— Twoja przyjaciółka musiała zachorować — powiedziała kobieta z długim nosem, klękając obok i nie dbając o to, że jej żółta suknia ukazywała zbyt wiele łona nawet wedle norm Ebou Dar. — Pozwól, niech ci pomogę.
Wysoki mężczyzna, w haftowanej jedwabnej kamizelce, przystojny, pominąwszy może nieco zbyt lepki uśmiech, pochylił się, by wziąć Nynaeve za ramiona.
— Mam tutaj powóz. Zabierzemy was w jakieś wygodniejsze miejsce niż kamienie bruku.
— Odejdźcie — grzecznie nakazała im Nynaeve. — Nie potrzebujemy waszej pomocy.
Mężczyzna jednak cały czas próbował ją podnieść, zaprowadzić do czerwonego powozu, z którego wyglądała wyraźnie zaciekawiona kobieta w błękitach o zaskoczonym wyrazie twarzy. Tamta pierwsza zaś, z długim nosem, już próbowała podnieść Elayne, dziękując mężczyźnie za pomoc i trajkocząc, jak to niby jego powóz wydaje się świetnym pomysłem. Jakby znikąd wokół zaczynał się gromadzić tłum gapiów, skupionych w półokręgu, kobiety mruczały ze współczuciem coś o omdleniu od gorąca, mężczyźni obiecywali pomoc w zaniesieniu dam. Wychudzony człowiek, niebywale śmiały, sięgnął po sakiewkę Nynaeve tuż pod jej nosem.
Wciąż jeszcze kręciło się jej w głowie, wystarczająco, by łatwo było sięgnąć po saidara, jednak jeśli tym wszystkim trajkoczącym ludziom nie udało się jej rozgniewać, sprawił to widok tego, co leżało na chodniku. Strzała ze stępionym kamiennym grotem. Ta, która musnęła ją, lub ta, która trafiła Elayne. Przeniosła, a chuderlawy kieszonkowiec zgiął się wpół, ściskając się za brzuch i kwicząc niczym zarzynane prosię. Kolejny strumień i kobieta z długim nosem padła na wznak, wrzeszcząc dwa razy głośniej. Mężczyzna w jedwabnej kamizelce najwyraźniej zdecydował, że mimo wcześniejszych jego zapewnień nie potrzebują pomocy, ponieważ odwrócił się i pobiegł w kierunku powozu, ona jednak nie przepuściła mu i tak. Jego głos zagłuszyłby ryk rozwścieczonego byka, w tej samej chwili kobieta schwyciła go za kamizelkę i wciągnęła do powozu.
— Dziękujemy, ale nie potrzeba nam pomocy — krzyknęła Nynaeve grzecznie.
Niewielu jednak zostało tych, którzy mogli ją usłyszeć. Kiedy stało się jasne, że użyto Jedynej Mocy — a w oczach większości wystarczającym dowodem byli ludzie przewracający się i krzyczący bez widocznej przyczyny — wszyscy pośpiesznie się rozeszli. Kobieta z długim nosem jakoś wzięła się w garść i zdołała wskoczyć na tył czerwonego powozu, niepewnie czepiając się jakichś uchwytów, podczas gdy woźnica w ciemnej kamizelce popędzał konie przez tłum, odtrącając ludzi na boki. Nawet kieszonkowiec odkuśtykał tak szybko, jak tylko był zdolny.
Nynaeve nie przejęłaby się mniej, nawet gdyby ziemia się rozstąpiła i pochłonęła całą zgraję. Z obolałą klatką piersiową splotła delikatne strumienie Wiatru, Wody, Ziemi, Powietrza i Ducha, pośpiesznie zlewając je ze sobą, i przepuściła przez ciało Elayne. To był prosty splot, zdecydowała nie przysparzać sobie dodatkowych kłopotów, dość już tego, że lekko kręciło się jej w głowie, a kiedy poznała rezultat, mogła odetchnąć spokojnie. Opuchlizna nie była poważna, kości czaszki Elayne nienaruszone. W normalnych okolicznościach skierowałaby te same strumienie, tworząc z nich bardziej skomplikowany splot Uzdrawiania, który sama odkryła. W tej chwili jednak stać ją było jedynie na proste sploty. Za pomocą wyłącznie Ducha, Wiatru i Wody dokonała Uzdrowienia, którym Żółte posługiwały się od niepamiętnych czasów.
Elayne nagle otworzyła oczy i westchnęła, wypuszczając chyba całe powietrze z płuc, potem zaczęły nią wstrząsać drgawki, szarpała się niczym pstrąg schwytany w sieć, obcasy pantofli kopały w bruk. Trwało to, rzecz jasna, jedynie chwilę, ale w tym krótkim momencie opuchlizna skurczyła się i zniknęła.
Nynaeve pomogła jej się podnieść — a potem obok pojawiła się kobieca dłoń, trzymająca kubek wody.
— Nawet Aes Sedai mogą być po czymś takim spragnione — oznajmiła szwaczka.
Elayne już sięgnęła po kubek, ale Nynaeve zacisnęła palce na jej nadgarstku.
— Nie, dziękujemy. — Kobieta wzruszyła ramionami i już miała odejść, gdy Nynaeve dodała, innym tonem: — Dziękuję ci. — Im częściej się mówiło te słowa, tym łatwiej przychodziły.
Ocean koronek zakołysał się, kiedy szwaczka znowu wzruszyła ramionami.
— Szyję suknie dla wszystkich. Potrafiłabym lepiej dobrać kolory od tych, które nosisz. — Zniknęła w sklepie. Nynaeve spod zmarszczonych brwi patrzyła w ślad za nią.
— Co się stało? — dopytywała się Elayne. — Dlaczego nie pozwoliłaś mi się napić? Jestem spragniona i głodna.
Obrzuciwszy szwaczkę ostatnim niechętnym spojrzeniem, Nynaeve pochyliła się i podniosła strzałę.
Tamtej nie trzeba było dalszych wyjaśnień. W jednym momencie otoczyła ją poświata saidara.
— Teslyn i Joline?
Nynaeve pokręciła głową, lekkie zawroty głowy powoli mijały. Nie sądziła, żeby te dwie mogły się do czegoś takiego zniżyć. Doprawdy, nie!
— Co z Reanne? — zapytała cicho. Szwaczka dalej stała w drzwiach, wciąż z nadzieją w oczach. — Może chciała zadbać o to, byśmy naprawdę odjechały. Albo, co gorsza, to mogła być Garenia. — To było niemalże równie przerażające, jak Teslyn i Joline. I dwakroć bardziej drażniące.
W jakiś sposób Elayne udawało się pozostać piękną, nawet wówczas, gdy się gniewała.
— Ktokolwiek to był, zajmiemy się nim. Zobaczysz. — Grymas rozwiał się bez śladu. — Nynaeve, jeśli Krąg wie, gdzie jest Czara, znajdziemy ją, ale... — Przygryzła wargę, wahając się. — Znam tylko jeden sposób, żeby mieć pewność.
Nynaeve pokiwała powoli głową, chociaż wolałaby raczej zjeść garść ziemi. Dzisiejszy poranek przez chwilę wydawał się taki jasny, a potem już tylko nurkował w coraz większą ciemność, począwszy od tej sprawy z Reanne aż do... Och, Światłości, jak długo jeszcze, zanim posiwieją jej włosy?
— Nie płacz, Nynaeve. Mat nie może być taki straszny. Znajdzie ją dla nas w ciągu kilku dni, wiem to.
Nynaeve rozpłakała się na dobre.
25
Duszołapka
Moghedien nie znosiła tego nawracającego snu, ale mimo iż ze wszystkich sił chciała się obudzić, chciała krzyczeć, wszystkie jej wysiłki spełzały na niczym. Sen pochwycił ją mocniej niż jakiekolwiek kajdany. Początek przeminął szybko, niewyraźną smugą zmazanych kształtów. Żadnej litości, znacznie wcześniej będzie musiała przeżyć pozostałą część.
“Ledwie rozpoznała kobietę, która weszła do namiotu stanowiącego jej więzienie. Halima, sekretarka jednej z tych idiotek, które zwały się Aes Sedai. Idiotki, a jednak trzymały ją dość krótko na tej smyczy ze srebrnego metalu przymocowanej do jej szyi, trzymały krótko i zmuszały do posłuszeństwa”. — Szybko, szybko, chociaż modliła się o to, by wszystko szło wolniej. — “Kobieta przeniosła, aby oświetlić wnętrze i Moghedien zobaczyła jedynie światło. To musiał być saidin, spośród żyjących jedynie Wybrani wiedzieli, jak zaczerpnąć Prawdziwej Mocy” — Mocy pochodzącej od samego Czarnego — “i niezbyt byli do tego skorzy, wyjąwszy najbardziej naglącą potrzebę, jednak to było przecież niemożliwe!” — Smuga zamazanych w pędzie kształtów. — “Kobieta wymieniła imię: Arangar i zwróciła się do Moghedien imieniem, którym wzywano ją do Szczeliny Zagłady, a potem zdjęła naszyjnik a’dam, krzywiąc się z bólu, jakiego nie powinna znosić żadna kobieta. I znowu...” — Jak wiele już razy musiała to robić? — “...znowu Moghedien uplotła niewielką bramę we wnętrzu namiotu. Przeskoczyła, aby dać sobie czas do namysłu w nieskończonej ciemności, ale tylko weszła na platformę, przypominającą niewielki zamknięty marmurowy balkon wyposażony z góry w wygodne krzesło, a już znalazła się na czarnych stokach Shayol Ghul, na zawsze skąpanych w półmroku, gdzie z kanałów wentylacyjnych i tuneli wydostawały się para, dym i gryzące wyziewy, a wtedy Myrddraal podszedł do niej, w swym czarnym niczym noc ubiorze, przypominający białego jak robak, bezokiego mężczyznę, jednak wyższy, potężniej zbudowany niźli którykolwiek Półczłowiek, jakiego dotąd w życiu widziała. Zmierzył ją aroganckim spojrzeniem, nieproszony podał swe imię, a potem kazał iść za sobą; nie było to postępowanie, na jakie zazwyczaj pozwalały sobie Myrddraale względem Wybranych”. — I teraz krzyczała w głębi swego umysłu, ponieważ sen znowu ruszył szybciej, zlewając się w smugę kształtów, za którymi nie mogły nadążyć oczy, niemożliwych w ogóle do pojęcia, ale... — “...teraz, gdy szła w ślad za Shaidarem Haranem ku wejściu do Szczeliny Zagłady, teraz wszystko toczyło się normalnym już tempem i wydawało bardziej realne niż Tel’aran’rhiod, czy choćby świat jawy”.