Выбрать главу

Krzyknął, zadrżał, upuścił ręcznik, a potem ścisnął głowę obiema dłońmi. Oczy wyszły mu z orbit.

— Przeklęte kości — zaskowytał albo w każdym razie wydał z siebie bardzo zbliżony odgłos. Elayne nagle przyszło do głowy, że on właśnie może stanowić bardzo dobre źródło dosadnego języka. Stajenni i im podobni zawsze starali się wyraźnie hamować w momencie, gdy ją dostrzegali. Oczywiście obiecała, że go ucywilizuje, że uczyni go przydatnym dla Randa, ale nie powinna chyba zanadto wtrącać się w jego język. W tej chwili zrozumiała nagle, że bardzo wielu czynności się nie wyrzekła. Gdy wspomni o tym Nynaeve, z pewnością nieco ją uspokoi.

Po dłuższej chwili przemówił głosem bez wyrazu:

— Dziękuję ci, Nynaeve. — Przerwał i z trudem przełknął ślinę. — Myślałem już sobie, że skoro się tak zachowujecie, musicie być kimś innym w przebraniu. Ponieważ najwyraźniej wciąż jeszcze żyję, równie dobrze możemy zająć się od razu resztą. Zdaje mi się, że Birgitte napomknęła, iż potrzebujecie mnie, abym coś dla was znalazł. Co to takiego?

— Nie znajdziesz tego — zdecydowanie oznajmiła Nynaeve. Cóż, być może nawet bardziej ostro niż tylko zdecydowanie, Elayne jednak nie miała zamiaru przywoływać jej do porządku. On zasługiwał na każde skrzywienie ust. — Ty będziesz nam tylko towarzyszył, a to coś znajdziemy my.

— Już się wycofujesz, Nynaeve? — W jakiś sposób udało mu się prześmiewczo wykrzywić usta. — Właśnie przed chwilą obiecałaś, że będziesz robić, co ci każę. Jeżeli potrzebny jest ci oswojony ta’veren na smyczy, idź poproś Randa albo Perrina i zobaczymy, jaką otrzymasz odpowiedź.

— Nic takiego nie obiecywałyśmy, Matrimie Cauthon — warknęła Nynaeve, stając na palcach. — Ja nic takiego nie obiecywałam! — Wyglądała tak, jakby zaraz znowu miała się na niego rzucić. Nawet włosy w jej warkoczu wydawały się jeżyć.

Elayne lepiej potrafiła powściągnąć swój temperament. Donikąd nie dojdą, obrażając go.

— Będziemy słuchać twoich rad i korzystać z nich, jeśli okażą się rozsądne, panie... Mat — w jej głosie zabrzmiała lekka przygana. Z pewnością nie może naprawdę myśleć, że obiecały... Jednak patrząc na niego, zrozumiała, że tak właśnie myśli. Och, Światłości! Nynaeve miała rację. On rzeczywiście przysporzy im kłopotów.

Ale nie straciła panowania nad sobą. Przeniosła znowu i przewiesiła jego kaftan na właściwe miejsce, mianowicie na jeden z kołków przy drzwiach, a potem usiadła na krześle, sztywno wyprostowana, pieczołowicie układając spódnice. Dotrzymanie obietnic złożonych panu Cauthonowi — Matowi — nie będzie łatwe, ona jednak nie pozwoli, by, cokolwiek on zrobi lub powie, dotknęło ją do żywego. Nynaeve zmierzyła wzrokiem jedyne oprócz zajętego przez Elayne miejsce nadające się do siedzenia — niski rzeźbiony podnóżek — i została tam, gdzie była. Jedna z jej dłoni drgnęła w stronę warkocza, ale opanowała się natychmiast i zaplotła ramiona na piersiach. Nie przestała wszak złowieszczo postukiwać stopą o podłogę.

— Atha’an Miere nazywają to Czarą Wiatrów, panie... Mat. Jest to ter’angreal...

W końcu błysk podniecenia przebił się przez jego osłabienie.

— To ci dopiero znalezisko — mruknął. — W Rahad. — Pokręcił głową i wzdrygnął się. — To wam teraz powiem. Żadna z was nawet stopy nie postawi na drugim brzegu rzeki bez czterech lub pięciu moich Czerwonorękich na każdą. Ani nie wyściubi nosa z pałacu, jeśli już o tym mowa. Czy Birgitte powiedziała wam o liście, który wetknięto w mój kaftan? Jestem pewien, że jej mówiłem. I jeszcze jest Carridin oraz Sprzymierzeńcy Ciemności, nie powiecie mi, że on czegoś nie knuje.

— Każdej siostrze, która wspiera Egwene na Tronie Amyrlin, grozi niebezpieczeństwo ze strony Wieży. — Wszędzie w towarzystwie ochrony? Światłości! W oczach Nynaeve zapaliły się niebezpieczne błyski, zaczęła szybciej postukiwać nogą. — Nie możemy się przed tym chować, pa... Mat, i nie będziemy. Jaichimem Carridinem zajmiemy się w swoim czasie. — Nie obiecały mówić mu wszystkiego i nie pozwolą, by wpływał na zasadniczy kierunek ich działań. — Obecnie mamy przed sobą ważniejsze sprawy.

— W swoim czasie? — zaczął, a głos unosił mu się z niedowierzania, jednak Nynaeve natychmiast ucięła:

— Czterech na każdą z nas? — zapytała kwaśno. — To jest zupełnie bez sen... — Na chwilę przymknęła powieki, a potem zaczęła już łagodniejszym tonem. Nieznacznie łagodniejszym. — Chciałam powiedzieć, że to nieroztropnie. Elayne, ja, Birgitte i Aviendha. Nie masz tak wielu żołnierzy. W każdym razie tym, czego naprawdę potrzebujemy, jesteś ty. — Te ostatnie słowa wyszły jej z gardła jak wyciągane przemocą. Zbyt wyraźnie przypominały przyznanie się do porażki.

— Birgitte i Aviendha nie potrzebują nianiek — zauważył nieobecnym tonem. — Przypuszczam, że ta Czara Wiatrów jest znacznie ważniejsza od sprawy Carridina, jednak... Wydaje mi się niewłaściwe pozwalać, by Sprzymierzeńcy Ciemności spacerowali sobie samopas.

Twarz Nynaeve powoli pokryła się purpurą. Elayne szybko zerknęła w stojące w zasięgu jej wzroku lustra i z ulgą stwierdziła, że jej udało się opanować. Przynajmniej na zewnątrz. Ten człowiek był doprawdy nie do wytrzymania! Nianiek? Sama nie miała pojęcia, co byłoby gorsze: gdyby tę jawną obrazę wypowiedział zupełnie świadomie, czy też gdyby wymknęła mu się niechcący? Znowu zerknęła na swoje odbicie w lustrze i odrobinę opuściła podbródek. Niańki! Cała była czystym spokojem.

Patrzył na nie tymi swoimi przekrwionymi oczami i najwyraźniej niczego nie dostrzegał.

— Co Birgitte wam powiedziała? — zapytał, a Nynaeve odwarknęła:

— Tego już wystarczy, przypuszczam, nawet jak na ciebie. Z jakiegoś niewytłumaczonego powodu wydawał się zaskoczony i raczej zadowolony.

Nynaeve wzdrygnęła się, potem zaplotła ramiona ciaśniej, właściwie niemalże się nimi objęła.

— Ponieważ jesteś w stanie uniemożliwiającym ci udanie się dokądkolwiek z nami... nie patrz tak na mnie, Macie Cauthon, to nie jest dokuczanie, to sama prawda!... możesz spędzić ranek na przeprowadzce do pałacu. I nie myśl sobie, że pomożemy ci nieść twoje rzeczy. Nie obiecywałam, że będę jucznym koniem.

— “Wędrowna Kobieta” jest dla mnie dostatecznie dobra — zaczął ze złością, potem opanował się, a na jego twarz wypełzł znamionujący głęboki namysł grymas. W oczach Elayne był to właściwie grymas przerażenia. To go oduczy warczeć, kiedy głowę ma niczym melon. Przynajmniej ona sama tak się czuła wtedy, kiedy wypiła za dużo. Rzecz jasna, on nie wyciągnie żadnych wniosków z tego faktu. Mężczyźni wiecznie wsadzają swoje łby do ognia, sądząc, że tym razem ich nie oparzą, to zawsze powtarzała Lini.

— Nie możemy się spodziewać, że znajdziemy Czarę za pierwszym razem, gdy tylko spróbujemy — ciągnęła dalej Nynaeve — niezależnie od tego, czy będzie z nami ta’veren. Kolejne wyprawy będą łatwiejsze, jeśli nie będziesz musiał za każdym razem przechodzić przez plac. — Jeśli nie będą musiały czekać na niego każdego ranka, to w istocie miała na myśli. Wedle tego, co sobie zapewne myślała, picie stanowiło tylko jedną spośród licznych wymówek, które znajdzie sobie po to, by móc wylegiwać się w łóżku całymi godzinami.

— A ponadto — dodała Elayne — będziesz mógł dzięki temu nie spuszczać nas z oka. — W gardle Nynaeve zaczął już nabrzmiewać jakiś dziwny odgłos, do złudzenia przypominający jęk. Czy ona nie rozumie, że jego trzeba skusić? Przecież w ten sposób bynajmniej nie obiecywała mu, że pozwoli, by cały czas kontrolował je.