Выбрать главу

Najwyraźniej jednak nie słyszał ani jej, ani Nynaeve. Wymęczone oczy patrzyły na skroś nich.

— Dlaczego teraz właśnie musiały się, cholera, zatrzymać? — jęknął tak cicho, że ledwie go usłyszała. A cóż to miało, na Światłość, znaczyć?

— Komnaty pałacu są stosowne nawet dla króla, panie... Mat. Tylin sama je wybrała, dokładnie pod jej własnymi apartamentami. Wykazała sporo osobistego zainteresowania całą sprawą, Mat, nie chciałbyś teraz chyba obrazić królowej, co?

Jedno spojrzenie na jego twarz i Elayne pośpiesznie przeniosła, otwierając okno i wylewając przez nie zawartość miednicy. Jeśli kiedykolwiek w życiu widziała mężczyznę, który mógł w każdej chwili opróżnić swój żołądek, to właśnie taki patrzył na nią przekrwionymi oczyma.

— Nie rozumiem, o co tyle hałasu — powiedziała. Jednak w przeciwieństwie do swych słów chyba jednak rozumiała. Niektóre ze służących pewnie pozwalały się podszczypywać, wątpiła jednak, by w pałacu było to też możliwe, zapewne nie. Nie będzie również mógł pić i grać po całych nocach. Tylin z pewnością nie zgodzi się, by dawał zły przykład Beslanowi.

— Wszyscy musimy być gotowi na poświęcenia. — Z wysiłkiem poprzestała tylko na tym stwierdzeniu, nie wspominając już, że jego poświęcenie jest drobne i stanowi słuszną decyzję, ich natomiast jest monstrualne i niesprawiedliwe, niezależnie od tego, jak to określiła Aviendha. Przy czym Nynaeve z pewnością buntowała się przeciwko jakimkolwiek poświęceniom.

Znowu ukrył twarz w dłoniach, trzęsły mu się ramiona, z głębi gardła wyrwały takie odgłosy, jakby się dusił. Śmiał się! Uniosła odrobinę miednicę na strumieniu Powietrza, zastanawiając się, czy nie cisnąć nią. Kiedy jednak na powrót uniósł oczy, z jakiegoś powodu wydawał się rozeźlony.

— Poświęcenia? — warknął. — Gdybym poprosił was, byście zrobiły to samo, wytargałybyście wszystkie uszy w zasięgu ręki i spuściły mi dach prosto na głowę! — Czy wciąż jeszcze był pijany?

Postanowiła zlekceważyć to jego przerażające spojrzenie.

— Skoro już mowa o twojej głowie, jeśli miałbyś ochotę na Uzdrawianie, pewna jestem, że Nynaeve chętnie ci pomoże. — Jeśli kiedykolwiek tamta była dostatecznie wściekła, żeby przenosić, owa chwila nastąpiła obecnie.

Nynaeve wzdrygnęła się leciutko i spojrzała na nią kątem oka.

— Oczywiście — powiedziała szybko. — Jeśli tylko zechcesz. — Kolor jej policzków potwierdzał wszystkie podejrzenia Elayne dotyczące tego ranka.

Wdzięczny, jak zawsze, wyszczerzył zęby.

— Po prostu zapomnijcie o mojej głowie. Znakomicie radzę sobie bez Aes Sedai. — A potem, chyba tylko dlatego, by wszystko dodatkowo skomplikować, z wahaniem w głosie dodał: — W każdym razie dziękuję, że zaproponowałyście. — Jakby naprawdę chciał to powiedzieć!

Elayne jakoś udało się nie wgapić w niego. Jej wiedza dotycząca mężczyzn ograniczała się do Randa i tego, co powiedziały jej Lini oraz Matka. Czy Rand okaże się równie niezrozumiały jak Mat Cauthon?

Tuż przed odejściem wymusiła jeszcze na nim obietnicę, że natychmiast wyruszy do pałacu. Raz danego słowa zawsze dotrzymywał, to Nynaeve musiała mu przyznać, aczkolwiek niechętnie. Wystarczało jednak, jej zdaniem, zostawić tylko najmniejszą szczelinę, a znajdzie setki sposobów, by się przez nią prześlizgnąć. Co zawsze podkreślała z lubością. Złożył jej więc obietnicę, a towarzyszył temu ponury, niechętny grymas — chociaż być może to znowu te przepite oczy. Kiedy postawiła miednicę u jego stóp, naprawdę wydawał się wdzięczny. Jednak tym razem nie znalazła w sobie współczucia. Nie ma mowy.

Kiedy już znalazły się na korytarzu i zamknęły drzwi od pokoju Mata, Nynaeve pogroziła pięścią w stronę sufitu.

— Ten mężczyzna byłby zdolny kamień wyprowadzić z równowagi! Bardzo dobrze, że sam zajmie się swoją głową! Słyszysz mnie? Zadowolona jestem! On jeszcze przysporzy nam kłopotów. Na pewno.

— Wy dwie więcej jemu przysporzycie kłopotów niż on kiedykolwiek wam. — Mówiąca te słowa kobieta szła korytarzem w ich stronę, miała włosy lekko przyprószone siwizną, twarde rysy twarzy i rozkazujący głos. Na jej twarzy zastygł lekki mars, niemalże grymas. Mimo noża małżeńskiego między piersiami, zbyt jasna karnacja skóry zdradzała, że nie jest rodowitą mieszkanką Ebou Dar. — Nie mogłam wprost uwierzyć, kiedy Caira mi powiedziała. Wątpię, bym w życiu widziała tyle głupoty wciśniętej naraz w dwie sukienki.

Elayne zmierzyła kobietę wzrokiem. Nawet jako nowicjuszka nie musiała się godzić, by mówiono do niej tym tonem.

— A kimże ty możesz być, poczciwa kobieto?

— Mogę być i jestem Setalle Anan, właścicielka tej gospody, dziecko — padła sucha odpowiedź, a równocześnie kobieta otworzyła drzwi na końcu korytarza, potem schwyciła każdą z nich pod ramię i pociągnęła za sobą tak gwałtownie, że Elayne naprawdę miała wrażenie, iż jej nogi unoszą się ponad podłogą.

— Padła pani ofiarą jakiegoś nieporozumienia, pani Anan — powiedziała chłodno, kiedy kobieta puściła je, chcąc zatrzasnąć drzwi.

Nynaeve wszakże nie była w nastroju na uprzejmości. Wyciągnęła dłoń tak, że jej Wielki Wąż wyraźnie był widoczny i powiedziała zapalczywie:

— No to sobie popatrz...

— Bardzo ładne — powiedziała kobieta i pchnęła je tak mocno, że siadły natychmiast na brzegu łóżka. Elayne wybałuszyła oczy z niedowierzaniem. Natomiast ta kobieta stanęła przed nimi, z ponurym obliczem, pięściami na biodrach, przysiąc by można: matka, która zamierza udzielić ostrej reprymendy córkom. — Wymachiwanie tym tylko świadczy, jak głupie jesteście. Ten młody człowiek chętnie posadzi was sobie na kolanie... po jednej na każdym, z pewnością, jeśli pozwolicie... skradnie kilka pocałunków i może jeszcze coś, ile zechcecie mu dać, ale nie zrobi wam krzywdy. Wy możecie wszakże wyrządzić mu krzywdę nielichą, jeśli dalej będziecie tak postępować.

Wyrządzić mu krzywdę? Kobieta myślała, że one... powiedziała, że posadzi je sobie na kolanach... myślała, że... Elayne nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać, wstała jednak i wygładziła suknię.

— Jak już powiedziałam, pani Anan, padłaś ofiarą nieporozumienia. — Jej głos przybrał łagodniejsze tony, kiedy ciągnęła dalej, zmieszanie powoli ustępowało miejsca spokojowi. — Jestem Elayne Trakand, Dziedziczka Tronu Andoru i Aes Sedai z Zielonych Ajah. Nie mam pojęcia, co sobie myślisz... — Omal nie dostała zeza, kiedy pani Anan przytknęła palec wskazujący do jej nosa.

— Elayne, jeśli tak rzeczywiście masz na imię, wszystkim, co powstrzymuje mnie przed zaciągnięciem cię na dół do kuchni i wyszorowaniem ci ust, tobie i tej drugiej głupiej dziewczynie, jest możliwość, że naprawdę potrafisz trochę przenosić. Czy też jesteś na tyle głupia, by nosić pierścień, nawet tego nie umiejąc? Ostrzegam cię, to nie zrobi żadnej różnicy w oczach sióstr mieszkających w Pałacu Tarasin. Czy wiesz choćby o ich obecności? Jeżeli tak, to naprawdę, nie jesteś tylko głupia, jesteś skończoną idiotką.

Gniew Elayne wzrastał z każdym słowem tamtej. Głupia dziewczyna? Skończona idiotka? Nie pozwoli sobie na to, z pewnością nie zaraz po tym, jak musiała pełzać przed Matem Cauthonem. Sadzać na kolanie? Mat Cauthon? Jakoś zachowała zewnętrzne opanowanie, jednak Nynaeve nie wytrzymała.

Patrzyła z wściekłością, a poświata saidara wokół niej stawała się coraz jaśniejsza, wreszcie skoczyła na równe nogi. Strumienie Powietrza otoczyły panią Anan od ramion aż po kostki, przyciskając jej spódnice i halki do nóg, tak ściśle, że omal jej nie dusząc.

— Tak się składa, że jestem akurat jedną z tych sióstr, co mieszkają w pałacu. Nynaeve al’Meara z Żółtych Ajah, mówiąc ściśle. A teraz, może chcesz, żebym ja cię zawlokła do kuchni? Wiem co nieco o tym, jak się szoruje usta. — Elayne odsunęła się od jednego z wyciągniętych ramion karczmarki.