Tymi słowami jakby przepełniła kielich ich wytrzymałości — zaczęły narzekać jedna przez drugą.
— A do tego czasu będziemy tu tkwić niczym martwe kamienie? — Alarys odrzuciła głowę w ćwiczonym chyba latami geście, przerzucając wszystkie włosy na jedno z ramion. — Czekając na mieszkańca mokradeł?
— Cokolwiek on ci obiecał, Sevanna — oznajmiła Rhiale, chmurząc czoło — nie może być tego warte.
— On jest szalony — warknęła Tion.
Modarra skinęła głową w kierunku kostki.
— A co, jeśli wciąż nas słyszy?
Tion parsknęła pogardliwie, Someryn zaś rzekła:
— Dlaczego miałoby nas interesować, czy jakiś mężczyzna słyszy, co mówimy? Niemniej, ja nie mam ochoty czekać na niego.
— Co, jeśli on jest taki, jak ci mieszkańcy mokradeł w czarnych kaftanach? — Belinde zacisnęła usta tak mocno, że stały się niemal tak wąskie jak wargi Meiry.
— Nie gadaj głupstw — warknęła Alarys. — Mieszkańcy mokradeł z miejsca zabijają takich ludzi. Cokolwiek twierdzą algai’d’siswami, to musiało być dzieło Aes Sedai. I Randa al’Thora. — Dźwięk tego imienia sprawił, że zapadła bolesna cisza, nie trwała jednak długo.
— Caddar musi mieć taką samą kostkę jak ta tutaj — powiedziała Belinde. — I musi mieć kobietę z darem, która sprawia, że kostka działa.
— Aes Sedai? — Rhiale parsknęła z niesmakiem. — Nawet jeśli jest z nim dziesięć Aes Sedai, proszę niech przyjdą. Zajmiemy się nimi tak, jak sobie na to zasłużyły.
Meira zaśmiała się sucho, stosownie do wyrazu jej wąskiej twarzy.
— Chyba już zaczynasz wierzyć, że to one zabiły Desaine.
— Uważaj na to, co mówisz! — warknęła Rhiale.
— Tak — wymamrotała niespokojnie Someryn. — Nieostrożne słowa mogą wpaść w niepowołane uszy.
Śmiech Tion był krótki i nieprzyjemny.
— Cała wasza banda ma mniej odwagi niż jeden mieszkaniec mokradeł. — Co sprawiło, że Someryn oczywiście odwarknęła jej, a potem Modarra, zaś Meira wyrzekła słowa, które należałoby potraktować jako wyzwanie, gdyby nie były Mądrymi, Alarys zareagowała na nie jeszcze ostrzej, a Belinde...
Ich sprzeczka irytowała Sevannę, chociaż równocześnie stanowiła gwarancję, że nie będą przeciwko niej spiskować. Nie dlatego jednak uniosła dłoń, nakazując milczenie. Rhiale spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi, już otworzyła usta, lecz w tej chwili usłyszały to, co ona. Coś zaszeleściło wśród zeschłych liści zalegających u podnóża drzew. Żaden Aiel nie czyniłby takiego hałasu, nawet jeśli któryś zdecydowałby się podejść do Mądrych nie wezwany, żadne zwierzę nie zbliżyłoby się na tyle do ludzi. Tym razem ona również, jak pozostałe, powstała.
Pojawiły się dwie sylwetki, mężczyzna i kobieta, pod ich stopami gałęzie pękały z takim trzaskiem, że mogliby obudzić chyba nawet kamień. Tuż przed skrajem polany przystanęli, mężczyzna pochylił lekko głowę, by przemówić do kobiety. To był Caddar w swoim niemalże całkowicie czarnym kaftanie obrzeżonym koronką wokół szyi i przy mankietach. Przynajmniej nie miał miecza. Wyglądali, jakby się kłócili. Sevanna pomyślała, że powinna przecież słyszeć choćby szmer ich słów, jednak panowała absolutna cisza. Caddar był niemal o dłoń wyższy od Modarry — wysoki jak na mieszkańca mokradeł, czy nawet na Aiela — a kobieta sięgała mu nie wyżej jak do piersi. Ciemnowłosa i smagła jak on, piękna na tyle, by Sevanna poczuła ukłucie zazdrości, miała na sobie czerwone jedwabie tak skrojone, że ukazywały więcej dekoltu, niźli to miało miejsce w przypadku Someryn.
Jakby myśli miały siłę wezwania, Someryn stanęła obok Sevanny.
— Ta kobieta ma dar — wyszeptała, nie spuszczając oczu z tych dwojga. — Splotła zabezpieczenie. — Zaciskając usta, dodała jeszcze niechętniej: — Jest silna. Bardzo silna. — W jej ustach takie słowa naprawdę dużo znaczyły. Sevanna nigdy nie potrafiła pojąć, dlaczego siła władania Mocą tak mało znaczyła wśród Mądrych... równocześnie będąc za to niewymownie wdzięczna, inaczej jej sprawa byłaby z góry przegrana... ale Someryn chwaliła się, że nigdy w życiu nie spotkała kobiety równie silnej jak ona sama. Z tonu jej głosu Sevanna łatwo wywnioskowała, że tamta kobieta musi być znacznie silniejsza.
W chwili obecnej nie dbała wcale, czy tamta potrafi przenosić góry, czy też ledwie zapalić świecę. Musiała być Aes Sedai. Jej oblicze nie posiadało cech charakterystycznych, jednak kilka twarzy tych, które Sevanna spotkała, również ich nie miało. W ten sposób zapewne Caddar był w stanie uruchomić swój ter’angreal. Dzięki temu właśnie potrafił je znaleźć i przybyć. Nadzwyczaj szybko, właściwie bez zbędnej zwłoki. Wynikające stąd możliwości sprawiały, że jej nadzieje rosły. Pozostawała jednak kwestia wzajemnych stosunków — kto, mianowicie, będzie rozkazywał?
— Przestańcie już przenosić — nakazała. Wciąż, być może, słyszał dzięki kostce wszystko, co mówiły.
Rhiale obdarzyła ją spojrzeniem, w którym zobaczyła prawie litość.
— Someryn już dawno przestała, Sevanna.
Teraz jednak nic już nie mogło zepsuć jej nastroju. Uśmiechnęła się i powiedziała:
— Bardzo dobrze. Pamiętajcie, co wam mówiłam. Ja będę prowadziła rozmowę. — Większość z tamtych skinęła głowami, Rhiale jednak prychnęła. Sevanna nie przestała się uśmiechać. Mądrych nie sposób było obrócić w gai’shain, jednak tak wiele zużytych obyczajów zostało już odrzuconych, że i ten również może spotkać podobny los.
Caddar i kobieta ruszyli naprzód, a Someryn znowu szepnęła:
— Wciąż nie wypuszcza Źródła.
— Usiądź obok mnie — pośpiesznie nakazała jej Sevanna. — Dotkniesz mojej nogi, kiedy będzie przenosić. — Jakże było to dla niej upokarzające. Ale musiała wiedzieć.
Usiadła, podwijając pod siebie nogi, pozostałe przyłączyły się do niej, zostawiając miejsce dla Caddara i kobiety. Someryn usiadła dostatecznie blisko, by ich kolana stykały się ze sobą. Sevanna żałowała, że nie ma krzesła.
— Widzę cię, Caddar — oznajmiła formalnie, mimo doznanej uprzednio obrazy. — Usiądź razem ze swoją kobietą.
Chciała się przekonać, jak Aes Sedai zareaguje na jej słowa, ale tamta tylko nieznacznie uniosła brwi i uśmiechnęła się leniwie. Jej oczy były tak czarne jak jego, czarne jak oczy kruka. W postawach pozostałych Mądrych zaznaczyła się pewna sztywność. Gdyby tamte Aes Sedai przy studniach nie dały Randowi al’Thorowi wyrwać się na wolność, z pewnością zabiłyby lub schwytały wszystkie, co do jednej. Ta tutaj Aes Sedai musiała być tego świadoma — skoro Caddar najwyraźniej wiedział, co się tam wydarzyło — jednak z jej twarzy można było wyczytać każde chyba z uczuć, oprócz jednego — strachu.
— To jest Maisia — oznajmił Caddar, siadając na ziemi, w niewielkiej przestrzeni, jaką dlań zostawiły. Z jakiegoś powodu nie lubił zbliżać się do ludzi bardziej niż na odległość ramienia. Być może obawiał się ciosu nożem. — Powiedziałem ci, byś wykorzystywała pojedynczą Mądrą, Sevanna, nie sześć. Niektórzy mężczyźni mogą nabrać podejrzeń. — Z jakiegoś powodu wydawał się rozbawiony.
Natomiast jego kobieta, Maisia, kiedy wymienił jej imię, przerwała na moment wygładzanie fałd swych spódnic i spojrzała na niego z taką wściekłością, jakby chciała obedrzeć go żywcem ze skóry. Być może wolała, aby jej imię pozostało tajemnicą. Jednak nie powiedziała nic. Po chwili usiadła obok niego, jej uśmiech powrócił tak raptownie, jakby w ogóle nigdy nie znikał. Nie pierwszy raz Sevanna była wdzięczna, że u mieszkańców mokradeł wszystkie uczucia widoczne są jak na dłoni.