Znalezienie drogi powrotnej bynajmniej nie było łatwe, po tym całym kluczeniu i zawracaniu. Nynaeve przynajmniej z pięć razy musiała pytać o kierunek, podczas gdy Elayne patrzyła w drugą stronę, udając obojętność. Szły tak więc przez mosty, przeciskając się między wozami i wózkami, uskakując z drogi rozpędzonym lektykom, które lawirowały w tłumie, a cały czas pragnęła, by Elayne wreszcie się odezwała. Nynaeve sama najlepiej wiedziała, jak podsycać w sobie urazę, a im dłużej w takich przypadkach milczała, tym gorzej później było, gdy się już odezwała, a więc im dłużej Elayne szła w całkowitym milczeniu, tym bardziej ponura stawała się wizja tego, co czeka je obie, gdy wrócą do pokoi. To sprawiało, że zaczynała się gotować w środku. Przyznała, że się pomyliła, nawet jeśli tylko sama przed sobą. Elayne nie miała prawa sprawiać, by cierpiała w ten sposób. Pod wpływem tych myśli tak wykrzywiła twarz, że nawet ludzie, którzy nie dostrzegli ich pierścieni, ustępowali im z drogi. Natomiast ci, którzy je zauważali, zazwyczaj znajdowali dość naglących powodów, by znaleźć się kilka ulic dalej. Nawet niektórzy tragarze lektyk najwyraźniej je omijali.
— Na ile lat wyglądała ci ta Reanne? — zapytała znienacka Elayne. Nynaeve omal nie podskoczyła. Znajdowały się niemalże już przy samym Mol Hara.
— Pięćdziesiąt lat. Może sześćdziesiąt. Nie wiem, dlaczego miałoby to mieć jakieś znaczenie. — Przebiegła oczyma tłum, by zorientować się, czy ktoś nie stoi dostatecznie blisko, aby je słyszeć. Obok przechodziła wędrowna handlarka, na swej tacy niosła żółte kwaśne owoce nazywane cytrynami. Kiedy spoczęło na niej spojrzenie Nynaeve, próbowała w pół słowa urwać swe nawoływania, z tym skutkiem, że kaszel i charczenie zgięły ją wpół nad tacą. Nynaeve parsknęła. Ta kobieta przypuszczalnie podsłuchiwała, jeśli wręcz nie chciała odciąć im sakiewek. — One tworzą gildię, Elayne, i one wiedzą, gdzie jest Czara. Po prostu wiem, że tak jest. — Było to coś, czego wcale nie zamierzała powiedzieć. Gdyby teraz przeprosiła Elayne za to, że ją tam zaciągnęła, może nie skończyłoby się wszystko aż tak źle.
— Tak przypuszczam — odparła tamta nieobecnym głosem. — Zakładam, że jest to możliwe. Jak to się stało, że ona się tak postarzała?
Nynaeve zatrzymała się jak wryta pośrodku ulicy. Po całej tej kłótni, po tym, jak wyrzucono je na ulicę, ona sobie coś tam przypuszcza?
— Cóż, ja przypuszczam, że postarzała się w ten sam sposób, co reszta z nas, dzień za dniem. Elayne, jeśli nie uwierzyłaś, dlaczego oznajmiłaś kim jesteś, niczym Rhiannon w Wieży? — Nynaeve spodobało się to porównanie. Wedle jej wiedzy, królową Rhiannon spotkał los dalece odbiegający od oczekiwań.
Jednak sens przypowieści najwyraźniej nie dotarł do Elayne, mimo całego jej wykształcenia. Odsunęła Nynaeve na bok, by uchronić ją przed wpadnięciem pod zielony powóz, który z grzechotem przemknął obok nich — ulica była w tym miejscu stosunkowo wąska — i tym sposobem znalazły się przed frontem sklepu szwaczki, z szerokim wejściem, ukazującym kilka manekinów odzianych w na poły ukończone suknie.
— Nie zamierzały nam niczego powiedzieć, Nynaeve, nawet gdybyś uklękła przed nimi na kolanach i błagała. — Nynaeve obrażona już otworzyła usta, ale moment później zamknęła je szybko. Nigdy nawet nie wspomniała o błaganiu. A zresztą, dlaczego tylko ona miałaby to robić? W każdym razie, lepsza już była nawet najgorsza kobieta niż Mat Cauthon. Elayne jednak miała muchy w nosie i nie wolno jej było rozpraszać. — Nynaeve, ona musiała wejść w spowolnienie jak wszystkie pozostałe. Jak stara musiałaby być, żeby wyglądać na pięćdziesiątkę albo sześćdziesiątkę?
— O czym ty mówisz? — Nynaeve nie myśląc wiele, zapamiętała położenie sklepu, dzieła szwaczki wyglądały obiecująco i warte były poświęcenia im bliższej uwagi. — Ona prawdopodobnie w nie większym stopniu przenosi niż potrafi nam pomóc, zapewne bojąc się, żeby jej nie wzięto za siostrę. Z pewnością nawet nie chce, by jej twarz wyglądała na zbyt gładką.
— Nigdy nie uważałaś na zajęciach, nieprawdaż? — mruknęła Elayne. Potem zobaczyła pulchną szwaczkę w drzwiach i pociągnęła Nynaeve w kierunku rogu budynku. Kobieta miała takie ilości koronek przy sukni — skrywały cały staniczek i spływały nawet na wyeksponowane halki — że zanosiło się, iż Nynaeve istotnie coś u niej zamówi, a wróżyło to długie oględziny. — Nynaeve, zapomnij na chwilę o sukienkach. Kto jest najstarszą Przyjętą, jaką pamiętasz?
Obdarzyła Elayne spojrzeniem całkowicie pozbawionym wyrazu. Tamta powiedziała to takim tonem, jakby ona nigdy nie myślała o niczym innym! A przecież słuchała. Przynajmniej czasami.
— Elin Warrel, jak mniemam. Wydaje mi się, że jest w moim wieku. — Oczywiście suknia szwaczki wyglądałaby znacznie lepiej z bardziej skromną linią karczku i mniejszą ilością koronek. Uszyta z zielonego jedwabiu. Lan lubił zieleń, chociaż z pewnością nie miała zamiaru dla niego wybierać barwy sukni. Błękit też przecież lubił.
Elayne wybuchnęła takim śmiechem, że Nynaeve zastanowiła się, czy przypadkiem nie myślała na głos. Spłonęła rumieńcem i próbowała coś wyjaśnić — była pewna, że jej się uda, pewnie w okolicach Bel Tine — ale tamta nie dopuściła jej nawet do słowa.
— Siostra Elin przyjechała ją odwiedzić tuż przed twoją pierwszą wizytą w Wieży, Nynaeve. Jej młodsza siostra. A miała siwe włosy. Cóż, przynajmniej po części. Musiała mieć ponad czterdzieści lat, Nynaeve.
Elin Warrel miała ponad czterdziestkę? Ale...!
— O czym ty mówisz, Elayne?
W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby je podsłuchiwać, nikt nawet nie poświęcał im drugiego spojrzenia, prócz wciąż pełnej nadziei szwaczki, jednak Elayne zniżyła głos do szeptu.
— My spowalniamy, Nynaeve. Gdzieś między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia zaczynamy się starzeć coraz wolniej. W jakimś stopniu zależy to od tego, jak jesteśmy silne, ale moment, w którym się to zaczyna, nie jest od tego zależny. Dotyczy to każdej kobiety, która potrafi przenosić. Takima mówiła, że oznacza to również początek uzyskiwania tego pozbawionego śladów czasu wyglądu, chociaż nie wydaje mi się, by którakolwiek doszła do tego, jeszcze zanim zaczęła nosić szal, przynajmniej od roku czy dwóch, czasami zaś było to pięć i więcej lat. Pomyśl. Wiesz, że każda siostra, która ma siwe włosy, jest stara, nawet jeśli nie wolno ci o tym wspominać. A więc jeśli Reanne spowolniła, a na pewno musiała, to ile może mieć lat?
Nynaeve nie obchodziło, ile lat może mieć Reanne. Chciało jej się płakać. Nic dziwnego, że nikt nie chciał wierzyć w to, ile ma lat. To wyjaśniało, dlaczego członkinie Koła Kobiet jeszcze w domu wciąż zaglądały jej przez ramię, jakby niepewne, czy osiągnęła już wiek, w którym mogą jej w pełni zaufać. Zdobycie tej nie tkniętej czasem twarzy było w porządku, ale kiedy będzie miała wreszcie siwe włosy?
Zamrugała, odwróciła się gniewnie... i w tym momencie coś uderzyło ją w tył głowy, nieco z boku. Zachwiała się zdumiona i zwróciła ku Elayne. Dlaczego tamta ją uderzyła? Tylko, że Elayne leżała już jak długa na ziemi, z oczyma zamkniętymi, a na jej skroni nabrzmiewał wielki czerwony guz. Nynaeve kręciło się w głowie, ale uklękła na ziemi i wzięła przyjaciółkę w ramiona.