— Teraz już rozumiesz? — zapytał. — Wciąż służysz Wielkiemu Władcy, ale teraz twoja służba polega na robieniu tego, co ja ci każę.
— Rozumiem, Mia’cova — odparła automatycznie.
Znowu się roześmiał, głębokim dźwięcznym głosem, którym szydził z niej i schował duszołapkę za koszulę.
— Skoro już pojęłaś swoją lekcję, takie rzeczy chyba nie będą konieczne. Będę mówił do ciebie Moghedien, a ty będziesz mnie nazywać Moridin. Wciąż jesteś jedną z Wybranych. Któż mógłby cię zastąpić?
— Tak, oczywiście, Moridin — odrzekła bezdźwięcznie. Cokolwiek rzekł, ona dobrze wiedziała, że odtąd ma już swego pana.
26
Słowa, których nie da się cofnąć
Morgase leżała bezsennie, wpatrując się w sufit poprzez mrok rozjarzony księżycową poświatą, i próbowała myśleć o swojej córce. Była nakryta pojedynczą narzutą z jasnego lnu, ale mimo upału pociła się w nocnej koszuli uszytej z grubej wełny i zasznurowanej ciasno po samą szyję. Zresztą nawet nie chodziło o pot, po prostu nieważne, ile razy się kąpała albo jak czysta była woda, Morgase nie czuła się czysta. Elayne z pewnością jest bezpieczna w Białej Wieży. Niekiedy zdawało jej się, że upłynęły całe lata, odkąd, jakby na siłę, zaufała Aes Sedai, a jednak, jakkolwiek paradoksalne mogło się to zdawać, Wieża stanowiła najbezpieczniejsze miejsce dla Elayne. Próbowała też myśleć o Gawynie — bez wątpienia przebywa w Tar Valon razem ze swoją siostrą, bardzo z niej dumny, jakże gorliwy w swym pragnieniu zostania jej tarczą, gdy tylko zajdzie potrzeba — i o Galadzie — dlaczego nie pozwalają jej go zobaczyć? Kochała go równie mocno, jakby narodził się z jej ciała, a pod wieloma względami on potrzebował jej miłości bardziej od tamtych. Naprawdę starała się o nich myśleć. A jednak trudno było myśleć o czymkolwiek z wyjątkiem... Wielkie oczy wpatrywały się w mrok, lśniąc od nie wylanych łez.
Zawsze uważała, że jest dostatecznie odważna, by robić to, co należało, stawiać czoło wszystkiemu, cokolwiek by się działo; zawsze wierzyła, że potrafi się pozbierać i kontynuować walkę. Rhadam Asunawa pierwszy nauczył ją, że jest inaczej, podczas tamtej jednej, nie kończącej się godziny, po której nie zostało nic więcej prócz kilku sińców, już blaknących. Eamon Valda dokończył tę nietypową edukację jednym pytaniem. Rana, którą jej odpowiedź pozostawiła w sercu, nie zagoiła się. Powinna była osobiście udać się do Asunawy i powiedzieć mu, że niech sobie robi, co chce najgorszego. Powinna była... Modliła się o bezpieczeństwo Elayne. Może to niesprawiedliwe, że żywiła większe nadzieje odnośnie do Elayne, niż wiązała je z Galadem albo Gawynem, ale Elayne miała być następną królową Andoru. Wieża nie przepuści okazji, by osadzić Aes Sedai na Tronie Lwa. Gdyby tylko mogła zobaczyć Elayne, zobaczyć raz jeszcze swoje dzieci.
Coś zaszeleściło w mroku sypialnej komnaty, a ona wstrzymała oddech, z trudem powstrzymując się od drżenia. Blade światło księżyca ledwie pozwalało jej dostrzec postumenty baldachimu łoża. Valda wyjechał wczoraj na północ z Amadoru, razem z Asunawą i tysiącami Białych Płaszczy, mieli zetrzeć się z Prorokiem, ale jeśli wrócił, jeśli...
Sylwetka w ciemnościach przeobraziła się w kobietę, za niską, by mogła to być Lini.
— Domyślałam się, że pewnie jeszcze nie śpisz — odezwał się cicho głos Breane. — Wypij, to ci pomoże. — Cairhienianka usiłowała wcisnąć srebrny puchar w ręce Morgase. Dobywał się zeń nieco kwaskowaty zapach.
— Powinnaś zaczekać, dopóki nie otrzymasz polecenia, że masz mi podać coś do picia — prychnęła, odpychając puchar. Ciepły płyn wylał jej się na dłoń, na lniane prześcieradło. — Prawie już spałam, ale ty weszłaś tu, tupiąc głośno — skłamała. — Zostaw mnie samą!
Kobieta zamiast usłuchać, patrzyła na nią z góry, jej twarz pozostawała ukryta w mroku. Morgase nie lubiła Breane Taborwin. Niezależnie od tego, czy istotnie pochodziła ze szlacheckiego rodu, obecnie podupadłego, jak niekiedy twierdziła, czy też była tylko zwykłą służką, która nabyła umiejętności podszywania się pod lepszych od siebie, Breane słuchała rozkazów, kiedy jej się chciało i nazbyt swobodnie popuszczała cugli językowi. Czego dowiodła nawet teraz.
— Beczysz niczym owca, Morgase Trakand. — Mówiła cichym głosem, a jednak wyraźnie słychać było w nim gniew. Z głośnym brzękiem odstawiła kubek na mały stolik; zawartość naczynia ochlapała tym razem blat. — Ba! Wielu ludziom zdarzyło się oglądać gorsze rzeczy. Ty żyjesz. Nie masz ani jednej połamanej kości, nie postradałaś zmysłów. Wytrwaj, pogódź się z przeszłością i żyj dalej. Jesteś taka nerwowa, że mężczyźni chodzą obok ciebie na palcach, nawet pan Gill. Lamgwin prawie nie zmrużył oka przez te trzy noce.
Morgase oblała się rumieńcem irytacji, nawet w Andorze słudzy nie przemawiali takim tonem. Zacisnęła dłoń na ramieniu kobiety, ale przepełniający ją niesmak walczył o lepsze z niepokojem.
— Oni nie wiedzą, prawda? — Gdyby wiedzieli, staraliby się ją pomścić, uratować. Zginęliby. Tallanvor by zginął.
— Lini i ja nic im o tobie nie powiedziałyśmy — odparła szyderczym tonem Breane, wyrywając rękę i wykonując nią gest podkreślający słowa. — Gdybym znała jakiś sposób, by oszczędzić tego Lamgwinowi, pozostali dowiedzieliby się, jaką to jesteś rozbeczaną owcą. On widzi w tobie wcielenie Światłości, ja kobietę, która nie ma odwagi, żeby sprostać wymogom czasów, które nastały. Nie pozwolę, by zginął przez twoje tchórzostwo.
Tchórzostwo. Ogarnęła ją wściekłość, jednak nie zdobyła się na żadne słowa. Jej palce wczepiły się w fałdy prześcieradła. Nie sądziła, by potrafiła z zimną krwią podjąć decyzję, że okłamie Valdę, gdyby jednak tak się w końcu stało, jakoś to przeżyje. W każdym razie, tak w tej chwili sądziła. Całkiem odmienna sprawa to powiedzieć “tak”, tylko dlatego, że bała się kolejnej konfrontacji z powrozami i igłami Asunawy i do czego ostatecznie mógłby się posunąć. Jakkolwiek przeraźliwie krzyczałaby w rękach Asunawy, było to niczym wobec cierpień, których przysparzał jej Valda — nie wyobrażała sobie, że tyle będzie potrafiła znieść. Mogła zapomnieć z czasem dotyk Valdy, obraz jego łoża, ale nigdy nie zmyje ze swych ust hańby, jaką okryło ją owo “tak”. Breane cisnęła jej prawdę w twarz, teraz nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć.
Wyratowało ją niespodziane łomotanie pośpiesznych kroków wysokich butów dobiegające z przedsionka. Drzwi sypialni otwarły się z rozmachem, a rozpędzony mężczyzna dał krok do środka i zatrzymał się.
— A więc nie śpisz, to dobrze — Tallanvor odezwał się dopiero po chwili — sprawiając, że jej serce znowu zabiło, sprawiając, że odetchnęła. Usiłowała wyzwolić dłoń z uścisku Breane... nie pamiętała, kiedy ją pochwyciła... ale ku jej zdumieniu tamta uścisnęła ją raz, przelotnie, i dopiero potem puściła.
— Coś się dzieje — mówił dalej Tallanvor, podchodząc długimi krokami do pojedynczego okna. Stanąwszy z boku, jakby nie chciał, by go zauważono, wytężył wzrok, wpatrując się w noc. Księżycowa poświata obrysowała zarys jego sylwetki. — Panie Gill, wejdź tu i opowiedz, coś widział.
W drzwiach pojawiła się głowa, zalśniła w mroku łysina. Za jej plecami, w drugim pokoju poruszał się zwalisty cień — Lamgwin Dorn. Kiedy do Basela Gilla dotarło, że ona nadal leży w łóżku, blady cień okalający jego czaszkę zamigotał nerwowo, gdy odwracał głowę w inną stronę, mimo iż zapewne sporo trudności sprawiało mu dostrzeżenie czegokolwiek więcej oprócz kształtów samego łoża. Pan Gill był znacznie masywniej zbudowany niż Lamgwin, jednak dużo niższy.