— Uspokój się, Ispan. Uspokój się. — Mimo iż łagodny ton jej głosu zdawał się tylko dodatkowo drażnić drugą kobietę, Falion nie traciła rezonu. Logika musi zwyciężyć emocje.
Siedząc na odwróconej do góry dnem baryłce w nieco chłodniejszej przestrzeni wąskiej, ocienionej alejki, nie odrywał wzroku od domu po przeciwnej stronie zatłoczonej ulicy. Nagle zdał sobie sprawę, że znowu dotyka swej głowy. Nie bolała go, ale czasami... nawiedzało go... jakieś osobliwe uczucie. Najczęściej wówczas, gdy myślał o czymś, czego nie potrafił sobie przypomnieć.
Trzy otynkowane na biało piętra; dom należał do złotniczki, którą rzekomo odwiedziły dwie przyjaciółki, poznane kilka lat wcześniej podczas podróży na północ. Przyjaciółki te widziano przelotnie tylko raz, po przyjeździe, potem zniknęły, jakby zapadły się pod ziemię. Odkrycie tego faktu okazało się łatwe, odkrycie, że są to Aes Sedai, odrobinę tylko trudniejsze.
Ulicą szedł szczupły młodzieniec w postrzępionej kamizelce, pogwizdując i zapewne nie żywiąc specjalnie cnych zamiarów; zatrzymał się, kiedy dostrzegł go siedzącego w cieniu. Jego ubiór i sylwetka — przyznać musiał ponuro — wyglądały kusząco. Sięgnął pod kaftan. Jego dłonie nie posiadały już ani zręczności, ani siły potrzebnej do utrzymania miecza, jednak dwa długie noże, które nosił przy sobie od ponad trzydziestu lat, zaskoczyły niejednego szermierza. Być może coś z tej wiedzy rozbłysło w jego oczach, ponieważ szczupły młodzieniec zastanowił się przez chwilę, i pogwizdując, ruszył dalej.
Brama obok wejścia do domu złotniczki, która prowadziła dalej do stajni, otworzyła się nagle; pojawili się w niej dwaj krępi mężczyźni niosący baryłkę wypełnioną brudną słomą i zwierzęcymi odchodami. Co oni knuli? Arnin i Nad raczej nie nadawali się na chłopców stajennych.
Zdecydował, że powinien do zmroku pozostać na swoim posterunku, a potem sprawdzić, czy jest w stanie odnaleźć śliczną, drobniutką morderczynię zatrudnioną przez Carridina.
Raz jeszcze odjął dłonie od głowy. Wcześniej czy później sobie przypomni. Nie zostało mu już dużo czasu, ale nic innego i tak nie posiadał. Tyle przynajmniej pamiętał.
18
Jak pług rozcina ziemię
Rand obejmował saidina przez czas tylko tak długi, by rozwiązać zabezpieczenia, jakie splótł w jednym z rogów przedsionka, a potem podniósł małą, ozdobioną srebrem filiżankę, i powiedział:
— Jeszcze herbaty. — Lews Therin zamruczał gniewnie gdzieś w głębi jego głowy.
Rzeźbione fotele, ciężkie od pozłoty, stały w dwu szeregach po obu stronach Wschodzącego Słońca, szerokiego na dwa kroki i osadzonego w wypolerowanej, kamiennej posadzce, a oprócz nich na niewielkim podwyższeniu pyszniło się wysokie krzesło z taką ilością złoceń, iż wyglądało na odlane z litego metalu. Mimo to Rand siedział ze skrzyżowanymi nogami na kobiercu rozwiniętym na tę właśnie okazję. Zielone i złote nitki, z których go utkano, splatały się we wzór taireniańskiego labiryntu. Trzej wodzowie klanów, usadowieni naprzeciwko, z pewnością poczuliby się urażeni, gdyby przyjął ich, zasiadając na swoim tronie, nawet wówczas, gdyby im również zaproponował podobne siedziska. Oni stanowili kolejny labirynt, splątany z motywacji i woli, który pokonywać należało z najwyższą ostrożnością. Był odziany w samą koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi czerwono-złote Smoki, oplecione wokół przedramion i połyskujące metalicznie. U nich identyczny symbol, na jednym tylko z przedramion, ukrywał się pod rękawem cadin’sor. Być może przypominał im w ten sposób, kim jest — że również przeszedł przez Rhuidean i przeżył, w odróżnieniu od tylu innych — a być może wcale nie. Być może.
Niewiele można było wyczytać z ich twarzy, kiedy obserwowali Meranę wyłaniającą się z kąta, w którym została odgrodzona od Źródła. Pomarszczone oblicze Janwina równie dobrze mogło być postarzałą rzeźbą w drewnie, jednak zawsze przecież tak wyglądało, a jeśli nawet jego błękitnoszare oczy zdawały się ciskać gromy, to również nie było w tym nic niezwykłego. Nawet jego włosy przypominały skłębione, burzowe chmury. Był jednak mężczyzną, którego trudno wyprowadzić z równowagi. Indirian i jednooki Mandelain wyglądaliby na całkiem zatopionych w myślach, gdyby nie spojrzenia nie mrugających oczu, podążające w ślad za nią. Lews Therin nagle ucichł, jakby on również patrzył oczami Randa.
Pozbawione śladów upływu lat rysy twarzy Merany zdradzały jeszcze mniej niźli oblicza wodzów klanów. Podkasawszy swe bladoszare spódnice, uklękła obok Randa i podniosła dzbanek z herbatą. Wykonano go w kształcie masywnej, srebrnej kuli, jakby skąpanej w złocie, z panterami w roli nóżek i ucha oraz jeszcze jedną przykucniętą na pokrywce. Musiała użyć obu dłoni, żeby go unieść; drżały nieznacznie, gdy napełniała filiżankę Randa. Całą swoją postawą dawała do zrozumienia, że robi to, bo tak jej się podoba, z powodów tylko jej znanych, których żaden z obecnych nawet nie potrafiłby pojąć — sposób, w jaki się zachowywała, bardziej jeszcze jednoznacznie oznajmiał im, kim właściwie jest, niźli charakterystyczne oblicze Aes Sedai. Dobry czy zły znak?
— Nie pozwalam im przenosić bez specjalnej zgody — powiedział. Wodzowie klanów zachowali milczenie. Merana wstała, a potem po kolei klękała obok każdego z nich. Mandelain przykrył swoją filiżankę wielką dłonią, dając do zrozumienia, że nie chce więcej. Dwaj pozostali podsunęli swoje naczynia; błękitnoszare i zielone oczy wpatrywały się w nią z równym natężeniem. Co widzieli? Co jeszcze mógłby zrobić?
Odstawiła ciężki dzbanek na masywną tacę z uchwytami w kształcie panter, ale nie podniosła się z kolan.
— Czy mój lord Smok potrzebuje mnie jeszcze?
Jej głos mógłby stanowić wzorzec opanowania, ale gdy gestem nakazał jej wrócić do kąta, palce smukłych dłoni zacisnęły się przelotnie na fałdach spódnic. Jednak powodem tego mógł być fakt, że odwracając się, stanęła na chwilę twarzą w twarz z Dashivą i Narishmą. Dwaj Asha’mani — ściśle rzecz biorąc, Narishma wciąż był tylko żołnierzem, co dawało mu najniższą rangę wśród Asha’manów; w jego kołnierzu próżno byłoby szukać Smoka lub choćby miecza — stali spokojnie między dwoma wysokimi zwierciadłami w złotych ramach, których cały szereg zdobił ściany. Przynajmniej młodszy z mężczyzn na pierwszy rzut oka wyglądał na spokojnego. Z kciukami zaciśniętymi na pasie, całkowicie ignorował Meranę, a i Randowi oraz Aielom nie poświęcał wiele więcej uwagi, wystarczyło jednakże przyjrzeć mu się z bliska, by dostrzec, że jego ciemne, nazbyt nieco rozszerzone źrenice ani na chwilę nie nieruchomieją, jakby w każdej chwili spodziewał się gromu z jasnego nieba. Któż zresztą mógłby rzec, że coś takiego się nie zdarzy? Dashiva miał taką minę, jakby bujał w obłokach; poruszał bezdźwięcznie ustami i mrugał oczyma, których spojrzenie wbite było w przestrzeń.
Kiedy Rand spojrzał na Asha’manów, Lews Therin warknął coś niezrozumiale, jednak to Meranie najwięcej uwagi poświęcał ten mężczyzna w jego głowie.
“Tylko głupiec wyobraża sobie, że lwa i kobietę można oswoić”.
Rand, zirytowany, zdławił głos do przytłumionego pomruku. Lews Therin zapewne zdolny byłby złamać jego wolę, ale nie bez trudu. Pochwycił saidina i splótł na powrót zabezpieczenia nie pozwalające Meranie usłyszeć, o czym rozmawiają. Wypuścił Źródło, czując jeszcze większą irytację z powodu tego posykiwania w jego głowie, tych kropel wody spadającej na palenisko. Echo rezonujące rytmicznie szaleńczą, odległą wściekłością Lewsa Therina.