Oczy Moghedien roniły łzy spływające po policzkach, które wszak już lśniły wilgocią. Jej ciało drżało na twardym sienniku, ramiona i nogi szarpały się, gdy walczyła rozpaczliwie, jednak na próżno, aby się obudzić. Nie miała już pojęcia, że śni — wszystko wydawało się tak realne — jednak głęboka pamięć nie została naruszona i w tych głębiach instynkty wrzeszczały, walcząc o wydostanie się na wolność.
“Dobrze znała ten pochyły tunel, z którego sufitu niczym kły zwisały kamienne sztylety, zaś ściany lśniły bladym światłem. Wiele razy odbywała tę podróż w dół, od dnia, jakże to już dawno temu, gdy po raz pierwszy złożyła hołd Wielkiemu Władcy i oddała mu swą duszę, nigdy jednak nie była w takiej sytuacji jak teraz, nigdy dotąd jej porażka nie wyszła na jaw w całej swej przerażającej rozciągłości. Dotąd zawsze udawało jej się skryć konsekwencje chybionych poczynań, nawet przed samym Wielkim Władcą. Przynajmniej po wielokroć jej się udawało. Tutaj można było dokonać rzeczy, jakie nie były możliwe nigdzie indziej. Zdarzały się tu rzeczy, jakich próżno by szukać w innych światach.
Wzdrygnęła się, gdy jeden z kamiennych kłów musnął jej włosy, natychmiast jednak wzięła się w garść, przynajmniej na tyle, na ile była w stanie. Te kolce i ostrza nie czyniły najmniejszej szkody owemu nazbyt wyrośniętemu Myrddraalowi, lecz chociaż był od niej wyższy o ponad głowę, sama musiała uważać, by nie nadziać się na jeden z ostrych szpikulców. Tutaj rzeczywistość stanowiła glinę w dłoniach Wielkiego Władcy i często dawał wyraz swemu niezadowoleniu, odmieniając ją. Kamienny kieł ukłuł ją w ramię, musiała pochylić się, aby uniknąć kolejnego. W tunelu nie było już miejsca na to, by mogła iść wyprostowana. Skłoniła mocniej głowę, pochylona spieszyła śladem Myrddraala, próbując zbliżyć się do niego. On szedł cały czas tym samym tempem, jednak niezależnie od tego, jak się starała, przestrzeń między nimi nie zmniejszała się. Sufit opuszczał się coraz niżej — kły Wielkiego Władcy, które rozszarpywały zdrajców i głupców — aż wreszcie Moghedien musiała opaść na czworaki i tak pełzła przed siebie, a potem jeszcze bardziej musiała przytulić się do ziemi. W tunelu światło rozbłyskiwało i migotało, dobiegając z wejścia do Szczeliny właściwej, dokładnie przed nią, a Moghedien czołgała się już na brzuchu, podciągając dłońmi, zapierając stopami. Kamienne szpice kłuły jej ciało, rozdzierały suknię. Ciężko dysząc, pokonała resztę dystansu, prześlizgując się między nimi do wtóru odgłosu dartej wełny.
Obejrzała się za siebie przez ramię i zadrżała spazmatycznie. Tam, gdzie winno znajdować się wejście do tunelu, stała gładka kamienna ściana. Być może Wielki Władca wszystko dokładnie zgrał w czasie, a być może, gdyby była wolniejsza...
Ustęp skalny, na którym leżała, sterczał ponad nakrapianym czarnymi plamami jeziorem płynnej skały, po którego powierzchni tańczyły płomienie wysokości człowieka, tańczyły, gasły i pojawiały się znów. Ponad głową sklepienie jaskini wznosiło się ku otwartemu wierzchołkowi góry, nad którym pędziły oszalałe stada chmur, paskowane czerwienią, żółcią i czernią, gnane na skrzydłach samych wiatrów czasu. W niczym nie przypominały zaciągniętego czarnymi chmurami nieba widzianego z zewnątrz Shayol Ghul. Jednak żaden z tych przedziwnych widoków nie przykuł jej spojrzenia i to nie tylko dlatego, że widziała je po wielokroć wcześniej. Do Szybu uchodzącego w miejsce, gdzie został uwięziony Wielki Władca, było tak samo daleko jak we wszystkich pozostałych miejscach świata, jednak tutaj mogła poczuć jego tchnienie na własnej skórze, tutaj mogła pławić się w promiennej chwale Wielkiego Władcy. Strumienie Prawdziwej Mocy omiatały jej ciało, a były tak silne, że gdyby spróbowała przenieść, spaliłaby się na popiół. Takiej ceny nie miała zamiaru w żadnym wypadku płacić.
Zaczęła podnosić się na kolana, a wtedy poczuła uderzenie między łopatki, które cisnęło ją znowu na powierzchnię tego skalnego występu, odbierając oddech. Oszołomiona, próbowała zaczerpnąć powietrza, potem zerknęła przez ramię. Myrddraal stał nad nią, z jednym ciężkim butem wspartym na jej grzbiecie. O mało co objęłaby saidara, chociaż przenoszenie w tym miejscu bez wyraźnego przyzwolenia było najszybszą drogą do samobójstwa. Arogancja na stoku to jedno, ale to?!
— Wiesz, kim jestem? — zapytała. — Jestem Moghedien! — Spojrzenie bezokiego spoczęło na niej, jakby była robakiem; często widywała, jak Myrddraale patrzyły w ten sam sposób na zwykłych ludzi.
MOGHEDIEN. Głos wewnątrz jej głowy przegnał wszystkie myśli o Myrddraalach, omal nie wygnał z niej w ogóle wszelkich myśli. Zestawiony z tym przeżyciem najmocniejszy uścisk ludzkiego kochanka był niby kropla wody w oceanie. JAK DALEKO SIĘGAJĄ KONSEKWENCJE TWEJ PORAŻKI, MOGHEDIEN? WYBRANI ZAWSZE BYLI NAJSILNIEJSI, TY JEDNAK POZWOLIŁAŚ SIĘ ZŁAPAĆ. UCZYŁAŚ TE, KTÓRE MI SIĘ SPRZECIWIAJĄ, MOGHEDIEN.
Trzepocząc powiekami, z całej siły próbowała odnaleźć w sobie spójny tok myśli.
— Wielki Władco, uczyłam je tylko najdrobniejszych rzeczy i walczyłam z nimi, jak mogłam. Nauczyłam je sposobu, za pomocą którego rzekomo wykrywa się przenoszenie u mężczyzny. — Udało jej się roześmiać. — Wprawianie się w nim przysparzało im takich bólów głowy, że całymi godzinami nie były w stanie przenosić. — Milczenie. Może to i lepiej. Na długo przed jej uwolnieniem zrezygnowały z męczących prób, ale Wielki Władca nie musiał o tym wiedzieć. — Wielki Władco, wiesz jak dobrze ci służyłam. Służyłam przyczajona pośród cieni, a twoi wrogowie nigdy nawet nie poczuli ukąszenia, póki moja trucizna nie krążyła już w ich żyłach. — Nie ośmielała się powiedzieć, że rozmyślnie dała się złapać, ale mogła to zasugerować. — Wielki Władco, wiesz, jak wielu twoich wrogów powaliłam podczas Wojny o Moc. Pośród cieni, niewidoczna, a jeśli nawet dostrzegana to lekceważona ze względu na znikomość zagrożenia. A wtedy...
MOI WYBRANI ZAWSZE SĄ NAJMOCNIEJSI. PORUSZA ICH MOJA DŁOŃ.
Ten głos echem odbijał się pod jej czaszką, zmieniając jej kości w płonącą słodycz, a mózg stawiając w ogniu. Myrddraal trzymał dłonią jej podbródek, zadzierając głowę do góry, aż wreszcie odzyskała zdolność widzenia i zobaczyła, że w drugiej ręce ściska nóż. Wszystkie jej marzenia miały umrzeć tutaj, zabite jednym ciosem podcinającym gardło, jej ciało posłuży za karmę dla trolloków. Może Shaidar Haran zechce dla siebie wybrać najlepszy kawałek. Może...
Nie. Wiedziała, że zaraz umrze... jednak ten Myrddraal nie dostanie nawet kawałka jej ciała! Sięgnęła, by objąć saidara, i wtedy poczuła, jak oczy wychodzą jej z orbit. Nie wyczuła nic. Nic! To było tak, jakby ją ujarzmiono! Wiedziała, że tak się nie stało — powiadano, że rozdarciu towarzyszy największy ból, jaki tylko można sobie wyobrazić, którego żadna siła nie ugasi — ale...!