Elayne ścisnęła dłoń w pięść i schowała za plecami. I tylko patrzyła, jak Nynaeve pokornie ściąga pierścień i wsuwa go do sakwy przy pasie. To była ta sama Nynaeve, która wyła za każdym razem, gdy Merilille albo Adelas, czy którakolwiek z tamtych traktowały ją tak, jakby nie była pełną siostrą!
— Zaufaj mi, Elayne — powiedziała Nynaeve.
Co Elayne z pewnością przyszłoby znacznie łatwiej, gdyby tylko miała choćby najlżejsze pojęcie, do czego tamta zmierza. A jednak, postanowiła jej zaufać. Raczej.
— Drobne poświęcenie — wymamrotała. Aes Sedai mogły obyć się bez pierścienia, gdy zaistniała potrzeba, ona również, uchodząc mimo to dalej za pełną siostrę, ale teraz należał już do niej mocą prawa. Zdjęcie złotej obrączki sprawiało niemalże fizyczny ból.
— Porozmawiaj ze swoją przyjaciółką, dziecko — niecierpliwie przykazała Nynaeve pani Anan. — Reanne Corly nie pozwoli sobie na to całe ponure wydymanie ust, a jeśli okaże się, że przez was zmarnowałam cały ranek... Chodźcie, chodźcie. Macie szczęście, że lubię lorda Mata.
Elayne udało się zachować niewzruszoną twarz, ale niewielu już brakowało. Ponure wydymanie warg? Kiedy tylko będzie miała sposobność kopnie Nynaeve tam, gdzie ją naprawdę zaboli!
23
Następne drzwi obok tkacza
Nynaeve chciała wymienić z Elayne parę słów, ale tak, żeby karczmarka ich nie słyszała, jednak nieprędko trafiła się taka możliwość. Kobieta wypchnęła je wręcz z pomieszczenia, w całkiem udatnej imitacji zachowania więziennej strażniczki; wrzącej w niej niecierpliwości nie ostudziło nawet ostrożne spojrzenie na drzwi od pokoju Mata. W tylnej części gospody znajdowała się druga klatka schodowa, pozbawiona poręczy, kamienne stopnie wiodły na dół do wielkiej, rozgrzanej, pełnej woni pieczonego ciasta kuchni, w której najgrubsza kobieta, jaką Nynaeve kiedykolwiek w życiu zdarzyło się widzieć, wymachiwała wielką drewnianą warząchwią niczym buławą i kierowała trzema innymi kucharkami, wyjmującymi chrupiące brązowe bochny z pieca i natychmiast zastępującymi je kluchami bladego ciasta. Zawartość wielkiego kotła, z niewymyślną białą owsianką podawaną tutaj na śniadanie, bulgotała na jednym z obłożonych białymi kaflami palenisk.
— Enid — zwróciła się pani Anan do grubej kobiety — wychodzę na chwilę. Muszę zabrać tę dwójkę dzieci do kogoś, kto będzie wiedział, jak się nimi zaopiekować.
Enid wytarła wielkie, powalane mąką dłonie w białą ścierkę i z dezaprobatą przyjrzała się Nynaeve oraz Elayne. Wszystko w niej było wielkie i grube: zlana potem twarz o oliwkowej cerze, ciemne oczy, cała reszta; wyglądała jak zestaw wielkich kul wtłoczonych w sukienkę. Małżeński nóż, który nosiła na śnieżnobiałym fartuchu, błyszczał pełnym tuzinem kamieni.
— Czy to są te dwie wyszczekane panny, o których Caira nie przestaje paplać, pani? Trochę nazbyt chyba wystrojone jak na gust młodego lorda. On lubi, kiedy dziewczyny więcej chichoczą. — Z tonu głosu można było łatwo wywnioskować, że ta myśl ją rozbawiła.
Karczmarka pokręciła głową z irytacją.
— Nieraz mówiłam tej dziewczynie, żeby trzymała język za zębami. Nie pozwolę, żeby tego rodzaju plotki rozpowiadano pod “Wędrowną kobietą”. Skarć za mnie Cairę, Enid, i użyj swojej warząchwi, jeśli będzie trzeba. — Spojrzenie, którym obrzuciła Nynaeve i Elayne, było tak pełne dezaprobaty, że Nynaeve omal nie jęknęła. — Czy ktokolwiek, komu nie brakuje szóstej klepki, uwierzy, że te dwie są Aes Sedai? Wydadzą wszystkie pieniądze na sukienki, żeby wywrzeć wrażenie na mężczyźnie, a potem będą głodować, póki nie zwróci uwagi na ich uśmiechy. Aes Sedai! — Nie dając Enid nawet szansy odpowiedzi na pytanie, prawą ręką schwyciła ucho Nynaeve, lewą ucho Elayne i w trzech szybkich krokach zaciągnęła je na podwórze stajni.
Nie dłużej też trwało oszołomienie, w jakim pogrążyła się Nynaeve. Potem wyrwała się, a przynajmniej próbowała, w tej samej chwili bowiem kobieta puściła jej ucho, co spowodowało, że tylko niezgrabnie zatoczyła się kilka kroków; spojrzała więc na tamtą, a jej oczy płonęły z urazy. Bynajmniej nie zgadzała się na takie brutalne wleczenie. Elayne uniosła podbródek, spojrzała tak zimno, że Nynaeve nie zdziwiłoby, gdyby zobaczyła szron siadający na jej lokach.
Z rękoma wspartymi na biodrach pani Anan sprawiała wrażenie, że wcale jej to nie obchodzi. Zresztą, może tak i było naprawdę.
— Spodziewam się, że po takim pokazie żadna już nie uwierzy Cairze — oznajmiła spokojnie. — Gdybym tylko mogła być pewna, że wy potraficie trzymać język za zębami, powiedziałabym i zrobiła wszystko w sposób znacznie bardziej przekonujący. — Była spokojna, ale ani miła, ani uprzejma; zakłóciły przecież normalny tok wydarzeń jej poranka. — A teraz chodźcie za mną i nie zgubcie się. A jeśli tak się stanie, nie ważcie się ponownie pokazywać w pobliżu mojej gospody, bo w przeciwnym razie natychmiast poślę kogoś do pałacu, aby zawiadomił Merilille i Teslyn. Obie są prawdziwymi siostrami i najpewniej rozetną was przez środek, a potem rozerwą na dwoje.
Elayne popatrywała to na karczmarkę, to na Nynaeve. Nie było to żadne spojrzenie spod zmarszczonych brwi, ani też rozpłomienione wściekłością, jednak znaczyło mniej więcej to samo. Nynaeve zaczynała wątpić, czy tamta da radę znieść wszystko. Rozważała nawet możliwość, by zakończyć udawanie, gdy jednak przypomniała sobie, jaka jest alternatywa, postanowiła zacisnąć zęby — wszystko będzie lepsze niż Mat.
— Nie zgubimy się, pani Anan — powiedziała, starając się ze wszystkich sił, aby zabrzmiało to odpowiednio pokornie. Ostatecznie uznała, że udało jej się zupełnie nieźle, biorąc pod uwagę jak obce z natury było jej to uczucie. — Dziękujemy, że nam pomogłaś. — Uśmiechając się do karczmarki, równocześnie dokładała wszelkich starań, by ignorować Elayne, której spojrzenie stało się jeszcze bardziej znaczące, wręcz natarczywe. Najpierw należało zadbać, by tamta dalej uważała, że warto się dla nich trudzić. — Jesteśmy naprawdę wdzięczne, pani Anan.
Pani Anan spojrzała na nią z ukosa, potem parsknęła i pokręciła głową. Nynaeve postanowiła, że kiedy wszystko się skończy, zawlecze karczmarkę do pałacu siłą, jeśli będzie trzeba, i zmusi pozostałe siostry, aby w jej obecności poświadczyły, kim jest.
O tak wczesnej porze podwórze stajni było puste, wyjąwszy samotnego chłopca w wieku lat dziesięciu czy jedenastu z kubłem zaopatrzonym w przetak, z którego rozpryskiwał wodę, by ubita ziemia się nie kurzyła. Pomalowane na biało ściany stajni były szeroko otwarte, a w nich stał wózek, na którym spoczywały widły do łajna. Z wnętrza dobiegały takie odgłosy, jakby ktoś właśnie płoszył wielką żabę, Nynaeve potrzebowała dobrej chwili, by zrozumieć, że to ktoś śpiewa. Czy muszą wziąć konie, aby dotrzeć na miejsce? Nawet krótka przejażdżka z pewnością nie będzie należała do rzeczy przyjemnych — miały zamiar przejść tylko przez plac i wrócić nim słońce stanie wysoko na niebie, dlatego nie wzięły ani parasolek, ani płaszczy z kapturami.
Pani Anan powiodła je jednak przez podwórze, a potem wąską ścieżką między stajnią i wysokim murem, zza którego wyzierały korony przygarbionych od suszy drzew. Bez wątpienia był to czyjś ogród. Niewielka furtka na końcu wychodziła na zakurzoną alejkę, również tak wąską, że promienie wschodzącego słońca jeszcze do niej nie dotarły.
— Teraz trzymajcie się blisko mnie, dzieci, żebym nie musiała tego powtarzać — pouczyła je karczmarka, spoglądając w głąb ocienionej alejki. — Zgubicie się gdzieś, a przysięgam, że sama, we własnej osobie udam się do pałacu.