Merana wahała się na skraju zabezpieczeń. Przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem nie przeszła przez barierę, a potem nie wycofała — w jaki sposób mogłaby stać dokładnie w miejscu, w którym było coś, czego nie potrafiła wyczuć? Kiedy zobaczyła, jak odwraca głowę, zaczęła znowu się cofać, aż wreszcie prawie oparła się plecami o ścianę, na chwilę nawet nie spuszczając zeń wzroku. Wnioskując z wyrazu jej twarzy, gotowa byłaby chyba nalewać mu codziennie herbatę i to przez dziesięć lat z rzędu, żeby tylko wiedzieć, o czym mówiono.
— Mój Lordzie Smoku — powiedziała Berelain, uśmiechając się — wciąż jeszcze pozostaje kwestia Atha’an Miere. — Jej głos był słodki niczym miód; wygięcie ust nawet w kamieniu wzbudziłoby ochotę na pocałunek. — Mistrzyni Fal Harine nie spodoba się, jeśli zbyt długo będzie musiała czekać na swoim statku. Odwiedzałam ją już wielokrotnie. Ja potrafię zadbać o załagodzenie wszelkich nieporozumień, w odróżnieniu od lorda Dobraine, jak mi się zdaje. Uważam, że Lud Morza będzie ci zupełnie nieodzowny, niezależnie od tego, czy Proroctwa Smoka wspominają o nim, czy nie. Ty w każdym razie stanowisz kluczową figurę ich proroctw, chociaż wyraźnie nie mają ochoty zdradzić, na czym polega twoje znaczenie.
Rand zagapił się na nią. Dlaczego tak bardzo zależało jej na utrzymaniu tak trudnej posady, za którą nie otrzymała zbyt wielu podziękowań ze strony Cairhienian, i to jeszcze wcześniej, zanim jeden z nich spróbował ją zabić? Była władczynią, przyzwyczajoną do utrzymywania stosunków z innymi władcami i ambasadorami, nie zaś do ulicznych rzezimieszków i noży w ciemnościach. Czy słodkie, czy gorzkie, pragnienie przebywania obok Randa al’Thora nie było dla nikogo rzeczą dobrą. Pewnego razu sugerowała... no cóż, otwarcie mu się oddała... ale twarda rzeczywistość polegała na tym, że Mayene było niewielkim krajem, a Berelain posługiwała się urodą jak mężczyzna mieczem, aby uchronić swoje ziemie przed wchłonięciem przez potężnego sąsiada, czyli Łzę. No właśnie, chyba wreszcie pojął, o co chodzi.
— Berelain, nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, by zagwarantować ci władzę nad Mayene, ale podpiszę każdy... — W głowie zawirowały mu kolorowe plamy, tak szaleńczo, że nie potrafił już więcej wykrztusić słowa. Lews Therin zachichotał.
“Kobieta, która rozumie niebezpieczeństwo i nie boi się, stanowi skarb, jakiego tylko głupiec by się pozbywał”.
— Gwarancje. — Ponury nastrój przegnał z jej twarzy wszelki ślad słodyczy, gniew rozgorzał znowu, tym razem zimny jak lód. Annoura szarpnęła Berelain za rękaw, ale tamta już nie zwracała na Aes Sedai uwagi. — Kiedy ja będę siedziała w Mayene z twoimi gwarancjami, inni będą ci służyć. Poproszą o nagrody i moja służba tutaj stanie się faktem zadawnionym i zatartym w pamięci, podczas gdy ich zasługi błyszczeć będą blaskiem nowości. Jeżeli Wysoki Lord Weiramon da ci Illian i poprosi w zamian o Mayene, cóż odpowiesz? Jeżeli da ci Murandy, Altarę i wszystkie ziemie aż do samego Oceanu Aryth?
— A czy będziesz mi służyć, jeżeli to wciąż będzie oznaczało rozstanie? — zapytał cicho. — Znikniesz z moich oczu, ale nie z moich myśli. — Lews Therin zaśmiał się znowu, w taki sposób, że Rand omal się nie zarumienił. Patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność, jednak czasami rzeczy, o których myślał Lews Therin...
Berelain patrzyła na niego nieustępliwie, a w oczach Annoury widział niemalże rodzące się pytania, widział, jak tamta się głowi, które zadać najpierw.
Drzwi otworzyły się znowu, weszła Riallin.
— Przyszła Aes Sedai, chce się zobaczyć z Car’a’carnem. — Jej głos brzmiał równocześnie zimno i niepewnie. — Na imię ma Cadsuane Malaidhrin. — Do wnętrza, w ślad za nią, wsunęła się uderzająco przystojna kobieta; stalowosiwe włosy miała ujęte w kok i ozdobione złotymi wisiorami. Nagle wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko.
— Myślałam, że nie żyjesz — wykrztusiła bez tchu Annoura, której oczy omalże nie wyszły z orbit.
Merana skoczyła przez zabezpieczenia z wyciągniętymi naprzód rękami.
— Nie, Cadsuane! — krzyknęła. — Nie wolno ci go skrzywdzić! Nie wolno!
Rand poczuł gęsią skórkę, znak, że któraś w pomieszczeniu objęła saidara, być może nie tylko jedna, i odsuwając się jednym płynnym ruchem od Berelain, pochwycił Źródło, pozwalając, by wypełnił go saidin, czując, że przepełnia również Asha’manów. Oblicze Dashivy drgało nerwowo, kiedy popatrywał kolejno po twarzach Aes Sedai. Mimo wypełniającej go Mocy, Narishma obiema dłońmi chwycił rękojeść miecza i przyjął postawę zwaną Pantera na Drzewie, gotów w każdej chwili wyciągnąć broń z pochwy. Lews Therin warczał coś o zabijaniu i śmierci. Riallin uniosła zasłonę, równocześnie krzycząc coś, i nagle w komnacie było już kilkanaście Panien, z osłoniętymi twarzami i z włóczniami gotowymi do walki. Trudno się więc dziwić, że Berelain stała i obserwowała tę scenę z taką miną, jakby uważała, że wszyscy poszaleli.
Jak na kogoś, kto wywołał całe to zamieszanie, Cadsuane wydawała się zupełnie nieporuszona. Spojrzała na Panny i pokręciła głową; złote gwiazdy, księżyce i ptaki zakołysały się lekko.
— Próba wyhodowania przyzwoitych róż w północnym Ghealdan może się równać kuszeniu losu, Annoura — oznajmiła sucho — niemniej jednak nie jest równoznaczna ze śmiercią. Och, daj spokój, Merana, zanim kogoś wystraszysz. Naprawdę można by oczekiwać, że stałaś się nieco bardziej opanowana od czasu zrzucenia bieli nowicjuszki.
Merana otworzyła, ale zaraz potem zamknęła usta; wyglądała na całkowicie zbitą z tropu obrotem spraw. Podobnie jak Asha’mani, Rand jednak nie uwolnił saidina.
— Kim jesteś? — zapytał. — Z których Ajah? — Czerwona, wnioskując z reakcji Merany, ale Czerwona siostra wchodząca spokojnie w sam środek tego wszystkiego, sama, musiałaby chyba być odważna do szaleństwa. — Czego chcesz?
Spojrzenie Cadsuane spoczywało na nim jedynie przez chwilę, nie odpowiedziała. Merana znowu otworzyła usta, jednak w tym momencie siwowłosa spojrzała na nią, uniosła jedną brew i to było już wszystko. Merana naprawdę się zaczerwieniła, spuściła wzrok. Annoura wciąż patrzyła na przybyłą, takim wzrokiem, jakby zobaczyła ducha. Albo olbrzyma.
Cadsuane bez słowa przeszła przez komnatę, podchodząc do dwu Asha’manów, przy każdym kroku szeleszcząc rozciętymi spódnicami do konnej jazdy. Rand powoli zaczynał nabierać wrażenia, że zawsze porusza się w tak płynny, posuwisty sposób, z wdziękiem, lecz nie wykonując zbędnych ruchów i nie pozwalając, by cokolwiek stanęło jej na drodze. Spojrzenie Dashivy objęło całą jej sylwetkę; Asha’man wyszczerzył zęby. Chociaż patrzyła mu prosto w oczy, zupełnie zdawała się tego nie zauważać, podobnie jak ignorowała najwyraźniej dłonie Narishmy na rękojeści miecza, kiedy ujęła jego podbródek dłonią, przekrzywiła mu twarz najpierw w prawo, potem w lewo, zanim wreszcie odsunął się od niej.
— Cóż za śliczne oczy — wymruczała. Narishma niepewnie zamrugał, a wściekły grymas Dashivy zmienił się w uśmiech, ale tak paskudny, że jego poprzednia mina zdawała się w porównaniu z nim naprawdę miła.
— Nic nie rób — warknął Rand. Dashiva miał czelność spojrzeć na niego wściekle, zanim ponuro przyłożył dłoń do piersi w salucie Asha’manów. — Czego tu chcesz, Cadsuane? — ciągnął Rand. — Spójrz na mnie, żebyś sczezła!
Spojrzała, lekko zwracając głowę w jego stronę.
— A więc ty jesteś Rand al’Thor, Smok Odrodzony. Należało by sądzić, że nawet takie dziecko jak Moiraine mogło nauczyć cię trochę dobrych manier.
Riallin przełożyła włócznię z prawej dłoni do lewej, w której trzymała już tarczę, po czym zagadała do Panien w ich mowie. Choć raz żadna z nich nie śmiała się. Choć raz Rand był pewien, że nie opowiadają sobie żartów na jego temat.