Выбрать главу

— Wybacz mi, moja królowo. Nie chciałem... — Odkaszlnął nerwowo, podeszwy jego butów zaszurały na posadzce. Gdyby miał czapkę, obracałby ją teraz w dłoniach i miął nerwowo. — Byłem w Długim Korytarzu, szedłem do... do... — “Do wychodka”, tego właśnie nie potrafił wymówić. — W każdym razie wyjrzałem przez jedno z okien i zobaczyłem... hm... wielkiego ptaka, chyba... jak lądował na szczycie Południowych Koszar.

— Ptak! — Słysząc przenikliwy głos Lini, pan Gill niemalże wskoczył do pokoju, ustępując tamtej drogi. Może zresztą zareagował tak gwałtownie nie na sam ton tamtej, lecz ostry kuksaniec w jego mocne żebra. Lini zazwyczaj wykorzystywała każdą sposobność do okazania swojej powagi, jaką dawały jej siwe włosy. Przeszła obok Gilla, zawiązując po drodze pasek przy swojej podomce. — Durnie! Tumany o mózgach wołu! Obudziliście moją...! — Zatrzymała się, odchrząknęła ostro. Lini wprawdzie nigdy nie zapomniała, że była kiedyś niańką Morgase, a także niańką jej matki, ale też zawsze dbała o zachowanie stosownych form w obecności osób trzecich. Musiała być naprawdę zła, że teraz straciła panowanie nad sobą, zdradzał to ton jej głosu. — Obudziliście królową z powodu jakiegoś ptaka! — Przyklepawszy siatkę na włosach, automatycznym ruchem wcisnęła pod nią kilka pasem, które się wymknęły podczas snu. — Czyś ty pił, panie Gill? — Morgase sama się nad tym zastanawiała.

— Nie wiem, czy to był ptak — zaprotestował pan Gill. — To nie przypominało żadnego ptaka, ale co jeszcze lata oprócz nietoperzy? A było wielkie. Z grzbietu zsunęli się jacyś ludzie, a jeszcze jeden człowiek siedział mu na karku, kiedy ponownie wzbił się do lotu. Kiedy biłem się po twarzy, żeby się rozbudzić, wylądował jeszcze jeden taki... stwór... i zsiadło z niego więcej ludzi, a potem pojawił się następny i wówczas stwierdziłem, że czas najwyższy powiadomić lorda Tallanvora. — Lini nie parsknęła wprawdzie, ale Morgase niemalże czuła jej spojrzenie, wcale zresztą nie na nią skierowane. Mężczyzna zaś, który porzucił swoją oberżę, by pójść za nią, z pewnością je poczuł. — Przysięgam na Światłość, moja królowo — upierał się.

— Na Światłość! — odezwał się Tallanvor niczym echo tamtego. — Coś... coś właśnie wylądowało na dachu Północnych Koszar. — Morgase nigdy przedtem nie słyszała, by był równie wstrząśnięty. Myślała tylko o tym, jak zmusić ich wszystkich do wyjścia, żeby mogła zostać sam na sam ze swoim nieszczęściem, ale najwyraźniej nie mogła na to liczyć. Pod wieloma względami Tallanvor był gorszy od Breane. Znacznie gorszy.

— Moja podomka — powiedziała i tym razem Breane prędko ją podała. Pan Gill pospiesznie odwrócił twarz do ściany, kiedy wstawała z łoża i nakładała jedwabną szatę.

Podeszła do okna, zawiązując szarfę. Długi budynek Północnych Koszar majaczył po przeciwnej stronie szerokiego dziedzińca: cztery zwaliste piętra ciemnego kamienia zwieńczone płaskim dachem. Nie paliły się żadne światła, ani tu, ani w ogóle nigdzie na terenie Fortecy. Wszędzie panował całkowity bezruch i cisza.

— Nic nie widzę, Tallanvorze.

Odciągnął ją.

— Popatrz tam — powiedział.

Innym razem pożałowałaby, że zdjął dłoń z jej ramienia, a potem zirytowała — zarówno z powodu swego żalu, jak i tonu jego głosu. Teraz, po tym, co zrobił jej Valda, czuła wyłącznie ulgę. Ale irytację również, wywołaną tą ulgą, jak i niestosownie troskliwym tonem jego głosu. Okazywany przezeń szacunek o całe mile odbiegał od tego, co winien był jej jako poddany, wszystko przez ten jego upór, jego młodość. W istocie niewiele był starszy od Galada.

Cienie drżały w migotliwej poświacie księżyca, ale oprócz tego panował całkowity bezruch. Gdzieś w mieście Amador zawył pies, odpowiedziały mu następne. Potem, kiedy już otworzyła usta, żeby odprawić Tallanvora i wszystkich pozostałych, bezkształtna dotąd ciemność na szczycie masywnego budynku Koszar sprężyła się i oderwała od dachu.

“Coś”, tak to nazwał Tallanvor, a ona nie potrafiła znaleźć lepszego miana. Podłużnego kształtu, szersze niż wysokość przeciętnego mężczyzny, wyposażone w wielkie żebrowane skrzydła, które wykonywały koliste ruchy jak u nietoperza w locie, gdy to “coś” sfruwało w stronę dziedzińca. Jeszcze jakaś postać — człowiek — siedzący tuż za wygiętym “karkiem”. A potem te skrzydła zagarnęły powietrze i ten dziwny stwór poszybował w górę, przesłaniając tarczę księżyca, przemknął ponad jej głową, wlokąc długi cienki ogon za sobą.

Morgase powoli zamknęła usta. Na myśl przychodził jej jedynie Pomiot Cienia. Trolloki i Myrddraale nie były jedynymi stworzeniami Ugoru, które wykoślawił Cień. Nigdy jej nie wspomniano o takim ptako-stworze, ale jej nauczycielki w Wieży twierdziły, że żyją tam monstra, jakich nikt nigdy na tyle wyraźnie nie widział — a jeśli tak, to nie przeżył spotkania z nimi — by potem je opisać. Ale żeby tak daleko na południu? Jak to możliwe?

Znienacka, przy głównej bramie rozbłysło światło, zawtórował mu donośny huk i po chwili wszystko się powtórzyło, w dwóch jeszcze miejscach wzdłuż wielkiego zewnętrznego muru. Tam też były bramy, tak przynajmniej sądziła.

— A cóż to takiego, na Szczelinę Zagłady? — mruknął Tallanvor w chwili ciszy, dzielącej huki od łomotu dzwonów bijących na trwogę. Podniósł się krzyk, towarzyszyły mu wrzaski i ochrypłe buczenie wydawane przez rogi. Ogień eksplodował w huku błyskawicy, po chwili znowu.

— Jedyna Moc — wydyszała Morgase. Sama wprawdzie nie potrafiła przenosić — to znaczy potrafiła w takim stopniu, że właściwie równało się to praktycznej niezdolności — ale dostrzec przenoszenie innych umiała. Pomysły odnośnie do Pomiotu Cienia utraciły sens. — To... to zapewne Aes Sedai. — Usłyszała, że za jej plecami komuś głośno zaparło dech: Lini albo Breane. Basel Gill mruknął podnieconym tonem: “Aes Sedai”, a Lamgwin odburknął mu coś tak cicho, że nic nie zrozumiała. Gdzieś w mroku metal szczęknął o metal, zaryczał ogień i z bezchmurnego nieba runęła pręga błyskawicy. Po mieście również rozniosły się głosy gongów alarmowych... dopiero teraz!... ale były zdumiewająco nieliczne.

— Aes Sedai. — W głosie Tallanvora słyszało się zwątpienie. — Czemu teraz? Żeby cię uratować, Morgase? Myślałem, że nie używają Mocy przeciwko ludziom, jedynie przeciw Pomiotowi Cienia. A jeśli to skrzydlate stworzenie nie było Pomiotem Cienia, to chyba w życiu żadnego nie widziałem.

— Nie masz pojęcia, o czym mówisz! — odrzekła, patrząc mu gniewnie w oczy. — Ty...! — We framugę okna uderzył bełt z kuszy, wzbijając maleńką fontannę drewnianych odłamków, poczuła na twarzy podmuch powietrza, gdy bełt zrykoszetował i wbił z donośnym trzaskiem w jeden z postumentów baldachimu łoża. Kilka cali w prawo i wszystkie jej kłopoty znalazłyby swój kres.

Nie drgnęła nawet, ale Tallanvor natychmiast odciągnął ją od okna, ciskając przekleństwo. Nawet w świetle księżyca widziała grymas na jego obliczu. Przez chwilę myślała, że dotknie jej twarzy. Sama nie wiedziała, czy, gdyby to zrobił, powinna zapłakać, krzyknąć, kazać mu iść precz na zawsze czy...

Zamiast tego powiedział:

— Najprawdopodobniej to ci ludzie, ci Shaminowie czy też jak tam się nazywają. — Uparcie wierzył w te dziwaczne, nieprawdopodobne opowieści, które przenikały do Fortecy. — Myślę, że już teraz mogę nas stąd wydostać, lada chwila wszystko ogarnie chaos. Chodź.