W korytarzu żołnierze utworzyli szyk, biorąc ją w środek, mężczyzna z haczykowatym nosem i dwaj kusznicy szli na czele. Gwardia honorowa, próbowała sobie wmówić. Po tak krótkim czasie, jaki upłynął od bitwy, poruszanie się bez ochrony byłoby skrajną głupotą; mogli się kręcić jacyś maruderzy, biorąc zakładników albo wręcz zabijając każdego, kto wpadnie im w ręce. Bardzo chciała uwierzyć w te wyjaśnienia.
Próbowała wypytać oficera, ale ten nie odzywał się ani słowem, na moment nie zwolnił kroku, nie odwrócił nawet głowy, toteż poniechała dalszych prób. Żaden z żołnierzy nawet na nią nie zerknął. Mężczyźni o twardym spojrzeniu, tego pokroju, który znała z własnej gwardii, mężczyźni, których widywała już przedtem w walce, więcej niż raz. Ale pod czyim dowództwem walczyli? Ich buty łomotały na kamieniach posadzki równym rytmem werbla, niosąc się złowieszczym pogłosem, wzmacnianym dodatkowo przez nagie korytarze Fortecy. Utrzymane właściwie w bezbarwnej tonacji, ciągnące się ściany nie były ozdobione niczym prócz z rzadka rozwieszonych gobelinów, przedstawiających wyłącznie jakieś krwawe bitwy Białych Płaszczy.
Zorientowała się, że prowadzą ją w stronę kwater Lorda Kapitana Komandora i w żołądku poczuła mdłości — wcześniej zdążyła się znakomicie oswoić z otoczeniem, w jakim żył Pedron Niall, jednak podczas kilku dni, które upłynęły od jego śmierci, zaczęła się go panicznie lękać. Kiedy minęli róg, wzdrygnęła się na widok jakichś dwóch tuzinów łuczników maszerujących za oficerem, w workowatych spodniach i skórzanych napierśnikach pomalowanych w poziome niebieskie oraz czarne paski. Każdy miał na głowie stalowy stożkowaty hełm obrzeżony wstęgą szarej stalowej kolczugi, zakrywającą mu czoło aż do oczu; tu i tam pod osłonami sterczały wąsy. Oficer łuczników skłonił się przed tym, który szedł na czele jej eskorty, ten tylko uniósł rękę w odpowiedzi.
Tarabonianie. Nie widziała ich od dobrych paru lat, ale ci mężczyźni, mimo dziwnych pasków, byli Tarabonianami, gotowa była się założyć o to, że zje swe pantofle. A jednak nic tu nie miało sensu. Tarabon stanowił obecnie chaos wcielony, pogrążony w wojnie domowej prowadzonej równocześnie przez sto chyba partii, w której główne stronnictwa gromadziły się wokół kolejnych pretendentów do tronu oraz Zaprzysięgłych Smokowi. Tarabon żadną miarą nie mógł zaatakować samego Amadoru. Chyba że, jakimś cudem, jeden z pretendentów pokonał pozostałych oraz Zaprzysięgłych Smokowi i... Coś takiego było niemożliwe, ponadto nie tłumaczyło owych dziwacznie odzianych żołnierzy tudzież tamtej skrzydlatej bestii, ani...
Dotąd sądziła, że napatrzyła się już w życiu na różne dziwne rzeczy. Myślała, że wie, co to mdłości. A potem ona i jej gwardia skręcili za następny róg i naprzeciw nim wyszły dwie kobiety.
Jedna była szczuplejsza, niska jak każda Cairhienianka i bardziej smagła od wszystkich Tairenian, w błękitnej sukni, która kończyła się przed kostkami; srebrne błyskawice rozwidlały się na czerwonych wstawkach na piersi i po bokach szerokich dzielonych spódnic. Druga kobieta w ciemnoburych szarościach górowała wzrostem nad większością mężczyzn, miała jasne włosy sięgające do ramion, wyszczotkowane do połysku, oraz przerażone zielone oczy. Srebrna smycz łączyła srebrną bransoletę na nadgarstku niższej kobiety z naszyjnikiem noszonym przez wyższą.
Stanęły z boku, żeby przepuścić eskortę Morgase, a kiedy mężczyzna z haczykowatym nosem wymamrotał “Der’sul’dam” — tak się przynajmniej Morgase wydawało, niewyraźny akcent utrudnił zrozumienie — a wypowiedział to takim tonem, jakby przemawiał do prawie, ale nie całkiem jemu równej, ciemna kobieta skłoniła się nieznacznie, szarpnęła za smycz i jasnowłosa kobieta padła na posadzkę, skłaniając głowę na kolana i przyciskając wyciągnięte przed siebie dłonie do kamiennej posadzki. Kiedy Morgase i eskortujący ją żołnierze przechodzili obok, ciemnowłosa pochyliła się, by poklepać drugą czule po głowie, jak się poklepuje psa a, co gorsza, klęcząca kobieta podniosła na tamtą wzrok pełen zadowolenia i wdzięczności.
Morgase zdobyła się na niemały wysiłek, konieczny by iść dalej, by zapanować nad uginającymi się kolanami, zdławić mdłości wykręcające żołądek. Już sama służalczość była czymś złym, ale ona nie miała wątpliwości, że poklepana po głowie kobieta potrafiła przenosić. Niemożliwe! Szła dalej oszołomiona, zastanawiając się, czy to przypadkiem nie jakiś sen, koszmar. Modliła się, by tak było. Do jej świadomości niezbyt wyraźnie docierało, że zatrzymywali się, by zabrać kolejnych żołnierzy, tych w czerwono-czarnych zbrojach, po czym...
Komnata audiencyjna Pedrona Nialla — obecnie Valdy, a właściwie tego, kto zajął fortecę — została zmieniona. Wielkie słońce osadzone w posadzce pozostało, ale zniknęły wszystkie sztandary zdobyte przez Nialla, które Valda zatrzymał, jakby mu się należały, mebli też nie było, wyjąwszy rzeźbione w proste wzory krzesło z wysokim oparciem, na którym zasiadali i Niall, i Valda; po obu jego bokach stały teraz dwa wysokie jaskrawo pomalowane parawany. Na jednym widniał czarny ptak drapieżny z białym czubem, okrutnym dziobem i rozpostartymi szeroko skrzydłami o białych koniuszkach, na drugim żółty kot w białe cętki z jedną łapą ułożoną na podobnym do jelenia zwierzęciu o połowę od niego mniejszym, przyozdobionym długimi prostymi rogami i białymi paskami.
W pomieszczeniu przebywało kilkoro ludzi, ale tyle tylko zdążyła zauważyć, zanim na przód wystąpiła kobieta o srogiej twarzy, odziana w niebieską szatę, z jedną stroną czaszki wygoloną, pozostałe włosy zaplotła w długi brązowy warkocz przewieszony przez prawe ramię. Jej niebieskie oczy, pełne pogardy, mogły równie dobrze należeć do tego orła albo kota.
— Stoisz przed Wysoką Lady Suroth, która prowadzi Tych Którzy Przybyli Wcześniej i przygotowuje Powrót — zaintonowała tym samym bełkotliwym akcentem.
Mężczyzna o haczykowatym nosie bez ostrzeżenia schwycił Morgase za kark i przymusił, by klęknęła obok niego. Oszołomiona, po części przynajmniej dlatego, że z zaskoczenia gwałtowną napaścią straciła oddech, zobaczyła, że mężczyzna całuje posadzkę.
— Puść ją, Elbar — wycedziła gniewnie druga kobieta. — Nie należy tak traktować Królowej Andoru.
Mężczyzna, Elbar, uniósł się na kolana z pochyloną głową.
— Korzę się, Wysoka Lady. Dopraszam się wybaczenia. — Jego głos był tak zimny i beznamiętny, jak tylko akcent na to pozwalał.
— Nie bardzo mam chęć ci wybaczyć, Elbar. — Morgase podniosła wzrok i aż się cofnęła na widok Suroth, która włosy po bokach czaszki miała wygolone, na szczycie postawiony czub z lśniących czarnych włosów, z tyłu zaś grzywę spływającą na plecy. — Może kiedyś zostaniesz ukarany. A teraz odmelduj się. Zostaw mnie! Idź! — Jej dłoń wykonała zamaszysty gest, błyskając paznokciami długości co najmniej cala, palec wskazujący i środkowy każdej dłoni zdobiły paznokcie lśniące niebieskim lakierem.
Elbar ukłonił się na klęczkach, po czym podniósł gładko i, idąc tyłem, wycofał się z komnaty. Do Morgase dopiero teraz dotarło, że żaden z pozostałych żołnierzy nie wszedł za nimi do środka. I zrozumiała coś jeszcze. Elbar spojrzał na nią po raz ostatni, zanim całkiem zniknął, miast przelotnej odrazy wobec kogoś, kto przyczynił się do jego ukarania, on... się zastanawiał. Nie będzie żadnej kary; cała ta wymiana zdań została z góry zaaranżowana.
Suroth podeszła posuwistymi krokami do Morgase, starannie przytrzymując niebieską szatę, eksponując śnieżnobiałe spódnice ozdobione setkami drobniutkich plis. Całą szatę pokrywały haftowane pnącza oraz okazałe żółte i czerwone kwiaty. Morgase zauważyła, że mimo tych energicznych ruchów, kobieta nie podeszła do niej, dopóki nie powstała z posadzki.