Выбрать главу

Nynaeve poszła za nią, ściskając warkocz obiema dłońmi, po to chyba tylko, żeby jej ręce nie skoczyły tej Anan do gardła. Jak bardzo chciałaby znaleźć w nim choć jeden siwy włos. Najpierw pozostałe Aes Sedai, potem Lud Morza — Światłości, o nich naprawdę nie chciała myśleć! — i teraz ta karczmarka! Nikt nie bierze cię na poważnie, jeśli nie masz we włosach przynajmniej odrobiny siwizny; w jej ocenie, nawet pozbawione śladów upływu lat oblicza Aes Sedai nie mogły równać się z tym.

Elayne unosiła spódnice, chroniąc je przed powalaniem w kurzu, a i tak z każdym krokiem ich pantofle wzbijały w powietrze drobne obłoczki pyłu osiadającego na lamówkach.

— Niech się zastanowię — powiedziała miękko Elayne, patrząc prosto przed siebie. Miękko, ale zimno. W rzeczy samej, lodowato. Nynaeve podziwiała sposób, w jaki tamta potrafiła rozedrzeć kogoś na strzępy, nie podnosząc nawet głosu. Przynajmniej zazwyczaj podziwiała... teraz miała tylko ochotę wytargać ją za uszy. — Mogłybyśmy siedzieć spokojnie w pałacu, pijąc herbatę z czarnej porzeczki, rozkoszując się chłodną bryzą i czekać, aż pan Cauthon przeniesie swoje rzeczy. Może Aviendha i Birgitte wróciłyby wcześniej i mogły się pochwalić jakimś sukcesem. Razem postanowiłybyśmy, jak dokładnie postępować z tym mężczyzną. Czy zwyczajnie damy mu się prowadzić po ulicach Rahad i zaczekamy na to, co się stanie, czy będziemy wchodziły do budynków podobnych do tamtego, czy też jemu pozwolimy wybierać? Ten ranek można było wykorzystać na setki rozmaitych sposobów, włączywszy w to naradę, czy bezpiecznie możemy wrócić do Egwene... w ogóle jeszcze kiedykolwiek... po tej umowie, którą wymusił na nas Lud Morza. Wcześniej czy później, będziemy o tym musiały porozmawiać, nawet wiedząc, że i tak nic nam już nie pomoże. A zamiast tego poszłyśmy sobie na spacer, któż wie, jak długi... a jeśli dalej będziemy wędrowały w tym samym kierunku, przez cały czas ze słońcem świecącym w oczy, dostaniemy zmarszczek od ich mrużenia... tylko po to, by odwiedzić kobiety, dające schronienie uciekinierkom z Wieży. Jeśli o mnie chodzi, nie interesuje mnie chwytanie uciekinierek, ani tego ranka, ani żadnego innego. Pewna jestem jednak, że potrafisz mi wszystko tak wyjaśnić, abym zrozumiała. Tak bardzo chciałabym zrozumieć. Nienawidzę myśli, że będę musiała kopniakami przegnać cię całą drogę przez Mol Hara i to zupełnie po nic.

Nynaeve przymknęła oczy. Kopniakami? Elayne naprawdę zaczynała się robić coraz bardziej gwałtowna, wszystko przez to, że spędzała tyle czasu z Aviendhą. Ktoś powinien wreszcie przemówić im do rozumu.

— Słońce nie stoi jeszcze dość wysoko na niebie, byśmy musiały cały czas mrużyć oczy — wymamrotała. Niestety wkrótce już tak będzie. — Pomyśl, Elayne. Pięćdziesiąt... pięćdziesiąt kobiet, które potrafią przenosić i pomagają dzikuskom oraz dziewczynom relegowanym z Wieży. — Czasami czuła ukłucie winy, gdy używała słowa “dzikuska”, w ustach większości Aes Sedai stanowiło ono obrazę, miała zamiar jednak sprawić, że pewnego dnia będzie brzmiało niczym oznaka zaszczytu. — A ona określiła je mianem: “Krąg”. W moich ustach nijak się to nie kojarzy z grupką przyjaciółek. Brzmi jak nazwa organizacji. — Alejka wiła się między wysokimi murami i tyłami budynków, na wielu spośród warstwy tynku prześwitywała goła cegła, między ogrodami pałacowymi i sklepami, w których przez otwarte tylne drzwi mogły oglądać jubilerów, krawców czy drzeworytników. Pani Anan cały czas oglądała się przez ramię, by sprawdzić, czy idą za nią. Nynaeve częstowała ją za każdym razem uśmiechem, skinieniem głowy, w nadziei, że tamta wyczyta z nich nieustającą gotowość.

— Nynaeve, gdyby choć dwie kobiety potrafiące przenosić założyły zorganizowaną społeczność, siostry z Wieży wsiadłyby na nie niczym stado wilków. A poza tym skąd niby pani Anan miałaby wiedzieć, czy potrafię czy nie? Sama wiesz, że kobiety, które umieją przenosić, nie obnoszą się z tym wszem i wobec. A jeśli już, to doprawdy nigdy nie trwa to zbyt długo. W każdym razie nie potrafię pojąć, dlaczego miałoby to stanowić jakąś różnicę. Nawet jeśli Egwene chce jakimś sposobem włączyć w obręb Wieży wszystkie kobiety, które zdolne są przenosić, nie na tym polega nasze zadanie. — Tony lodowatej cierpliwości pobrzmiewające w głosie Elayne sprawiły, że palce Nynaeve jeszcze mocniej zacisnęły się na warkoczu. Jakim sposobem ta kobieta może być taka tępa? Znowu obnażyła zęby w uśmiechu adresowanym do pani Anan, a potem udało jej się nawet powstrzymać paskudny grymas, kiedy karczmarka znowu zaczęła patrzeć przed siebie.

— Pięćdziesiąt kobiet to nie dwie — wyszeptała Nynaeve gwałtownie. Potrafią przecież przenosić, muszą umieć, od tego zależało wszystko. — Wydaje się zupełnym absurdem zakładać, że ten Krąg istnieje w tym samym mieście, co magazyn pełen angreali i nic nie wie na ich temat. A jeśli wiedzą... — Nie potrafiła się powstrzymać, żeby w afektowany sposób nie osłodzić tonu swego głosu nutą odczuwanej satysfakcji. — ...znajdziemy Czarę bez pomocy pana Matrima Cauthona. I będziemy mogły zapomnieć o tych absurdalnych obietnicach.

— One nie stanowiły wyłącznie łapówki, Nynaeve — nieobecnym głosem oznajmiła Elayne. — Ja swoich dotrzymam, podobnie zresztą jak i ty, jeśli masz choćby odrobinę honoru, a wiem, że masz. — Spędzała zdecydowanie zbyt dużo czasu z Aviendhą. Nynaeve naprawdę chciałaby się dowiedzieć, skąd Elayne wpadła na pomysł, że wszystkie muszą postępować zgodnie z tym absurdalnym aielowym ji-jak-tam-mu-było.

Elayne przygryzła dolną wargę, zmarszczyła brwi. Cały jej chłód jakby zupełnie rozwiał się bez śladu, znów, przynajmniej z pozoru, była sobą. Na koniec oznajmiła:

— Gdyby nie pan Cauthon, nigdy byśmy nie poszły do tej karczmy, a więc nigdy byśmy nie spotkały nadzwyczajnej pani Anan i nigdy nie dowiedziały się o żadnym Kręgu. Jeśli zatem Krąg faktycznie doprowadzi nas do Czary, będziemy musiały jemu przyznać zasługę pierwszej przyczyny w tym łańcuchu zdarzeń.

Mat Cauthon — to imię aż wyło w jej głowie. Nynaeve potknęła się o własne nogi, musiała puścić warkocz, żeby unieść spódnice. Uliczka nie była nawet w połowie tak równa jak wybrukowany plac, co dopiero mówić o posadzkach pałacu. Niekiedy zdarzało się tak, że Elayne zachowująca się władczo była znacznie lepsza od trzeźwo myślącej Elayne.

— Doprawdy nadzwyczajna — wymruczała. — U nadzwyczajnię ją, póki nie dostanie zeza. Nikt nigdy nie potraktował mnie w ten sposób, Elayne, nawet ludzie, którzy mi nie wierzyli, nawet Lud Morza. Większość trzymałaby się z daleka, gdyby dziesięcioletnia choćby dziewczynka twierdziła, że jest Aes Sedai.

— Większość ludzi wcale nie wie tak naprawdę, jak wygląda twarz Aes Sedai, Nynaeve. Sądzę, że ona pewnego razu musiała odwiedzić Wieżę, wie o rzeczach, o których w żaden inny sposób dowiedzieć się nie mogła.

Nynaeve parsknęła, patrząc z wściekłością na plecy idącej przed nimi kobiety. Setalle Anan mogła być sobie dziesięć razy w Wieży, sto nawet, ale będzie musiała uznać Aes Sedai w osobie Nynaeve al’Meara. I przeprosić. I dowie się też, jak to jest, kiedy ktoś ciągnie cię za ucho! — Pani Anan zerknęła za siebie, a Nynaeve poczęstowała ją swoim nieco zesztywniałym uśmiechem, kłaniając się tak, jakby głowę miała przymocowaną na zawiasach.

— Elayne? Jeśli te kobiety naprawdę wiedzą, gdzie jest Czara... Nie musimy przecież wcale mówić Matowi, jak ją znalazłyśmy... — Nie do końca było to pytanie.

— Nie pojmuję, jakim to sposobem — odparła Elayne, potem zabiła resztkę jej nadziei, dodając: — Ale będę musiała zapytać Aviendhę, by mieć pewność.