Выбрать главу

— To było bardzo zręcznie przeprowadzone i winien ci jestem wdzięczność. Pewien jestem, że królowa tak naprawdę wcale nie chce się ze mną zobaczyć. — Gdyby jednak było inaczej, i tak nie miał najmniejszej ochoty widzieć się z nią. Wszystkie złe rzeczy, jakie myślał na temat szlachty, należało pomnożyć przez trzy, gdy w grę wchodziły rodziny panujące. Tego przekonania nie zmieniło nic, co odnalazł w starożytnych wspomnieniach, a przecież niektórzy z tych ludzi z przeszłości spędzili znaczną część czasu w towarzystwie królów i królowych. — Teraz, jeśli mi tylko pokażesz, gdzie są pokoje Nynaeve i Elayne...

Dziwne, ale ten uśmiech najwyraźniej nie wywarł na niej żadnego wrażenia.

— Nie skłamałabym, lordzie Cauthon. To oznaczałoby posuwanie się dużo dalej niż warte są moje uszy. Królowa czeka, mój panie. Jesteś bardzo odważnym mężczyzną — dodała, odwróciwszy się, a potem dodała jeszcze, prawie niesłyszalnie: — albo wielkim głupcem. — Wątpił, by te ostatnie słowa przeznaczone były dla jego uszu.

Pozostawiono mu wybór między udaniem się na spotkanie z królową a wędrowaniem milami korytarza, póki nie natknie się na kogoś, kto powie mu to, czego chciał się dowiedzieć. Zdecydował się na audiencję.

Tylin Quintara, z łaski Światłości królowa Altary, Władczyni Czterech Wiatrów, Strażniczka Morza Sztormów, Zasiadająca na Tronie Domu Mitsobar, oczekiwała go w komnacie o różowych ścianach i bladobłękitnym suficie, stojąc przed wielkim, białym kominkiem, którego kamienny gzyms wyrzeźbiony został na kształt fal wzburzonego morza. Właściwie od razu doszedł do wniosku, że warto było się z nią zobaczyć. Tylin nie była młoda — lśniące, czarne włosy spływające na jej ramiona przetykały już nitki siwizny, a delikatne zmarszczki znaczyły pajęczyną kąciki oczu — nie była również w ścisłym tego słowa znaczeniu ładna, chociaż dwie drobne blizny na jej policzkach z wiekiem prawie zanikły. Przystojna było lepszym określeniem. Jednak cała jej postać była... imponująca, to chyba chciałoby się rzec. Wielkie, ciemne oczy mierzyły go majestatycznie; orle oczy. Tak naprawdę nie dysponowała zbyt wielką realną władzą — człowiek mógł wyjechać poza zasięg jej panowania w ciągu dwóch lub trzech dni, a wciąż jeszcze miałby spory szmat Altary przed sobą — uznał jednak, że nawet Aes Sedai muszą czuć przed nią respekt. Jak Isabele z Dal Calain, która zmusiła Amyrlin Anghara, by ta do niej przyszła. To było jedno z dawnych wspomnień; Dal Calain zniknęło z powierzchni ziemi w czasie Wojen z Trollokami.

— Wasza Wysokość — zaczął, wykonując jednocześnie szeroki gest kapeluszem i zamiatając posadzkę połami wyimaginowanego płaszcza — na twoje wezwanie, o tom jest. — Imponująca czy nie, trudno było oderwać oczy od nie małego przecież, obrzeżonego koronką owalu w miejscu, gdzie wisiał jej małżeński nóż. Były to bardzo ponętne krągłości, jednak im więcej ciała odsłaniały kobiety, tym mniejszą miały ochotę, by na nie spoglądano. Przynajmniej jawnie. Nóż w białej pochwie; jednak już wcześniej wiedział, że jest wdową. Nie, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Równie prędko mógłby zadać się z tamtym Sprzymierzeńcem Ciemności, tą kobietą o lisiej twarzy, co z królową. Nie patrzeć w ogóle nie było łatwo, jakoś mu się jednak udało. Bardziej prawdopodobne, że wezwałaby straże, niźli sięgnęłaby po inkrustowany klejnotami sztylet, wsadzony za pasek ze złotej plecionki, który stylem wykonania odpowiadał dokładnie obręczy, z której zwisał jej małżeński nóż. Być może to właśnie dlatego kości wciąż toczyły się w jego głowie. Jeżeli cokolwiek mogło wprawić je w ruch, z pewnością była to możliwość spotkania z katem.

Warstwy jedwabnych halek zafalowały bielą i żółcią, kiedy pokonała przestrzeń komnaty, a potem obeszła go dookoła powolnym krokiem.

— Mówisz Dawną Mową — oznajmiła, kiedy zatrzymała się znowu tuż przed nim. Jej głos zawierał się w niskich rejestrach i miał melodyjne brzmienie. Nie czekając na odpowiedź, posuwistymi krokami podeszła do fotela i zasiadła w nim, poprawiając swoje zielone spódnice. Gest był zupełnie bezwiedny, a jej spojrzenie wciąż spoczywało na nim. Pomyślał, że zapewne jest już w stanie określić, kiedy ostatni raz prał bieliznę. — Chciałbyś zostawić wiadomość. Mam tutaj wszystko, czego trzeba. — Koronkowy mankiet opadł na jej nadgarstek, a potem zakołysał się, kiedy machnięciem dłoni wskazała maleńkie biurko stojące pod zwierciadłem w złotych ramach. Wszystkie meble były złocone i pokryte rzeźbieniami naśladującymi bambus.

Wysokie, sklepione trzema łukami okna wychodziły na balkon z kutego żelaza, wpuszczając do wnętrza powiew morskiej bryzy, zadziwiająco przyjemnej, jeżeli nawet nie przynoszącej ochłody, jednak Mat dostał się we władanie upału w znacznie bardziej dotkliwy sposób, niżby to było możliwe na ulicy, i nie miało to nic wspólnego ze spojrzeniem, które wciąż czuł na sobie.

“Deyeuiye, dyu ninte concion ca’lyet ye”.

Takie słowa właśnie wypowiedział. Przeklęta Dawna Mowa wyskoczyła znowu z jego ust, zanim zdał sobie sprawę, co mówi. A już sądził, że przynajmniej ten jeden kłopot udało mu się rozwiązać. Nie wspominając już o pytaniu, kiedy te przeklęte kości zechcą się nareszcie zatrzymać i co właściwie wówczas nastąpi. Najlepiej nie rozglądać się za dużo dookoła i trzymać usta zamknięte na kłódkę, tak ściśle jak to tylko możliwe.

— Dziękuję, Wasza Wysokość. — Bardzo się starał, by te słowa wypowiedzieć normalnie.

Grube karty białego papieru już czekały na pochyłym blacie, ułożone akurat na odpowiedniej wysokości, by po nich pisać. Oparł kapelusz o nogę biurka. W lustrze widział postać królowej. Czekała. Dlaczego znowu zupełnie bezmyślnie rozpuścił jęzor? Zanurzył złote pióro — jakim innym mogłaby pisać królowa? — i ułożył w głowie słowa, które chciał napisać, a dopiero potem pochylił się nad papierem, osłaniając go ramieniem. Ręka była niezgrabna i jakby odrętwiała. Nie przepadał za pisaniem.

“Podążałem za Sprzymierzeńcem Ciemności do pałacu, który wynajmuje Jaichim Carridin. Ona kiedyś próbowała mnie zabić, a być może Randa również. Powitano ją na miejscu jak starą przyjaciółkę”.

Przez chwilę wpatrywał się w to, co napisał, gryząc końcówkę pióra, zanim zdał sobie sprawę, że odkształca miękkie złoto. Może Tylin nie zauważy. Musiały się dowiedzieć o Carridinie. Co jeszcze? Dodał kilka wymownych wersów. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał, było upewnianie ich w tym, co czynią.

“Bądźcie rozsądne. Jeżeli już musicie włóczyć się po okolicy, pozwólcie mi wysłać z wami kilku ludzi, aby nie dopuścili do rozłupania waszych głów. W każdym razie, czy nie czas, aby zawieźć was z powrotem do Egwene? Tutaj nie ma nic, tylko upał i muchy, a jednego i drugiego możemy mieć w Caemlyn pod dostatkiem”.

Bardzo dobrze. Nie zasłużyły na nic przyjemniejszego.

Chwyciwszy ostrożnie stronicę, złożył ją czterokrotnie. Piasek w małym, złotym dzbanuszku skrywał rozżarzony węgielek. Podmuchał na niego, dopóki się nie rozjarzył, a potem wykorzystał go do zapalenia świecy, do której z kolei przytknął laseczkę czerwonego wosku. Kiedy wosk do pieczęci kapał na zgięcie papieru, nagle uderzyła go myśl, że ma przecież w kieszeni pierścień z sygnetem. To tylko błyskotka, którą jubiler wykonał, aby dać pokaz swoich umiejętności, lepsze to jednak niż zwykła grudka wosku. Pierścień był nieco dłuższy od krzepnącej kałuży, jednak większa część odbiła się.