Mat wyciągnął papier z kaftana. Był śnieżnobiały, drogi i sztywny, zwinięty ciasno. Te kilka linijek, które go wypełniały, było wypisanych drukowanymi literami; tak mógłby pisać Olver. Albo dorosły, który nie chciał zdradzić swojego charakteru pisma.
ELAYNE I NYNAEVE POSUWAJĄ SIĘ ZA DALEKO. PRZYPOMNIJ IM, ŻE WCIĄŻ GROZI IM NIEBEZPIECZEŃSTWO ZE STRONY WIEŻY. OSTRZEŻ JE, ŻE MAJĄ BYĆ OSTROŻNE, BO W PRZECIWNYM RAZIE NIEWYKLUCZONE, ŻE BĘDĄ MUSIAŁY UKLĘKNĄĆ I BŁAGAĆ ELAIDĘ O WYBACZENIE.
I to wszystko, żadnego podpisu. Wciąż w niebezpieczeństwie? To sugerowało, że nie jest to żadna nowość, i jakoś też nie wskazywało, by mogły zostać porwane przez buntowniczki. Nie, to było niewłaściwe pytanie. Kto podrzucił mu tę notatkę? Najwyraźniej ktoś, kto uważał, że nie może zwyczajnie mu jej wręczyć. Kto miał taką sposobność od czasu, kiedy dzisiejszego ranka wdział kaftan? Wtedy jej jeszcze tam nie było, z całą pewnością. Ktoś, kto podszedł na tyle blisko. Ktoś:.. Zupełnie bezwiednie zaczął pogwizdywać zwrotkę “Ona mgłą zasnuwa me oczy i zwodzi umysł”. W tych okolicach piosenka miała inne słowa; tytuł również: Do góry nogami i cały czas dookoła. Tylko Teslyn i Joline mogły tego dokonać, ale to przecież było zupełnie niemożliwe.
— Złe wieści, mój panie? — zapytała Pani Anan.
Mat wepchnął liścik do kieszeni kaftana.
— Czy jakikolwiek mężczyzna kiedykolwiek zrozumie kobietę? Nie mam na myśli tylko Aes Sedai. Wszystkie kobiety.
Jasfer ryknął śmiechem, a kiedy żona spojrzała na niego znacząco, tylko roześmiał się jeszcze głośniej. Z kolei spojrzenie, jakim obrzuciła Mata, mogło śmiało konkurować ze wzrokiem Aes Sedai, jeśli szło o doskonały chłód.
— Mężczyznom mogłoby się to udać bez najmniejszego trudu, mój panie, gdyby tylko zechcieli patrzeć i słuchać uważniej. Kobiety mają przed sobą znacznie trudniejsze zadanie. My musimy się starać zrozumieć mężczyzn. — Jasfer aż chwycił się framugi drzwi, by ustać na nogach; po jego smagłej twarzy płynęły niepohamowane strumienie łez. Obrzuciła go kosym spojrzeniem, przekrzywiła głowę, po czym odwróciła się, uosobienie chłodnego spokoju, i uderzyła pod żebra pięścią tak mocno, że ugięły się pod nim kolana. Jego śmiech bez chwili przerwy przeszedł w rzężenie. — Jest takie powiedzenie w Ebou Dar, mój panie — przez ramię zwróciła się do Mata. — Mężczyzna to labirynt jeżyn pogrążony w ciemnościach, w którym nawet on sam nie zna drogi.
Mat parsknął. Rzeczywiście bardzo mu pomogła. Cóż, Teslyn albo Joline, a może ktoś jeszcze inny — to musiał być ktoś inny, gdyby tylko potrafił wymyślić, kto — Biała Wieża znajdowała się daleko. Jaichim Carridin był na miejscu. Zmarszczył brwi i spojrzał na dwa ciała. A oprócz Carridina setki innych łajdaków. Musi dopilnować, żeby te kobiety bezpiecznie opuściły Ebou Dar. Kłopot polegał na tym, że nie miał zielonego pojęcia, jak ma tego dokonać. Pragnął, by chociaż te przeklęte kości zatrzymały się wreszcie i żeby z tym przynajmniej mieć już spokój.
Apartamenty, które Joline dzieliła z Teslyn, były przestronne; każda z nich otrzymała własną sypialnię, dodatkowo jedno pomieszczenie dla pokojówek i jeszcze jedno, które znakomicie mogłoby służyć Blaericowi i Fenowi, gdyby zechciały trzymać swoich Strażników blisko. Ta kobieta w każdym mężczyźnie widziała potencjalnego wściekłego wilka i nie było sposobu, by jej cokolwiek wyperswadować, jeśli już wbiła sobie coś do głowy. Równie nieugięta jak Elaida, wdeptywała w ziemię wszystko i wszystkich, którzy stanęli jej na drodze. Oficjalnie siostry były sobie równe, mało która jednakże mogła na niej wymóc cokolwiek, jeżeli już w punkcie wyjścia nie posiadała zdecydowanej przewagi. Właśnie zasiadła przy biurku, kiedy Joline weszła do środka; jej pióro poruszało się po papierze z nieprzyjemnym zgrzytem. Zawsze bardzo oszczędnie gospodarowała atramentem.
Joline minęła ją bez jednego słowa i wyszła na balkon, podobny do podłużnej klatki z pomalowanego na biało żelaza. Jego ornamentyka była tak gęsta, że ludzie pracujący w ogrodzie trzy piętra niżej mieliby naprawdę poważne kłopoty, gdyby próbowali stwierdzić, czy w jego wnętrzu ktoś jest. W tej okolicy kwiaty zazwyczaj trzymały się nieźle w upale, ich dzikie barwy rozsiewały swój blask po pałacowych wnętrzach, jednak tutaj na dole nic nie kwitło. Ogrodnicy wędrowali po żwirowanych ścieżkach z wiadrami pełnymi wody, jednak wśród liści przeważały żółcie i brązy. Na torturach nie przyznałaby się do tego, ale ten upał budził w niej niepokój. Dotyk Czarnego zaznaczał się w świecie, a ich jedyną nadzieję stanowił chłopiec, który gdzieś tam sobie po nim wędrował.
— Chleb i woda? — zapytała znienacka Teslyn. — Odesłać młodego Cauthona do Wieży? Jeżeli mają nastąpić jakieś zmiany w dotychczasowych planach, to prosiłabym cię, abyś mnie informowała, zanim powiesz innym.
Joline poczuła leciutkie pieczenie policzków.
— Merilille należało usadzić. Usłyszałam od niej niejedno kazanie, kiedy byłam nowicjuszką. — Podobnie zresztą jak z ust Teslyn, równie surowej nauczycielki, która trzymała swoje klasy żelazną ręką. Już sposób, w jaki mówiła, przywodził na myśl napomnienie, wyraźne ostrzeżenie, aby nie występować przeciwko niej, nieważne, czy było się zależnym, czy piastowało się równorzędną pozycję. Merilille jednakże zajmowała nieco gorsze miejsce. — Zazwyczaj stawiała nas przed frontem klasy, a potem bezlitośnie wydobywała z nas pożądane odpowiedzi, póki nie zaczęłyśmy płakać ze złości na oczach wszystkich. Udawała, że nam współczuje, być może zresztą naprawdę tak było, im bardziej jednak głaskała nas i prosiła, byśmy nie płakały, tym było gorzej. — Urwała nagle. Nie miała zamiaru mówić tego wszystkiego. To z winy Teslyn, która zawsze patrzyła na nią w taki sposób, jakby zamierzała zaraz ją zganić za jakąś plamę na sukni. Ale przecież powinna zrozumieć; Merilille była też jej nauczycielką.
— Pamiętasz o tym do dzisiaj? — W głosie Teslyn odbiło się niekłamane zdumienie. — Siostry, które nas uczyły, wypełniały tylko swój obowiązek. Czasami naprawdę podejrzewam, że to, co Elaida powiedziała o tobie, rzeczywiście może być prawdą. — Denerwujące skrobanie pióra rozbrzmiało znowu.
— To... po prostu przyszło mi na myśl, kiedy Merilille zaczęła się zachowywać tak, jakby rzeczywiście była ambasadorem. — A nie tylko buntowniczką. Joline zmarszczyła brwi i spojrzała na ogród. Gardziła każdą z tych kobiet, które spowodowały rozłam w Białej Wieży i to oficjalnie, na oczach całego świata. Gardziła nimi i wszystkimi, które im sprzyjały. Ale Elaida również popełniała błędy i to błędy straszliwe. Siostry, które przystały do buntu, mogły w obecnej chwili, przy odrobinie starań, ponownie się pojednać. — Co ona mówiła na mój temat? Teslyn? — Skrobanie pióra nie ucichło nawet na moment; jakby ktoś paznokciem drapał po tablicy. Joline wróciła do pomieszczenia. — Co powiedziała Elaida?
Teslyn przykryła pisany list kolejną kartką papieru, albo po to, by osuszyć atrament, albo po to, by ukryć jego treść przed Joline, niemniej jednak nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na nią chmurnym wzrokiem — być może zresztą ten przykry grymas nie był wcale zamierzony; czasami w jej przypadku trudno było stwierdzić cokolwiek z całą pewnością — i w końcu westchnęła.
— Proszę bardzo, skoro koniecznie chcesz wiedzieć. Powiedziała, że wciąż jeszcze jesteś dzieckiem.
— Dzieckiem? — Wyraźny wstrząs, jaki odmalował się na obliczu Joline, nie wywarł najmniejszego wrażenia na tamtej.
— Niektóre — spokojnie mówiła dalej Teslyn — doprawdy niewiele się zmieniają od czasu, kiedy przywdzieją biel nowicjuszek. Niektóre nie zmieniają się wcale. Elaida uważa, że ty jeszcze nie wydoroślałaś i że nie wydoroślejesz nigdy.