostarczonych przez Thoma, chociaż cóż mogła porabiać Zasiadająca w tym miejscu, tego nawet Thom nie wiedział.

— Zostałybyśmy ich przyjaciółkami, gdyby to tylko było możliwe. One naprawdę potrzebują przyjaciół, panie Cauthon, podobnie zresztą jak i ty. — Przenikliwymi oczyma próbowała chyba wyborować dziury w jego czaszce.

Joline zbliżyła się doń z drugiej strony, delikatnie kładąc dłoń na klapie jego kaftana. Na pewno zareagowałby na ten pełen zaproszenia uśmiech ze strony każdej innej kobiety. Ta była jednak Zieloną Ajah.

— Kroczą po niebezpiecznym gruncie i ślepe są zupełnie na to, co znajduje się pod ich stopami. Wiem, że jesteś ich przyjacielem. Łatwo mógłbyś tego dowieść, perswadując im, by zaniechały swoich bezsensownych poczynań, zanim nie będzie za późno. Głupie dzieci, które posuną się za daleko, z łatwością mogą się przekonać, że kara bywa doprawdy surowa.

Mat chciał w tym momencie już tylko opuścić ich towarzystwo; nawet Teslyn znajdowała się tak blisko, że gdyby wyciągnęła rękę, bez trudu mogłaby go dotknąć. Zamiast jednak odejść, przywdział na twarz swój najbardziej bezczelny uśmiech. Dawno temu, jeszcze w rodzinnych stronach, ten uśmiech z reguły sprowadzał na niego kłopoty, w tej sytuacji wszakże wydawał się jak najbardziej stosowny. Kości w jego głowie nie miały żadnego związku z tą parą, w przeciwnym razie już by się zatrzymały. No i miał przecież medalion.

— Powiedziałbym, że znakomicie zdają sobie z tego sprawę. — Nynaeve naprawdę bardzo by się przydało, żeby ktoś jej porządnie utarł nosa, a Elayne nawet jeszcze bardziej, jednak nie będzie tak spokojnie stał i wysłuchiwał, jak te kobiety ją obgadują. Jeżeli miało to oznaczać wystąpienie również w obronie Elayne, to niech i tak będzie. — Być może to wy powinnyście zaniechać swoich bezsensownych poczynań. — Uśmiech znikł z twarzy Joline jakby go ktoś zdmuchnął, za to Teslyn uśmiechnęła się, ale nie był to przyjemny uśmiech.

— Wiemy o tobie, Macie Cauthon. — Wyglądała jak kobieta, którą właśnie naszła ochota, by obedrzeć kogoś ze skóry. - Ta’veren, tak o tobie powiadają. Który ma niebezpieczne koneksje. Co ponoć jest czymś więcej niźli tylko zwykłą pogłoską.

Twarz Joline wyglądała jak wykuta z lodu.

— Młody człowiek o twojej pozycji, który chce zadbać o swą przyszłość, niewiele straci, oddając się pod protekcję Wieży. Nie powinieneś był z niej wyjeżdżać.

Poczuł, jak żołądek zwija mu się w ciasny supeł. Co jeszcze wiedzą? Z pewnością nie mają pojęcia o medalionie. Nynaeve i Elayne wiedziały, oprócz nich także Adeleas oraz Vandene, i Światłość jedna wiedziała, z kim się tą informacją podzieliły, z pewnością jednak nie rzekły ani słowa tej dwójce. Były wszakże gorsze rzeczy niźli wiedza o ta’veren czy lisiej głowie, albo choćby o Randzie, przynajmniej jeśli mowa o nim i Aes Sedai. Jeżeli wiedziały o przeklętym Rogu...

Znienacka ktoś odciągnął go z miejsca, gdzie w trójkę stali, i to na dodatek tak bezceremonialnie, że zachwiał się i omal nie upuścił kapelusza. Szczupła kobieta o gładkiej twarzy i prawie białych włosach zebranych na karku trzymała go równocześnie za rękaw i klapę kaftana. Teslyn odruchowo schwyciła go w ten sam sposób z drugiej strony. Rozpoznał, w pewien sposób przynajmniej, bez większego trudu kobietę, która tak gwałtownie wtrąciła się do jego rozmowy, kobietę wysoko noszącą głowę, w prostej, szarej sukni. Była to albo Adeleas, albo Vandene, jedna z dwóch sióstr — prawdziwych sióstr, nie tylko Aes Sedai — które równie dobrze mogły być bliźniaczkami; nigdy z całą pewnością nie potrafił orzec, która z nich jest która. Ona i Teslyn popatrywały wzajem po sobie, chłodne i spokojne, niczym dwa koty wpite szponami w tę samą mysz.

— Nie ma potrzeby szarpać mnie za kaftan — warknął, próbując się uwolnić. — Mój kaftan? — Nie był pewien, czy go usłyszały. Nawet nosząc lisi łeb nie był gotów na to, by przemocą odrywać ich palce... chyba że będzie musiał.

Jak się okazało, siostrze towarzyszyły dwie inne Aes Sedai, chociaż jedną z nich, ciemnowłosą, przysadzistą kobietę o badawczym spojrzeniu, rozpoznać jako taką można było jedynie po pierścieniu z Wielkim Wężem oraz brązowym szalu, na którym widoczny był biały Płomień Tar Valon wśród pnączy winorośli. Wydawała się odrobinę tylko starsza od Nynaeve, a zatem musiała to być Sareitha Tomares, Aes Sedai od dwóch dopiero lat, czy coś koło tego.