“To bzdury, jakie paplają nowicjuszki — upomniała się surowo Merana. — Nawet my w końcu umieramy”. A mimo to Cadsuane była nadal Cadsuane. I jeśli to nie ona należała do grupy sióstr, które pojawiły się w mieście po tym, jak pojmano al’Thora, to słońce nie zajdzie tego wieczora. Merana podniosła rękę, żeby poprawić szal, i uświadomiła sobie, że przecież został na kołku w jej izbie. Co za głupota. Przecież nie potrzebuje niczego, co by jej przypominało, kim jest. Gdyby jeszcze to był ktoś inny, a nie Cadsuane...
Dwie Mądre stojące w wejściu do jednego z krzyżujących się korytarzy obserwowały ich przemarsz chłodnymi, jasnymi oczyma osadzonymi w kamiennych twarzach. Edarra i Leyn. Obie potrafiły przenosić i to całkiem silnie; gdyby znalazły się w Wieży w młodym wieku, zapewne doszłyby już do wysokich stanowisk. Cadsuane przeszła mimo, zdając się w ogóle nie zauważać dezaprobaty dzikusek. Annoura natomiast zwróciła uwagę, bo skrzywiła się, coś mruknęła i potrząsnęła głową, kołysząc cienkimi warkoczykami. Merana nie odrywała wzroku od płytek posadzki.
Bez wątpienia to na nią spadnie obowiązek wyjaśnienia Cadsuane, na czym polega ów... kompromis... który został wypracowany przy udziale Mądrych ubiegłej nocy, zanim sprowadzono ją i pozostałe do Pałacu. Annoura o niczym nie wiedziała — nie brała w tym udziału — a Merana nie miała większych nadziei, że pojawi się Rafela, Verin albo w ogóle ktokolwiek, kogo mogłaby obarczyć tym zadaniem. To był, do pewnego stopnia, kompromis, i niewykluczone, że najlepszy, jakiego można się było spodziewać w tych okolicznościach, a mimo to mocno wątpiła, by Cadsuane tak na to spojrzała. Bardzo żałowała, że to właśnie ona musi być tą, która będzie ją przekonywała. Już lepiej byłoby przez miesiąc nalewać herbatę tym przeklętym mężczyznom. Bardzo żałowała, że tak rozpuściła język przy młodym al’Thorze. Wiedza, dlaczego kazał jej podawać herbatę, nie rekompensowała faktu, że została odcięta od wszelkich korzyści, jakie mogłaby dzięki temu uzyskać. Wolałaby myśleć, że została pochwycona przez jakieś zawirowanie we Wzorze sprokurowane przez ta’veren, zamiast mieć tę świadomość, że to oczy jakiegoś młodzieńca, podobne do lśniących, niebieskoszarych kamieni, kazały jej trajkotać z najczystszej trwogi, ale tak czy owak wręczyła mu te wszystkie przewagi jak na tacy. Żałowała...
Żal należało zostawić dzieciom. Wynegocjowała mnóstwo traktatów, w tym wiele w takim kształcie, jak zamierzono; położyła kres trzem wojnom i udaremniła wybuch dwóch tuzinów innych, stawiała czoło królom, królowym i generałom, sprawiając, że nabierali rozsądku. A mimo to... Obiecała sobie, że jeśli zza następnego rogu wyskoczy nagle Seonid, Masuri, względnie Faeldrin, w ogóle którakolwiek, to nie wymówi ani słowa skargi, niezależnie od tego, jak często ten mężczyzna będzie ją zmuszał do udawania służącej. Światłości! Gdyby tak mogła zamrugać i stwierdzić, że wszystko, co się zdarzyło od wyjazdu z Salidaru, to tylko zły sen.
O dziwo, Cadsuane poprowadziła je prosto do małej izdebki, którą dzieliły Bera i Kiruna, ukrytej głęboko we wnętrzu Pałacu. Czyli w części zamieszkałej przez służbę. Wąziutkie okno, osadzone wysoko w murze, a mimo to na jednym poziomie z kamieniami, którymi był wybrukowany zewnętrzny dziedziniec, wpuszczało wąski strumień światła, a jednak w izbie panował półmrok. Na kołkach wbitych w pokryte popękanym i pożółkłym tynkiem ściany wisiały płaszcze i sakwy. Gołe deski posadzki szpeciły rysy, aczkolwiek dokonano pewnych wysiłków, żeby je wygładzić. W jednym z kątów stał mały, zniszczony stolik z owalnym blatem, w innym równie sfatygowana umywalka z wyszczerbioną misą i dzbanem. Merana zerknęła na niewielkie łóżko. Nie wyglądało na wiele węższe od posłania, które musiała dzielić z Seonid i Masuri, drugie drzwi dalej. Tamta izba była większa o jakiś krok wszerz i wzdłuż, ale i tak nie pomyślano jej dla trzech osób. Coiren i pozostałym, które nadal trzymano w namiotach Aielów, musiało być znacznie wygodniej.
W izbie nie było ani Kiruny ani Bery, a za to zastały Daigian, tęgą, bladą kobietę, która w długie czarne włosy miała wpleciony cienki, srebrny łańcuszek z okrągłym kamieniem księżycowym dyndającym na środku czoła. Staniczek jej ciemnej, typowo cairhieniańskiej sukni ozdobiony był czterema wąskimi, kolorowymi paskami, a przez spódnicę biegły cięcia wypełnione bielą oznaczającą jej Ajah. Ta młodsza córka jednego z pośledniejszych Domów zawsze przypominała Meranie nastroszonego gołębia. Kiedy Cadsuane weszła do izby, Daigian wyczekująco uniosła się na palce.
Było tam tylko jedno krzesło, mebel niewiele lepszy od zwykłego zydla, wyposażony w namiastkę oparcia. Cadsuane usiadła na nim i westchnęła.
— Herbaty, proszę. Dwa łyki tego, co nalał tamten chłopak, i mogłabym użyć własnego języka w charakterze podeszwy.
Daigian natychmiast otoczyła się łuną saidara, bladą wprawdzie, ale pogięty blaszany dzbanek do herbaty uniósł się ze stolika i sploty Ognia podgrzały wodę w czasie, gdy otwierała małą szkatułkę zawierającą herbatę.
Nie mając wyboru, Merana przysiadła na łóżku i postarała się uporządkować myśli, jednocześnie układając spódnice i przyklepując nierówny materac. To spotkanie mogło się okazać równie ważne, co te wszystkie negocjacje, jakich się kiedykolwiek podejmowała. Po jakiejś chwili Annoura przyłączyła się do niej, przysiadając na skraju materaca.
— Na podstawie twojej obecności, Merano — odezwała się nagle Cadsuane — wnoszę, iż opowieści o tym, jakoby ten chłopak podporządkował się Elaidzie, są nieprawdziwe. Nie rób takiej zdziwionej miny, dziecko. Myślisz, że ja nie wiem o twoich... powiązaniach? — Wymówiła to słowo tak znacząco, że zabrzmiało równie wulgarnie jak żołnierskie przekleństwo. — A ty, Annoura?
— Jestem tu po to tylko, by udzielać rad Berelain, aczkolwiek prawda jest taka, że ona zignorowała moją radę i jednak tu przybyła. — Annoura, rodowita Tarabonianka, mówiła pewnym głosem; głowę trzymała wysoko uniesioną. I jednocześnie z całej siły tarła jednym kciukiem o drugi. Nie poradziłaby sobie przy stole negocjacyjnym, skoro tak łatwo można było ją przejrzeć. — A co do reszty — dodała ostrożnie — to jeszcze nie podjęłam decyzji.
— Mądra decyzja — mruknęła Cadsuane, ostentacyjnie wbijając wzrok w Meranę. — Jak się zdaje, podczas ostatnich kilku lat zbyt wiele sióstr zapomniało, że posiadają mózg, względnie rozsądek. Były kiedyś takie czasy, kiedy Aes Sedai podejmowały decyzje drogą chłodnego namysłu, zawsze biorąc pod rozwagę przede wszystkim dobro Wieży. Przypomnij sobie tylko, jaki los spotkał tę Sanche za konszachty z al’Thorem, Annoura. Jeżeli podchodzisz za blisko ognia w kuźni, możesz się paskudnie poparzyć.
Merana zadarła podbródek i kilkakrotnie pokręciła głową, by pozbyć się uczucia sztywności w karku. Przestała dopiero wtedy, gdy dotarło do niej, co robi. Przecież ta kobieta nie stała o wiele wyżej od niej w hierarchii. Wcale nie. Tylko odrobinę wyżej od każdej innej siostry.
— Jeśli wolno mi spytać... — za butnie, ale postąpiłaby gorzej, gdyby urwała i zaczęła od nowa — ... jakie są twoje intencje, Cadsuane?-Z wielkim wysiłkiem usiłowała zachować godność. — Najwyraźniej byłaś... trzymałaś się na uboczu... aż do teraz. Czemu postanowiłaś... zbliżyć się do... al’Thora w tak szczególnym momencie? Postąpiłaś z nim.... raczej... mało dyplomatycznie.
— Równie dobrze mogłaś go spoliczkować — wtrąciła się Annoura i Merana pokraśniała. Z nich dwóch to raczej Annoura miała cięższą przeprawę z Cadsuane, a jednak to nie ona dukała słowa.
Cadsuane z politowaniem pokręciła głową.