Выбрать главу

Nynaeve złapała ją za rękaw i pociągnęła w kierunku drzwi, szepcząc:

— Śpi — i coś jeszcze, czego nie usłyszała. Zapewne było to kolejne błaganie, by wyjść.

— Daj mi spokój, Nerim — wymamrotał nagle. — Mówiłem ci już wcześniej, nie chcę niczego prócz nowej głowy. I zamknij cicho drzwi, w przeciwnym razie uszy ci oberwę.

Nynaeve aż podskoczyła i zdwoiła wysiłki odciągnięcia jej w stronę wyjścia, jednak Elayne nawet nie drgnęła.

— To nie Nerim, panie Cauthon.

Uniósł głowę z poduszki, obiema dłońmi przesunął odrobinę płótno i spojrzał na nie zaczerwienionymi oczyma.

Uśmiechnięta szeroko Nynaeve nie czyniła najmniejszych wysiłków, by ukryć radość, jaką napawał ją jego stan. Elayne z początku nie potrafiła pojąć, dlaczego sama również ma ochotę się uśmiechnąć. Jej jedyne doświadczenie z wypiciem zbyt wielkiej ilości wina pozostawiło po sobie tylko współczucie dla każdego, kto znalazł się w identycznym położeniu. Poczuła gdzieś w głębi czaszki, prawie nieuchwytny, ból głowy Birgitte i wtedy zrozumiała. Z pewnością nie pochwalała tego, że Birgitte pławi się w dzbanach z winem, niezależnie już od powodów, ale w równym stopniu nie mogła jej się podobać myśl, że ktoś potrafiłby robić cokolwiek lepiej od jej Strażnika. Głupia myśl. Żenująca. Ale przysparzała też satysfakcji.

— Co wy tu robicie? — zapytał ochryple, potem mrugnął i ściszył głos. — W środku nocy.

— Jest ranek — ostro oznajmiła Nynaeve. — Nie pamiętasz, jak się umawiałeś z Birgitte?

— Czy możecie nie mówić tak głośno? — wyszeptał, zamykając oczy. W następnej chwili jednak wytrzeszczył je znowu. — Birgitte? — Usiadł gwałtownie, przerzucił nogi przez krawędź łóżka. Chwilę siedział w ten sposób, wbijając wzrok w deski podłogi, z łokciami na kolanach i medalionem zwisającym luźno z rzemyka na szyi. W końcu odwrócił głowę, by spojrzeć na nie z głębi swego nieszczęścia. Chociaż, być może tylko jego oczy tak wyglądały. — Co ona wam powiedziała?

— Przekazała nam twoje żądania, panie Cauthon — oficjalnie oznajmiła Elayne. Tak właśnie musi czuć się człowiek stojący przed pieńkiem kata. Nie można już nic zrobić, tylko stać z dumnie uniesioną głową i czekać na wszystko, cokolwiek się zdarzy. — Chciałabym z całego serca podziękować panu za uratowanie mnie z Kamienia Łzy. — Oto zaczęła i jakoś wcale nie bolało. Przynajmniej nie bardzo.

Nynaeve stała obok z pałającymi oczami, jej usta zaciskały się coraz mocniej. Ta kobieta chyba nie zamierzała wszystkiego zrzucić na jej barki. Elayne objęła Źródło, zanim zdążyła się zorientować, co robi, i przeniosła cienki strumyczek Powietrza, który pacnął ucho Nynaeve, dokładnie w taki sam sposób, w jaki dłoń mogłaby dać jej pstryczka. Tamta chwyciła się za ucho i spojrzała jeszcze groźniej, jednak Elayne odwróciła się już z powrotem do Mata Cauthona i spokojnie czekała.

— Ja również ci dziękuję — wykrztusiła w końcu Nynaeve, całkowicie zgnębiona. — Z całego serca.

Elayne nie umiała się powstrzymać i zanim pojęła, co robi, przewróciła oczyma. Cóż, sam prosił, żeby mówiły cicho. Ale najwyraźniej nie usłyszał. Co dziwniejsze, wzruszył ramionami, jakby pogrążony w kompletnej konfuzji.

— Och, tamto. To nic takiego. Najprawdopodobniej same byście się szybko wydostały bez mojej pomocy. — Zatopił twarz w dłoniach i raz jeszcze przycisnął mokrą chusteczkę do oczu. — Kiedy będziecie wychodzić, czy mogłybyście poprosić Carę, żeby mi przyniosła dzban winnego ponczu? Szczupła dziewczyna, śliczna, z ciepłymi oczyma.

Elayne drgnęła.

“Nic takiego?” — Ten człowiek domagał się przeprosin, przymuszając do nich, poniżył je, a teraz mówi, że to nic takiego? Nie zasługiwał na żadne współczucie ani litość! Wciąż obejmowała saidara i rozważała nawet smagnięcie go znacznie mocniejszym ciosem niźli wcześniej Nynaeve. Oczywiście, nic by jej z tego nie przyszło, póki miał na szyi ten lisi łeb. Ale przecież tym razem medalion zwisał swobodnie, nie dotykając skóry. Czy osłaniał go w równym stopniu, kiedy...?

Nynaeve przerwała jej milczące spekulacje, rzucając się na niego z palcami zakrzywionymi jak szpony. Elayne udało się jakoś zagrodzić jej drogę i schwycić za ramiona. Przez dłuższą chwilę stały niemalże nos w nos, wyjąwszy to, że jedna była znacznie wyższa od drugiej; na koniec Nynaeve, skrzywiwszy się, odstąpiła na bok, Elayne zaś poczuła, że już może bezpiecznie ją puścić.

Mat wciąż skrywał twarz w dłoniach, zupełnie nieświadom tego, co się dzieje. Niezależnie już, czy medalion chronił go czy nie, była gotowa porwać z kąta drzewce jego łuku i zbić, aż zawyje. Poczuła, jak palą ją policzki, powstrzymała Nynaeve przed zniszczeniem wszystkiego, tylko po to, by samej nie myśleć o niczym innym. Gorzej, z paskudnego, pełnego samozadowolenia uśmieszku jakim ją tamta poczęstowała, nietrudno było wywnioskować, że wie, co jej chodzi po głowie.

— To nie wszystko, panie Cauthon — oznajmiła, garbiąc się nieco. Z twarzy Nynaeve zniknął ostatni ślad uśmiechu. — Chcemy również przeprosić za to, że zwlekałyśmy tak długo z wyrażeniem ci naszej wdzięczności. I również przepraszamy... pokornie... — Zająknęła się odrobinę na tym słowie...za sposób, w jaki ostatnimi czasy cię traktowałyśmy. — Nynaeve wyciągnęła dłoń, jakby ją zaklinała, ale na to też nie zwróciła uwagi. — Aby udowodnić głębię żalu, jaki odczuwamy, solennie obiecujemy, co następuje... — Aviendha powiedziała, że przeprosiny to dopiero początek. — Nie będziemy bagatelizować twych zasług ani poniżać cię w żaden sposób, ani też krzyczeć na ciebie z jakiegokolwiek powodu, ani... ani próbować wydawać ci rozkazów. — Nynaeve mrugnęła. Elayne również poczuła, jak jej usta mimowolnie zaciskają się, jednak mówiła dalej: — Rozumiejąc twoją jak najbardziej stosowną troskę o nasze bezpieczeństwo, nie będziemy opuszczać pałacu, nie mówiąc ci uprzednio, dokąd się udajemy, i będziemy słuchać twoich rad. — Światłości, nie miała najmniejszego zamiaru zostać Aielem ani robić żadnej z tych rzeczy, jednak zależało jej na szacunku Aviendhy. — Jeśli... jeśli zdecydujesz, że my... — Nie chodziło nawet o zamiar zostania jej siostrą-żoną... sama idea była skrajnie nieprzyzwoita! ... ale naprawdę tamtą lubiła. — ... niepotrzebnie narażamy się na niebezpieczeństwo... — To nie była przecież wina Aviendhy, że Rand skradł serca im obu. I jeszcze Min. — ...zgodzimy się na strażników, jakich nam wyznaczysz... — Los, albo ta’veren, cokolwiek to było, właśnie się objawiało. Obie kobiety kochała niczym siostry. — ... i zatrzymamy ich przy sobie tak długo, jak to tylko będzie możliwe. — A żeby sczezł ten mężczyzna, który jej to robił! Ale nie Mata Cauthona miała na myśli. — Tak przysięgam na andorański Tron Lwa. — Oddychała ciężko, jakby właśnie przebiegła milę bez zatrzymywania się. Nynaeve patrzyła oczami borsuka przypartego do muru.

Powoli odwrócił głowę w ich stronę, odrobinę tylko, odsłaniając jedno przekrwione oko.

— Twój głos brzmi tak, jakbyś miała w gardle żelazny pręt, moja pani — powiedział szyderczo. — Możesz mówić do mnie Mat. — Co za odrażający mężczyzna! Nie poznałby się na grzeczności, nawet gdyby nosem w nią wszedł! To złośliwe oko spojrzało w jej stronę. — A co z tobą, Nynaeve? Słyszałem właśnie od niej mnóstwo “my”, ale ani słowa od ciebie.

— Nie będę na ciebie krzyczeć — krzyknęła Nynaeve. — I cała reszta, tak samo. Obiecuję ci... ty...! — Zaczęła bełkotać, jakby zaraz miała połknąć język, w momencie gdy zrozumiała, że nie może wyzwać go żadnym ze słów, na które sobie w jej mniemaniu zasłużył, nie łamiąc jednocześnie złożonej właśnie przed chwilą obietnicy. A jednak efekt, jaki wywarły jej słowa nie mógł być chyba większy.