— Uspokój się, Riallin — powiedział, unosząc dłoń. — Wszystkie się uspokójcie.
Cadsuane to również zignorowała i uśmiechnęła się do Berelain.
— A więc to jest twoja Berelain, Annoura. Jest jeszcze piękniejsza niż mówią. — Ukłon, jaki wykonała, pochylając głowę, należało uznać za całkiem głęboki, ale nie było w tym nawet śladu hołdu. Tylko uprzejmość, nic więcej.
— Moja lady Pierwsza z Mayene, muszę pomówić z tym młodym człowiekiem i zatrzymam też twoją doradczynię. Słyszałam, że masz tu rozliczne obowiązki. Nie chciałabym ci przeszkadzać w ich wypełnianiu. — To była wprost wyrażona odprawa, bardziej jednoznaczne mogło być chyba tylko pokazanie drzwi.
Berelain skłoniła z wdzięcznością głowę, potem spokojnie odwróciła się do Randa i rozpostarła spódnice w ukłonie tak głębokim, że zaczął się obawiać, czy przypadkiem nie pozbawi on jej stroju resztek przyzwoitości.
— Lordzie Smoku — powiedziała, nadając swym słowom osobliwe brzmienie — proszę cię o pozwolenie udania do swoich obowiązków.
Ukłon, jakim Rand obdarzył ją w odpowiedzi, nie dorównywał jej gestowi.
— Bardzo proszę, moja lady Pierwsza, niech się stanie wedle twej woli. — Wyciągnął dłoń, chcąc pomóc jej się podnieść. — Mam nadzieję, że weźmiesz pod uwagę moją propozycję.
— Mój Lordzie Smoku, będę służyć ci gdziekolwiek i jakkolwiek zechcesz. — Jej głos znowu ociekał słodyczą. Na użytek Cadsuane, jak przypuszczał. Z pewnością na jej twarzy nie było śladu uwodzicielskiego wyrazu, jedynie zdecydowanie. — Pamiętaj o Harine — dodała szeptem.
Kiedy już drzwi zamknęły się za Berelain, Cadsuane powiedziała:
— Zawsze miło obserwować dzieci zajęte zabawą, nieprawdaż, Merano? — Merana wytrzeszczyła oczy; jej spojrzenie przeskoczyło z Randa na siwowłosą siostrę. Annoura wyglądała tak, jakby trzymała się na nogach tylko siłą woli.
Większość Panien opuściła komnatę razem z Berelain; najwyraźniej doszły do wniosku, że nie będzie żadnego zabijania, jednak Riallin i dwie jeszcze pozostały przy drzwiach, z wciąż osłoniętymi twarzami. To mógł być zbieg okoliczności, ale przypadało po jednej na każdą Aes Sedai. Dashiva również zdawał się sądzić, że wszelkie niebezpieczeństwo minęło. Oparł się o ścianę z jedną nogą wysuniętą naprzód i zaplecionymi rękoma; usta poruszały mu się bezgłośnie, z pozoru tylko obserwował Aes Sedai.
Narishma zwrócił ku Randowi pytające spojrzenie spod zmarszczonych brwi, ale ten tylko pokręcił głową. Kobieta z rozmysłem starała się go sprowokować. Pytanie jednak brzmiało, po co prowokować człowieka, który bez większego wysiłku mógł ją ujarzmić albo zabić? Lews Therin mruczał to samo:
“Dlaczego? Dlaczego?”
Rand wszedł na podwyższenie, wziął Berło Smoka z tronu i usiadł na nim, czekając na rozwój wydarzeń. Ta kobieta nie wyprowadzi go z równowagi.
— Raczej zdobnie, co sądzisz? — powiedziała Cadsuane do Annoury, rozglądając się dookoła. Pomijając już wszystkie inne złocenia, szerokie pasy złota biegły po ścianach komnaty, otaczając lustra, gzymsy zaś stanowiły niemalże dwie stopy litej złotej łuski. — Nigdy nie wiedziałam, czy to Tairenianie, czy Cairhienianie potrafią bardziej przesadzić z brakiem smaku, jednak przy obu ludzie z Ebou Dar albo nawet Druciarze spłonęliby rumieńcem. Czy to taca z herbatą? Spróbowałabym odrobinę, jeśli jest świeża i gorąca.
Rand przeniósł strumień Mocy, podniósł tacę, na poły oczekując, że metal zaraz skoroduje od skazy, a potem pchnął ją w powietrzu w stronę trzech kobiet. Merana przeniosła dodatkowe filiżanki, cztery świeże wciąż stały na tacy. Napełnił je, odstawił dzbanek i czekał. Taca zawisła w powietrzu, podtrzymywana tylko saidinem.
Trzy bardzo różne z wyglądu kobiety i trzy całkowicie odmienne reakcje. Annoura spojrzała na tacę tak, jakby był to zwinięty jadowity wąż, nieznacznie pokręciła głową i cofnęła się o krok. Merana wciągnęła głęboki oddech i powolnym ruchem wzięła filiżankę do ręki, która lekko drżała. Wiedząc, że mężczyzna potrafi przenosić, a być zmuszoną obserwować efekty jego zdolności na własne oczy, to jednak nie to samo. Cadsuane natomiast zwyczajnie schwyciła uszko filiżanki i z miłym uśmiechem wciągnęła do nozdrzy woń napoju. Nie miała możności stwierdzić, który z mężczyzn nalał herbatę, jednak spojrzała ponad swą filiżanką prosto na Randa, siedzącego z nogą przerzuconą przez oparcie fotela.
— To było niezłe, chłopcze — powiedziała. Panny wymieniły zdumione spojrzenia ponad zasłonami.
Rand drgnął. Nie. Nie sprowokuje go. Tego właśnie chciała, niezależnie od powodów, ale to jej się z pewnością nie uda.
— Powtórzę raz jeszcze moje pytanie — powiedział. Dziwne, że jego głos potrafi być taki opanowany; wewnątrz był bardziej rozpalony niźli najgorętsze ognie saidina. — Czego chcesz? Odpowiedz albo wyjdź. Przez drzwi lub przez okno, wybór należy do ciebie.
Ponownie Merana spróbowała się odezwać i znowu Cadsuane uciszyła ją, tym razem machnięciem dłoni, oczu bowiem wciąż nie odrywała od Randa.
— Zobaczyć się z tobą — odparła spokojnie. — Jestem Zieloną Ajah, nie Czerwoną, ale noszę szal dłużej niźli którakolwiek z żyjących obecnie sióstr i widziałam na własne oczy więcej przenoszących mężczyzn niźli cztery kobiety wybrane spośród Czerwonych, być może nawet więcej niźli dowolna dziesiątka. Nie chodzi o to, że zajmowałam się ich ściganiem, rozumiesz, najwyraźniej jednak mam nosa. — Spokojnie, jak kobieta przyznająca się, że raz czy dwa w życiu była na targowisku. — Niektórzy walczyli do samego nędznego końca, wrzeszcząc i wierzgając nawet po tym, jak już zostali odgrodzeni tarczą i spętani. Niektórzy płakali i błagali, proponując złoto, cokolwiek, swe własne dusze, aby tylko nie brać ich do Tar Valon. Inni płakali z ulgą, pokorni niczym baranki, wdzięczni, że mają wreszcie wszystko za sobą. Światłość jedna wie, że w końcu wszyscy płakali. Na koniec nie zostaje im już nic prócz łez.
Żar przepełniający jego wnętrze skumulował wybuch gniewu. Taca i masywny dzbanek przemknęły przez komnatę, roztrzaskując z donośnym łoskotem zwierciadło, a potem odskakując od ściany ulewą strzaskanego szkła, wśród którego migotał na poły spłaszczony dzbanek; zgięta w pół taca potoczyła się po posadzce. Wszyscy podskoczyli, z wyjątkiem Cadsuane. Rand zeskoczył z podwyższenia, ściskając Berło Smoka tak mocno, że aż mu pobielały kłykcie.
— Czy chcesz mnie w ten sposób przestraszyć? — warknął. — Czy oczekujesz, że będę błagał, albo że będę wdzięczny? Mam płakać? Aes Sedai, mogę zacisnąć swą dłoń i zmiażdżyć cię. — Wzniesiona do góry ręka aż drżała od przepełniającej go wściekłości. — Merana doskonale wie, dlaczego powinienem to zrobić. Światłość jedna wie, dlaczego tego nie czynię.
Kobieta spojrzała na zniszczone przybory do herbaty, jakby wciąż jeszcze miała do dyspozycji cały czas, jaki został w świecie.
— Teraz już wiesz — powiedziała na koniec, spokojna jak zawsze — że znam twoją przyszłość i twoją teraźniejszość. Cała łaska Światłości nie znaczy nic wobec mężczyzny, który potrafi przenosić. Niektórzy widząc to, wierzą, iż Światłość odrzuca takich mężczyzn. Ja tak nie myślę. Czy zacząłeś już słyszeć głosy?
— O co ci chodzi? — zapytał powoli. Czuł, jak Lews Therin wytęża słuch.
Znowu poczuł mrowienie na skórze i sam też omal nie przeniósł, ale stało się to tylko, że dzbanek uniósł się z posadzki i pofrunął w powietrzu do Cadsuane, a potem zawisł, obracając się powoli, by mogła mu się dobrze przyjrzeć.