— Przyniosłeś tę rzecz, którą można kontrolować Randa al’Thora? — Nawet nie zerknęła na dzban z wodą. Skoro on okazał się tak niegrzeczny, dlaczego ona miałaby zachowywać się uprzejmie? Kiedy pierwszy raz się spotkali, odnosił się do niej zupełnie inaczej. Być może obecność Aes Sedai dodawała mu śmiałości.
Caddar spojrzał na nią pytająco. Podobnie jak Maisia.
— Po co, skoro go nie schwytałaś?
— Schwytam — oznajmiła bezbarwnym głosem, a on się uśmiechnął. Podobnie Maisia.
— Kiedy więc to uczynisz?- W jego uśmiechu wyraźnie mogła dostrzec zwątpienie i niedowierzanie. Uśmiech kobiety zaś był szyderczy. Dla niej również znajdzie się czarna szata. — Dzięki temu, co posiadam, można go kontrolować, gdy już zostanie schwytany, ale nie można go tym pokonać. Nie chcę ryzykować, że dowie się o mnie, póki go nie złapiesz. — W najmniejszym stopniu nie wydawał się zawstydzony koniecznością wyrażenia na głos swych obaw.
Sevanna zdławiła w sobie uczucie rozczarowania. Jedna z nadziei rozwiała się, ale wciąż były pozostałe. Rhiale i Tion splotły dłonie i patrzyły wprost przed siebie, poza krąg, poza miejsce, gdzie siedział; już nie było warto go słuchać. Rzecz jasna nie wiedziały wszystkiego.
— Co z Aes Sedai? Czy dzięki tej rzeczy je również można kontrolować? — Rhiale i Tion przestały wpatrywać się w przestrzeń. Brwi Belinde zadrżały, a Meira po prostu spojrzała wprost na nią. Sevanna mogła tylko przeklinać brak samokontroli u tamtych.
Caddar był jednak równie ślepy jak wszyscy mieszkańcy mokradeł. Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.
— Chcesz powiedzieć, że nie udało ci się z al’Thorem, ale złapałaś Aes Sedai? Próbowałaś schwytać orła, a w ręku zostało ci tylko kilka skowronków!
— Czy możesz dostarczyć coś takiego dla Aes Sedai? — Miała ochotę zgrzytać zębami. Poprzednim razem potrafił okazać jej stosowną grzeczność.
Wzruszył ramionami.
— Być może. Jeśli cena okaże się odpowiednia. — W tej chwili, jak nigdy przedtem, cała sprawa była zupełnie bez znaczenia. A skoro już o tym mowa, Maisia również straciła wszelkie zainteresowanie. Dziwne, jeśli rzeczywiście była Aes Sedai. A przecież nie mogła być nikim innym.
— Twój język ciska kwieciste słowa na wiatr, mieszkańcu mokradeł — orzekła Tion bezbarwnym głosem. — Jaki masz dowód na to, co mówisz? — Chociaż raz Sevanna nie miała pretensji, że któraś odezwała się za nią.
Twarz Caddara skurczyła się nagle, jakby był co najmniej wodzem klanu, jakby potrafił zrozumieć obrazę, ale w jednej chwili uśmiech znów powrócił na jego usta.
— Jak sobie życzysz. Maisia, zabaw się ze szkatułką foniczną na ich użytek.
Someryn poprawiła spódnice i przycisnęła mocno kłykcie do uda Sevanny, a wtedy szara kostka uniosła się w powietrze, na wysokość kroku. Zaczęła podskakiwać w tę i we w tę, jakby podrzucana wieloma dłońmi, potem przekrzywiła się i zawisła na osi przechodzącej przez jeden z rogów niczym bąk, wirując coraz szybciej i szybciej, póki jej kontury nie zaczęły się zamazywać.
— Może chciałabyś zobaczyć, jak balansuje nią na swoim nosie? — zapytał Caddar, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Smagła kobieta przymrużyła oczy, patrzyła prosto przed siebie, uśmiech na jej twarzy był już wyraźnie wymuszony.
— Sądzę, że pokazałam już dość, Caddar — oznajmiła chłodno. Za to kostka... szkatułka foniczna?... nie przestawała wirować.
Sevanna powoli odliczyła do dwudziestu, wreszcie przemówiła.
— Wystarczy.
— Możesz już przestać, Maisia — powiedział Caddar. — Odłóż ją z powrotem na miejsce. — Dopiero wówczas kostka powoli opadła i osiadła na ziemi, w miejscu gdzie początkowo spoczywała. Mimo smagłej skóry twarz kobiety wyraźnie pobladła. Z wściekłości.
Będąc sama, Sevanna roześmiałaby się i zatańczyła z radości. W obecnej sytuacji musiała bardzo się starać, by żadne z przepełniających ją uczuć nie odbiło się na twarzy. Rhiale i pozostałe były zbyt zajęte pogardliwą obserwacją Maisii, by cokolwiek zauważyć. Co działało na jedną kobietę posiadającą dar, będzie też działać na inne. Nie będzie tak w przypadku Someryn i Modarry, być może jednak dla Rhiale i Theravy... Nie mogła jednak wyglądać na zbyt zadowoloną, skoro tamte wiedziały przecież, że nie istnieją żadne pojmane Aes Sedai.
— Oczywiście — ciągnął dalej Caddar — zajmie mi trochę czasu, zanim będę mógł wam dostarczyć wszystko, co chcecie. — Jego oczy rozświetlił chytry błysk, daremnie próbował go skryć. Być może inny mieszkaniec mokradeł niczego by nie dostrzegł. — Ostrzegam was jednak, cena nie będzie niska.
Sevanna mimowolnie pochyliła się do przodu.
— A sposób, dzięki któremu dostałeś się tutaj tak szybko? Ile chcesz za to, żeby ona nas nauczyła? — Udało jej się zachować głos pozbawiony całkowicie wyrazu, jednak obawiała się, że pogarda, którą czuła w tej chwili, może być słyszalna. Mieszkańcy mokradeł zrobią wszystko dla złota.
Być może mężczyzna ją usłyszał. Wyraźnie widziała, jak jego oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, dopiero po chwili odzyskał panowanie nad sobą. Przynajmniej w takim stopniu, na jaki było go stać. Przez chwilę wpatrywał się w swoje dłonie, a kąciki jego ust wygięły się nieznacznie. Dlaczego więc jego uśmiech wciąż był tak pełen zadowolenia?
— To nie jest coś takiego, czego ona byłaby w stanie dokonać — powiedział głosem tak delikatnym jak skóra na jego dłoniach — przynajmniej nie sama z siebie. To coś w rodzaju szkatułki fonicznej. Mogę dostarczyć wam kilka, jednak cena będzie jeszcze wyższa. Wątpię, by to, co zgromadziłyście w Cairhien, wystarczyło. Na szczęście, możecie wykorzystać, hm... szkatułki podróżne, aby przenieść waszych ludzi na bogatsze ziemie.
Nawet Meira musiała bardzo się starać, żeby na jej twarzy nie było widać targającej nią żądzy. Bogatsze ziemie spowodują, że nie trzeba będzie walczyć z tymi głupcami, którzy poszli za Randem al’Thorem.
— Opowiedz mi o nich więcej — chłodno zażądała Sevanna. — Bogatsze ziemie mogą nas zainteresować. — Jednak nie na tyle, by zapomniała o Car’a’carnie. Caddar da jej wszystko, co obiecał, zanim obróci go w da’tsang. Najwyraźniej bardzo lubił nosić czerń. Wtedy niepotrzebna mu będzie nawet odrobina złota...
Obserwator niczym duch przemykał się między drzewami, nie wydając najcichszego odgłosu. To naprawdę cudowne, jak wiele można się dowiedzieć dzięki szkatułce fonicznej, zwłaszcza w świecie, w którym najwyraźniej istniały jeszcze tylko dwie identyczne. Czerwona suknia stanowiła cel, za którym łatwo było podążać, żadne z dwojga zaś ani razu nie obejrzało się za siebie, nawet po to, by sprawdzić, czy nie śledzi ich któryś z tych tak zwanych Aielów. Graendal dalej zachowała Maskę Zwierciadeł, która skrywała jej prawdziwą postać, jednak Sammael zrezygnował ze swojej — znowu rozbłysła jego złota broda, dalej jednak wciąż był o ponad głowę wyższy od niej. Pozwolił także, by łącząca ich więź również zanikła. Obserwator przez chwilę zastanawiał się, czy w danych okolicznościach jest to mądre postępowanie. Nigdy nie przestał dumać nad tym, ile z chełpliwej brawury tamtego było wynikiem jego czystej głupoty i najzwyczajniejszej ślepoty. Nie wypuścił wszak saidina, może nie był całkiem nieświadomy niebezpieczeństwa.
Obserwator szedł za nimi i słuchał. Nie mieli pojęcia o jego obecności. Prawdziwa Moc, czerpana wprost od Wielkiego Władcy, nie dawała się ani zobaczyć, ani wykryć przez nikogo, kto z niej nie korzystał. Przed oczami latały mu czarne płatki. Oczywiście zawsze była jakaś cena, w tym przypadku rosła wraz z każdym zaczerpnięciem, on jednak chętnie ją płacił, kiedy to było konieczne. Uczucie towarzyszące wypełnieniu Prawdziwą Mocą równało się niemalże z tym, jakie przepełniało go, kiedy klęczał pod Shayol Ghul, pławiąc się w chwale Wielkiego Władcy. Uczestnictwo w tej glorii warte było bólu.