Выбрать главу

Nad pośpieszył do stołu, mamrocząc:

— Tak, Pani. Jak rozkażesz, Pani. — Kiedy uwolniła Arnina, ten nie wybełkotał ani słowa, tylko ruszył chwiejnym krokiem w stronę swojego towarzysza, by pomóc mu zgarnąć ciało niczym stertę śmieci i wynieść na zewnątrz. Cóż, teraz było tylko śmieciem. Żałowała swojego wybuchu. Pozwalanie, by nastroje brały górę, było całkowicie irracjonalne. Chociaż niekiedy okazywało się skuteczne. Po tych wszystkich latach uświadomienie sobie tego faktu wciąż było dla niej zaskoczeniem.

— Moghedien się to nie spodoba — stwierdziła Ispan, kiedy mężczyźni wyszli. Pokręciła głową i błękitne oraz zielone paciorki, wplecione w jej liczne cieniutkie, czarne warkoczyki zastukały cicho. Przez cały czas stała w cieniu, w jednym z kątów pomieszczenia, otoczona niewielkim zabezpieczeniem, dzięki któremu nie mogła niczego słyszeć.

Falion zdołała stłumić gniew. Ispan była chyba ostatnią osobą, którą z własnej woli wybrałaby sobie na towarzyszkę. Należała do Błękitnych, albo przynajmniej kiedyś należała. Być może jednak wciąż nie potrafiła wyrzec się pewnych związków. Falion w żadnej mierze nie uważała się za Białą Ajah, od czasu jak przystąpiła do Czarnych. Błękitne były nazbyt gorliwe; ukrywały swoje emocje za maską, która z pozoru znamionowała skrajny brak uczuciowości. Jej wybór padłby na Riannę, inną Białą, mimo iż tamta miała dziwne, wręcz niesłychane poglądy w kilku kluczowych kwestiach.

— Moghedien zapomniała o nas, Ispan. A może ostatnimi czasy otrzymałaś od niej jakąś prywatną wiadomość? W każdym razie przekonana jestem, że ta skrytka nie istnieje.

— Moghedien twierdzi inaczej — zaczęła twardo Ispan, ale już po chwili w jej głosie zabrzmiały cieplejsze nuty. — Kolekcja angreali, sa’angreali i ter’angreali. Mamy dostać ich część. Nasze własne, prywatne angreale, Falion. A być może nawet i jakiś sa’angreal. Obiecała.

— Moghedien się pomyliła. — Falion patrzyła, jak tamtej ogromnieją oczy pod wpływem wstrząsu wywołanego jej słowami. Wybrani byli tylko ludźmi. Ta wiedza wprawiła kiedyś w osłupienie także samą Falion, niemniej jednak niektóre żadną miarą nie potrafiły jej sobie przyswoić. Wybrani byli znacznie potężniejsi, dysponowali nieskończenie rozleglejszą wiedzą, najprawdopodobniej otrzymali już obiecaną nagrodę nieśmiertelności, jednak wszystko wskazywało na to, że knuli przeciwko sobie i walczyli ze sobą niczym dwaj Murandianie o jeden koc.

Wstrząs Ispan wkrótce ustąpił miejsca gniewowi.

— Pozostałe również szukają. Miałyby szukać czegoś, co nie istnieje? Przyjaciele Ciemności również szukają; z pewnością zostali wysłani przez innych Wybranych. A skoro Wybrani zainteresowali się tą sprawą, jak możesz utrzymywać, że nic takiego nie istnieje? — Nie potrafiła zrozumieć, że jeśli czegoś nie można znaleźć, to najprawdopodobniej dlatego, że to coś nie istnieje.

Falion czekała. Ispan nie była głupia, tylko tchórzem podszyta, Falion zaś wierzyła w swoje zdolności zmuszania ludzi, by o własnych siłach nauczyli się tego, czego dawno już powinni być świadomi. Leniwe umysły trzeba dyscyplinować.

Ispan przeszła kilka kroków, szeleszcząc sukniami i wpatrując się w kurz i stare pajęczyny na suficie.

— Paskudnie tu pachnie. I jest brudno! — Wzdrygnęła się na widok wielkiego, czarnego karalucha pomykającego po ścianie. Na moment otoczyła ją poświata; strumień Mocy uderzył w insekta i rozpłaszczył go z trzaskiem. Na powrót opanowana, wytarła dłonie o suknie, jakby to ich użyła, nie zaś Mocy. Miała delikatny żołądek, na szczęście jednak nie objawiało się to wówczas, gdy mogła uniknąć prawdziwego działania. — Nie doniosę o tej porażce jednej z Wybranych, Falion. Mogłaby sprawić, że pozazdrościłybyśmy Liandrin, nieprawdaż?

Falion omal nie zadygotała. Zamiast tego przeszła na drugą stronę piwnicy i napełniła swój puchar śliwkowym ponczem. Śliwki użyte do jego wykonania były najwyraźniej stare, a sam poncz zbyt przesłodzony, ale nie odjęła pucharu od ust. Strach przed Moghedien był całkowicie zrozumiały, ale uleganie mu nie dawało się wytłumaczyć w żaden sposób. Być może ta kobieta już nie żyła. Z pewnością już dawno by je wezwała albo wciągnęła znowu podczas snu do Tel’aran’rhiod, by tam dopytywać się, dlaczego nie realizują jej poleceń. Póki jednak nie zobaczy ciała, jedynym logicznym sposobem postępowania będzie ciągnąć całą sprawę dalej, jakby Moghedien mogła pojawić się w każdej chwili.

— Jest sposób.

— Jaki? Przesłuchać wszystkie Mądre Kobiety w Ebou Dar? Ile ich tu jest? Setka? A może dwieście? Przypuszczam, że siostry przebywające w Pałacu Tarasin z pewnością by się zorientowały.

— Porzuć więc swe marzenia o posiadaniu sa’angreala, Ispan. Nie istnieje żaden ukryty magazyn, żadna sekretna piwnica pod pałacem. — Falion mówiła spokojnym, miarowym głosem, coraz bardziej się opanowując, w miarę jak rosło rozdrażnienie Ispan. Zawsze udawało jej się niemalże zahipnotyzować klasę nowicjuszek dźwiękiem swego głosu. — Prawie wszystkie Mądre Kobiety to dzikuski; najpewniej nie mają zielonego pojęcia o tym, czego się chcemy dowiedzieć. Nigdy jeszcze nie znaleziono dzikuski, która miałaby w swym posiadaniu sa’angreal, bo wiedziałybyśmy o tym. Wręcz przeciwnie, ze wszystkich zapisów wynika, że dzikuska, która znajdowała jakikolwiek przedmiot związany z Mocą, pozbywała się go najszybciej, jak tylko mogła, z obawy przed gniewem Białej Wieży. Z drugiej jednak strony, kobiety wygnane z Wieży ewidentnie nie podzielają tego strachu. Wiesz dobrze, że kiedy na odchodnym poddawano je rewizji, okazywało się, że jedna na trzy próbuje coś przemycić, albo prawdziwy przedmiot obdarzony Mocą, albo rzecz, którą za taki uważała. Z tych kilku Mądrych kobiet, które kwalifikowały się do tej kategorii, Callie stanowiła najlepszy wybór. Kiedy wypędzono ją cztery lata temu, próbowała ukraść mały ter’angreal. Rzecz całkowicie bezużyteczną, tworzącą wizerunki kwiatów i imitującą dźwięk wodospadu, niemniej był to przedmiot związany z saidarem. A wcześniej jeszcze usiłowała odkrywać tajemnice innych nowicjuszek, co jej się w równym stopniu udawało, jak i nie. Gdyby w Ebou Dar znajdował się choćby jeden angreal, nie wspominając już o wielkim magazynie, czy sądzisz, że mogłaby przebywać tutaj cztery lata i nic o nim nie wiedzieć?

— Ja naprawdę noszę szal, Falion — oznajmiła Ispan, nadzwyczaj opryskliwie. — I naprawdę zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę równie dobrze jak ty. Twierdzisz jednak, że istnieje inny sposób? Jaki mianowicie? — Najzwyczajniej w świecie nie potrafiła posługiwać się rozumem.

— Co zadowoliłoby Moghedien w równym stopniu jak skrytka? — Ispan tylko patrzyła na nią, lekko przytupując stopą. — Nynaeve al’Meara, Ispan. Moghedien opuściła nas, aby ją odnaleźć, ale najwyraźniej tamta jej jakoś uciekła. Jeżeli damy jej Nynaeve... wraz z tą drugą dziewczyną, Elayne Trakand, jeśli już o tym mowa... przebaczy nam setki sa’angreali. — Z czego w jasny sposób wynikało, że Wybrani potrafią się zachowywać całkowicie irracjonalnie. Najlepiej oczywiście było zachowywać skrajną ostrożność w kontaktach z tymi, którzy byli bardziej irracjonalni i równocześnie bardziej potężni. Ispan nie była potężniejsza.

— Trzeba ją było zabić od razu, kiedy się pojawiła, tak jak mówiłam — warknęła. Wymachując dłońmi, przechadzała się nerwowo w tę i z powrotem po piwnicy, szeleszcząc śmieciami, które zalegały posadzkę. — Tak, tak, wiem. Nasze siostry w pałacu mogłyby nabrać podejrzeń. Nie chcemy przecież ściągnąć na siebie ich uwagi. Ale czy zapomniałaś o Tanchico? I o Łzie? Wszędzie tam, gdzie pojawiają się te dwie dziewczyny, dochodzi do katastrofy. Osobiście uważam, że jeśli nie możemy ich zabić, to powinnyśmy trzymać się tak daleko od Nynaeve al’Meara i Elayne Trakand, jak to tylko możliwe. Tak daleko, jak tylko się da!