Выбрать главу

— Uwielbiam najbardziej nieokrzesane tawerny — oznajmił z uśmiechem Beslan tym swoim miękkim głosem. — Bale są dla starszych oraz ich ślicznotek.

Potem wszystko zaczęło przypominać zjazd ze zbocza na popękanej desce. Zanim Mat pojął, co się dzieje, Tylin więziła go już w zaszytym worku. On i Beslan razem pójdą na uroczystości świąteczne. Na wszystkie uroczystości świąteczne. Beslan nazywał to polowaniem, a kiedy Mat, nie zastanawiając się, użył terminu “polowanie na dziewczyny” — w życiu by nie przypuszczał, że coś takiego wymknie mu się w obecności czyjejś matki — chłopak zaśmiał się i powiedział:

— Na dziewczyny lub na walkę, na pełne usta lub błysk ostrza. Którykolwiek taniec tańczysz w danej chwili, ten jest najbardziej zabawny. Zgodzisz się ze mną, co Mat? — Tylin uśmiechnęła się z czułością do syna.

Mat także zdobył się na słaby śmiech. Ten Beslan był zupełnie szalony, zupełnie jak jego matka.

17

Triumf logiki

Mat wymknął się z pałacu dopiero wtedy, gdy Tylin w końcu pozwoliła mu odejść, a gdyby osądził, że na cokolwiek mu się to przyda, popędziłby co sił w nogach. Skórę między łopatkami pokrywała mu gęsia skórka; był rozbity do tego stopnia, że zupełnie zapomniał o kościach tańczących w głowie. Najgorszy moment — albo co najmniej równie zły jak jeszcze jakiś tuzin innych — nastąpił, kiedy Beslan zaczął dogadywać matce, mówiąc, że powinna zrobić się na piękność z okazji balu, a Tylin ze śmiechem stwierdziła zupełnie otwarcie, że królowa nie ma czasu na młodych chłopców, patrząc na Mata tymi swoimi orlimi oczyma. Teraz już wiedział, dlaczego króliki biegają tak szybko. Przeszedł przez Plac Mol Hara, praktycznie nie widząc niczego dookoła. Nawet gdyby Nynaeve i Elayne dokazywały z Jaichimem Carridinem i Elaidą w fontannie pod posągiem jakiejś dawno nieżyjącej królowej, pomnikiem wysokości dwu piędzi i spoglądającym w kierunku morza, on przeszedłby obok, nie poświęciwszy im nawet jednego spojrzenia.

Wspólna sala “Wędrownej Kobiety” była ciemna i względnie chłodna przy całym tym upale panującym na zewnątrz. Z ulgą pozbył się kapelusza. W powietrzu unosiła się cienka chmura fajkowego dymu, ale rzeźbione w arabeski okiennice, skrywające szerokie, sklepione łukami okna, wpuszczały do wnętrza dosyć światła. Z okazji Nocy Swovan ponad oknami wisiały zwiędłe gałęzie sosny. W jednym rogu dwie kobiety z fletami oraz mężczyzna z małym bębenkiem między kolanami wygrywali przenikliwą, pulsującą muzykę, którą Mat zdążył już polubić. Nawet o tej porze dnia w środku przebywało paru klientów, kupcy z innych krajów w raczej skromnych wełnach oraz garstka mieszkańców Ebou Dar, w większości w kamizelach rozmaitych gildii. Żadnych czeladników ani podróżnych raczej nie można było tu uświadczyć; położona tak blisko pałacu “Wędrowna Kobieta” nie zaliczała się do lokali, gdzie można coś tanio zjeść lub wypić, a tym bardziej przenocować.

Grzechot kości na blacie stołu w kącie zabrzmiał jak echo uczucia, które go nie opuszczało od jakiegoś już czasu, ale odwrócił się i poszedł w drugą stronę, gdzie trzej jego ludzie siedzieli na ławach wokół innego stołu. Corevin, potężnie umięśniony Cairhienianin z nosem tak wydatnym, że w porównaniu jego oczy wydawały się jeszcze mniejsze, niźli były w rzeczywistości, siedział obnażony do pasa, trzymając wytatuowane ręce wysoko w górze, podczas gdy Vanin owijał pasy bandaża wokół jego brzucha. Vanin był trzy razy tak masywny jak Corevin, a mimo to przypominał łysiejący worek łoju ciśnięty niedbale na ławę. Na podstawie wyglądu jego kaftana można było domniemywać, że sypiał w nim od tygodnia; zresztą zawsze tak wyglądał, nawet godzinę po tym, jak służąca mu go wyprasowała. Niektórzy z kupców niespokojnie spoglądali na tę trójkę, ale nie tutejsi; ci widywali już takich samych albo i gorszych zabijaków. Najczęściej gorszych.

Harnan, dowódca oddziału Tairenian o zapadniętych policzkach, z prymitywnym tatuażem przedstawiającym jastrzębia, wymyślał właśnie Corevinowi:

— Nie dbaj o to, co mówi cholerny sprzedawca ryb, ty ropuszy pomiocie kozła, po prostu użyj swojej przeklętej pałki i nie przyjmuj żadnych cholernych wyzwań tylko dlatego, że... — Urwał, kiedy zobaczył Mata, i natychmiast przybrał `taki wyraz twarzy, jakby wcale nie mówił tego, co przed chwilą padło z jego ust. Wyglądał teraz tak, jakby rozbolał go ząb.

Gdyby Mat zapytał, okazałoby się z pewnością, że Corevin poślizgnął się i nadział na swój własny sztylet, albo inne tego rodzaju głupstwa, Mat zaś musiałby udawać, że wierzy. A więc po prostu oparł pięści na blacie stołu, jakby nic nadzwyczajnego się nie stało. Prawdę mówiąc, właściwie tak było. Vanin był jedynym człowiekiem, który dotąd nie miał na sobie co najmniej tuzina draśnięć; z jakiegoś powodu mężczyźni szukający kłopotów obchodzili go równie szerokim hakiem jak Naleseana. Jedyna różnica między nimi polegała na tym, że Vaninowi ten stan rzeczy wydawał się najzupełniej odpowiadać.

— Czy Thom i Juilin pokazali się już?

Vanin nie uniósł głowy znad bandaży.

— Nie widziałem ani skóry, ani włosów, ani nawet czubka ich paznokcia. Natomiast Nalesean pokazał się na chwilę. — Od Vanina nie można było oczekiwać tego absurdalnego “mój panie”. Zupełnie nie krył się ze swoją antypatią do szlachetnie urodzonych. Z nieszczęsnym wyjątkiem Elayne. — Zostawił w swojej izbie okutą żelazem szkatułkę i poszedł, mamrocząc coś o świecidełkach. — Miał taką minę, jakby chciał splunąć przez szparę w zębach, potem jednak spojrzał na którąś ze służących i zrezygnował z tego zamiaru. Pani Anan stanowiła prawdziwy postrach tych, którzy pluli na jej podłogi albo rzucali kości, czy choćby wystukiwali fajkę. — Chłopak jest za to w stajni — ciągnął dalej, zanim Mat zdążył zapytać — ze swoją książką i jedną z córek karczmarki. Druga dziewczyna spuściła mu lanie za to, że ją podszczypywał. — Skończył ostatni węzeł, a potem obrzucił Mata oskarżycielskim spojrzeniem, jakby to była do pewnego stopnia jego wina.

— Biedny malec — mruknął Corevin, okręcając się, by sprawdzić, czy bandaże dobrze przylegają. Na jednym ramieniu miał wytatuowanego niedźwiedzia i pumę, na drugim zaś kobietę. Kobieta najwyraźniej nie miała na sobie nic prócz włosów. — Cały zalał się łzami. Ale potem się rozpromienił, kiedy Leral pozwoliła mu potrzymać się za rękę. — Wszyscy mężczyźni opiekowali się Olverem niczym gromadka wujów, chociaż z pewnością żadna normalna matka nie dopuściłaby swego syna do takich osobników.

— Przeżyje — sucho oznajmił Mat. Chłopak przypuszczalnie nabierał nawyków podpatrzonych u “wujów”. Następnym razem każą mu zrobić tatuaż. Przynajmniej jednak nie wymknął się, żeby pobiegać z uliczną dzieciarnią; to sprawiało mu chyba równie dużo przyjemności jak nękanie dorosłych kobiet. — Harman, zaczekaj tutaj, a gdybyś zobaczył Thoma albo Juilina, weź ich na smycz. Vanin, chciałbym żebyś się dowiedział ile tylko można na temat Pałacu Chelsaine, niedaleko Bramy Trzech Wież. — Zawahał się i rozejrzał po sali. Służące wchodziły i wychodziły z kuchni, przynosząc jedzenie oraz, znacznie częściej, napitki. Większość klientów zdawała się całkowicie zaabsorbowana swoimi srebrnymi kubkami, chociaż dwie kobiety w kamizelach gildii tkaczy kłóciły się cicho ze sobą, nie zwracając uwagi na dzban z winem i pochylając ponad blatem stołu. Niektórzy z kupców na pozór targowali się, wymachując rękoma i maczając palce w swoich kubkach, by winem pisać cyfry na stole. Muzyka zapewne dostatecznie zagłuszała jego słowa, by ktoś mógł coś podsłuchać, ale na wszelki wypadek i tak zniżył głos.