Nie skorygowała go, niewielu ludzi wiedziało cokolwiek na temat Jedynej Mocy, a jeszcze mniej na temat różnic między saidarem a saidinem. Pomysł miał jednak swoje dobre strony. W zamęcie walki być może rzeczywiście uda im się uciec.
— Zabierać ją w coś takiego! — zaskrzeczała Lini. Za oknami rozjarzone światła pochłonęły poświatę księżyca, zgiełk ludzkiej wrzawy oraz szczęk mieczy utonęły w grzmotach i łomocie uderzających błyskawic. — Myślałam, że masz więcej rozumu, Martynie Tallanvorze. “Tylko głupcy całują szerszenie albo gryzą ogień”. Słyszałeś, jak mówiła, że to Aes Sedai. Uważasz, że ona się nie zna? Naprawdę?
— Mój Panie, jeśli to Aes Sedai... — Pan Gill zawiesił głos.
Tallanvor cofnął dłonie i burknął ledwie słyszalnie, że żałuje, iż nie ma miecza. Pedron Niall pozwolił mu zatrzymać ostrze, Eamon Valda nie obdarzył takim zaufaniem.
Czuła, jak na moment w jej piersi wzbiera rozczarowanie. Gdyby tylko się uparł, powlókł ją... Co się z nią dzieje? Gdyby spróbował ją zawlec dokądkolwiek z jakiegokolwiek powodu, wygarbowałaby mu skórę. Musiała wziąć się w garść. Valda zawiódł jej zaufanie — nie, on zwyczajnie podarł je na strzępy — ale teraz musi zebrać te strzępy i na powrót pozszywać. W niepojęty sposób. Jeśli w ogóle warto zszywać łachmany.
— Dowiem się przynajmniej, o co chodzi — warknął Tallanvor, idąc do drzwi. — Jeżeli to nie są twoje Aes Sedai...
— Nie! Zostaniesz tutaj. Proszę. — Była zadowolona, że ciemności mętnej poświaty skrywają jej wściekle zarumienioną twarz. Sądziła, że prędzej odgryzłaby sobie język, nim wypowie to słowo, ale wymknęło jej się, zanim zdążyła się zorientować, co mówi. Podjęła więc dalej, bardziej stanowczym tonem: — Zostaniesz tutaj, strzegąc swej królowej, jak stanowi twa powinność.
W mętnym świetle widziała jego twarz, a ten ukłon wydał się całkiem poprawny, ale założyłaby się o ostatniego miedziaka, że jedno i drugie przepełniała złość.
— Będę w przedsionku. — Cóż, ton nie pozostawiał wątpliwości. Chociaż raz przynajmniej, nie obeszło jej ani to, jak bardzo jest zły, ani to, że prawie wcale nie starał się tego ukryć. Niewykluczone, że własnymi rękoma zabije kiedyś tego irytującego człowieka, ale z pewnością nie umrze on tej nocy, zasieczony przez żołnierzy, nie wiedzących, po której jest stronie.
Nie było już nadziei na sen, zresztą wcześniej i tak nie mogła zmrużyć oczu. Umyła twarz i zęby, nie zapalając żadnej z lamp. Breane i Lini pomogły jej włożyć niebieską suknię z zielonymi cięciami oraz kaskadami śnieżystej koronki przy mankietach i pod brodą. Bardzo by się nadała na przyjęcie Aes Sedai. Tej nocy szalał saidar. To musiały być Aes Sedai. No bo niby któż inny?
Gdy dołączyła do mężczyzn w przedsionku, ci siedzieli w ciemności rozświetlanej jedynie światłem księżyca wpadającym przez okno i sporadycznymi błyskami ognia utkanego z Mocy. Nawet świeca mogła przyciągnąć czyjąś niepożądaną uwagę. Lamgwin i Pan Gill poderwali się kolejno ze swych krzeseł, Tallanvor wstał znacznie wolniej, a ona nie potrzebowała światła, by wiedzieć, że przygląda się jej z ponurą miną. Wściekła, że musi mu to puścić płazem — a była przecież jego królową! — ledwie mogąc zapanować nad tonem głosu, nakazała Lamgwinowi, by przyniósł więcej wysokich drewnianych krzeseł i ustawił je z dala od okien. Siedzieli i czekali, milcząc. Na zewnątrz nadal pobrzmiewały echem łomoty i ryki gromów, łkały rogi, krzyczeli ludzie, a wszystko to stanowiło tło dla strumieni saidara. Morgase czuła, jak napływają, cofają się i znowu wzbierają.
Po upływie co najmniej godziny odgłosy bitwy zaczęły powoli cichnąć i zamierać. Czyjeś głosy nadal wykrzykiwały niezrozumiałe rozkazy, zawodzili ranni, a niekiedy odzywały się te osobliwe rogi, ale nie było już słychać szczęku stali uderzającej o stal. Przepływ saidara znacznie osłabł, nie miała wątpliwości, że gdzieś we wnętrzu Fortecy kobiety nadal obejmowały Źródło, ale sądziła, że teraz już nie przenoszą. Po tamtym zgiełku i zamieszaniu spokój, który teraz zapanował, wydawał się niemal całkowity.
Tallanvor poruszył się, ale zanim zdążył wstać, gestem ręki kazała mu pozostać na miejscu, przez moment miała jednak wrażenie, że jej nie usłucha. Nocy ubywało i przez okna powoli wpełzało światło przedświtu, wywołując z mroku pochmurną minę Tallanvora. Trzymała dłonie nieruchomo na podołku. Cierpliwość była jedną z rzeczy, których ten młody mężczyzna musiał się nauczyć. Cierpliwość stanowiła drugą z kolei ze szlacheckich zalet, zaraz po odwadze. Słońce wzeszło. Lini i Breane szeptały między sobą coraz bardziej zaniepokojonymi głosami, spoglądając w jej kierunku. Tallanvor rzucał groźne spojrzenia swymi gorejącymi ciemnymi oczy ma, siedząc sztywno w granatowym kaftanie, który tak dobrze na nim leżał. Pan Gill wiercił się niespokojnie, gładząc kolejno to jedną, to drugą dłonią po siwej głowie i ocierając różowe policzki chusteczką. Lamgwin skulił się w krześle, ciężkie powieki niegdysiejszego ulicznego zabijaki nadawały mu wygląd półśpiącego, ale kiedy zerkał na Breane, na jego pokrytej bliznami twarzy ze złamanym nosem migotał uśmiech. Morgase skupiła się na własnym oddechu, jakby wykonywała ćwiczenia, które zadawano jej podczas miesięcy spędzonych w Wieży. Cierpliwość. Jeżeli ten ktoś prędko się nie zjawi, to może oczekiwać kilku ostrych słów, Aes Sedai czy nie Aes Sedai!
Wbrew sobie aż podskoczyła w miejscu, słysząc nagły odgłos łomotania do drzwi wiodących na korytarz. Zanim zdążyła nakazać Breane, by sprawdziła, kto tam, drzwi otworzyły się z impetem, uderzając gwałtownie o ścianę. Morgase wbiła wzrok w tego, który wszedł do środka.
Wysoki smagłoskóry mężczyzna o haczykowatym nosie odwzajemnił się chłodnym spojrzeniem; zza ramienia wystawała mu długa rękojeść miecza. Jego pierś pokrywała dziwna zbroja, nakładające się płytki lśniły złoto i czarno, a przy biodrze trzymał hełm, który przypominał łeb owada, czarno-złoto-zielony, z trzema długimi cienkimi zielonymi pióropuszami. Tuż za nim stało dwóch jeszcze odzianych w identyczne zbroje i z takimi samymi hełmami, aczkolwiek bez pióropuszy; ich zbroje wydawały się raczej pomalowane niż polakierowane, ponadto w rękach trzymali naciągnięte kusze. Dalsi żołnierze stali w korytarzu na zewnątrz, z włóczniami, które zdobiły złoto-czarne chwosty.
Tallanvor, Lamgwin i nawet przysadzisty pan Gill poderwali się na równe nogi, stając między nią a jej osobliwymi gośćmi. Musiała utorować sobie między nimi drogę.
Spojrzenie mężczyzny z haczykowatym nosem spoczęło na niej; zaczął mówić, zanim jeszcze zdążyła zażądać wyjaśnień.
— Tyś jest Morgase, królowa Andoru? — Jego głos brzmiał tak oschle i wymawiał słowa tak rozwlekle, że ledwie go rozumiała. Ubiegł jej odpowiedź. — Pójdziesz ze mną. Sama — dodał, kiedy Tallanvor, Lamgwin i pan Gill ruszyli do przodu jak jeden mąż. Kusznicy zaprezentowali swoją broń; krótkie bełty wyglądały na stworzone do wybijania dziur w zbroi, ciało z pewnością nie stanowiło dla nich żadnej przeszkody.
— Nie zgłaszam sprzeciwu wobec tego, by moi ludzie pozostali tu do mojego powrotu — powiedziała ze znacznie większym spokojem, niż w istocie odczuwała. Kim są ci ludzie? Znała akcent, jakim mówiono we wszystkich krajach, znała się na zbrojach. — Jestem pewna, że znakomicie dopilnujesz mojego bezpieczeństwa, kapitanie...?
Nie podał nazwiska, tylko gestem nakazał szorstko, że ma iść za nim. Ku jej bezmiernej uldze Tallanvor nie awanturował się i poprzestał na groźnych spojrzeniach, ku z kolei jej wielkiej irytacji pan Gill i Lamgwin najpierw popatrzyli na niego, zanim wreszcie odstąpili na bok.