Godziny wlekły się. Przeczytała kilkakrotnie krótki list, który Mat zostawił u Tylin. Aviendha siedziała w milczeniu na bladozielonych płytkach posadzki obok krzesła z wysokim oparciem, jak zawsze ze skrzyżowanymi nogami, trzymając na kolanach oprawiony w tłoczoną złotem skórę egzemplarz Podróży Jaina Długi Krok. Nie denerwowała się wcale, przynajmniej nic nie było po niej widać, ale ta kobieta nie drgnęłaby nawet wtedy, gdyby ktoś wpuścił jej jadowitego węża pod suknię. Po powrocie do pałacu znowu zawiesiła na szyi delikatny naszyjnik ze srebra, który zazwyczaj nosiła niemalże dniem i nocą. Podróż łodzią stanowiła wyjątek, powiedziała im, że nie chce ryzykować jego utraty. Nynaeve zastanawiała się bezsensownie, dlaczego tamta nie nosi swojej bransolety z kości słoniowej. Podsłuchała kiedyś rozmowę na ten temat, coś o tym, że nie będzie jej nosić, póki Elayne nie dostanie podobnej; mało w tym było sensu. I zresztą sama rozmowa znaczyła oczywiście równie niewiele jak bransoleta. Leżący na kolanach list znowu przykuł jej uwagę.
Stojące lampy w salonie sprawiały, że nie miała kłopotów z czytaniem, chociaż chłopięcy, kiepsko ukształtowany charakter pisma Mata nastręczał nieco trudności. Niemniej to treść listu sprawiała, że żołądek Nynaeve skręcał się w supeł.
“Tutaj nie ma nic, tylko upał i muchy, a jednego i drugiego możemy mieć w Caemlyn pod dostatkiem.”
— Pewny jesteś, że nic mu nie zdradziłeś? — zapytała.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia Juilin zamarł z dłonią uniesioną nad planszą do gry w kamienie i rzucił jej spojrzenie pełne urażonej niewinności.
— Ile razy będę musiał to jeszcze powtarzać? — Urażona niewinność to jedna z tych rzeczy, które mężczyznom wychodzą najlepiej, zwłaszcza wówczas, gdy ich wina jest równie niewątpliwa, jak w przypadku lisa przyłapanego w kurniku. Na domiar wszystkiego, rzeźbienia otaczające plansze przedstawiały właśnie lisy.
Thom, siedzący po przeciwnej stronie inkrustowanego lazurytem blatu i odziany w świetnie skrojony kaftan z brązowej wełny, w równie niewielkim stopniu wyglądał na barda, co na mężczyznę, który był niegdyś kochankiem królowej Morgase. Przygarbiony, siwowłosy, z długimi wąsami i krzaczastymi brwiami, cały — od błękitnych oczu do podeszew butów — aż trząsł się od wymuszonej bezczynności.
— Nie bardzo sobie wyobrażam, jak to niby miałoby się stać, Nynaeve — oznajmił sucho — skoro do dziś wieczora nic nam nie powiedziałaś. Powinnyście wysłać Juilina i mnie.
Nynaeve parsknęła głośno. Jakby ci dwaj i tak, od chwili gdy przybyły na miejsce, na jedno tylko słowo Mata, nie biegali dookoła niczym kury z obciętymi głowami, wtrącając się w sprawy jej i Elayne. Zresztą nie potrafili nawet minuty spędzić razem, żeby nie zacząć plotkować. Mężczyźni tak właśnie postępowali. Oni... Prawdą było jednak to, co niechętnie musiała przyznać, że żadnej z nich nie przyszło do głowy zlecenie im tego zadania.
— Hulalibyście gdzieś i pili z nim razem — wymruczała. — Nie mówcie mi, że tak by nie było. — Mat zapewne właśnie gdzieś to robił, a Birgitte przestępowała z nogi na nogę w jego gospodzie. Ten człowiek potrafił zepsuć nawet najlepszy plan.
— A nawet gdyby? — Oparta o ścianę obok jednego z wysokich okien sklepionych łukami, spoglądając w noc przez pomalowany na biało żelazny parawan balkonu, Elayne zachichotała. Przytupywała do taktu nogą, jednak sposób, w jaki potrafiła wyłowić jedną melodię spośród wszystkich, które zlewały na zewnątrz swe tony, stanowiło zagadkę. — Jest to przecież noc na... hulankę.
Nynaeve spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi. W miarę upływu nocy Elayne zachowywała się coraz dziwaczniej. Gdyby nie znała jej lepiej, podejrzewałaby, że tamta wymyka się potajemnie na zewnątrz, by tu i ówdzie pociągnąć łyk wina. Spory łyk, jeśli już o tym mowa. Co było zupełnie nieprawdopodobne, nawet gdyby przez cały czas nie spuszczała jej z oka. Obie miały za sobą raczej dość niefortunne doświadczenia ze zbyt dużą ilością wypitego wina i od tamtego czasu żadna nie piła więcej niż jednorazowo pojedynczy pucharek.
— Mnie natomiast interesuje Jaichim Carridin — powiedziała Aviendha, zamykając książkę i kładąc ją obok siebie na posadzce. Nie przyjmowała do wiadomości żadnych uwag na temat tego, jak dziwnie wygląda, gdy tak siedzi na posadzce w błękitnej jedwabnej sukni. — U nas Tych Co Prowadzają Się Z Cieniem zabija się natychmiast, gdy zostaną odkryci, i żaden klan, szczep, społeczność lub choćby pierwsza siostra nie podniesie ręki, by zaprotestować. Jeśli Jaichim Carridin jest jednym z Tych Co Prowadzają Się Z Cieniem, to dlaczego Tylin Mitsobar go nie zabije? Dlaczego my tego nie zrobimy?
— U nas rzeczy są nieco bardziej skomplikowane — odrzekła jej Nynaeve, chociaż sama się nad tym zastanawiała. Oczywiście nie nad tym, dlaczego Carridin nie został jeszcze zabity, ale dlaczego pozwalano mu wciąż swobodnie wchodzić do pałacu i wychodzić, kiedy mu się żywnie podobało. Dziś jeszcze widziała go na korytarzu, już po tym, jak otrzymała list od Mata i po tym, jak poinformowała Tylin, co zawierał. A wcześniej on przez ponad godzinę rozmawiał z Tylin i odszedł, nie ponosząc żadnego uszczerbku na honorze. Miała zamiar omówić całą sprawę z Elayne, ale kwestie, co właściwie Mat wie i skąd, wciąż nie pozwalały im skoncentrować się na zagadnieniu. Ten człowiek mógł przysporzyć im kłopotów. W jakiś sposób wydawało się to nieuniknione. Cała ta sprawa potoczy się niepomyślnie, niezależnie od tego, co którakolwiek z nich przedsięweźmie. Nadchodził czas złej pogody.
Thom odchrząknął.
— Tylin jest słabą królową, Carridin zaś ambasadorem wielkiej potęgi. — Umieścił kamień na planszy i wpatrywał się w nią przez parę chwil. Zabrzmiało to tak, jakby zastanawiał się na głos. — Z definicji Inkwizytor Białych Płaszczy nie może być Sprzymierzeńcem Ciemności, przynajmniej tak się tę kwestię pojmuje w Fortecy Światłości. Jeśli ona go aresztuje lub choćby rzuci nań oskarżenie, to zanim mrugnie, zobaczy legion Białych Płaszczy pod bramami Ebou Dar. Być może nawet zostawią jej tron, ale odtąd będzie tylko marionetką, której sznurki pociąga się pod Kopułą Prawdy. Jeszcze nie jesteś gotów się poddać, Juilin?
Łowca złodziei spojrzał na niego dziko, potem powrócił do pełnego irytacji namysłu nad planszą.