— Wszyscy oddają cześć imieniu Artura Hawkwinga, Suroth... — zaczęła Morgase. Kobieta o ostrych rysach gniewnie otwarła usta, po czym cofnęła się, widząc gwałtowny gest zakończonego niebieskim paznokciem palca Wysokiej Lady. — ...ale jego czas dawno przeminął. Każdy naród tutaj wywodzi się ze starożytności. Żaden kraj nie ugnie się przed tobą ani twoją Cesarzową. Nawet jeśli zajęłaś część Tarabonu... — Suroth z sykiem wciągnęła oddech, a jej oczy zaiskrzyły się — ...pamiętaj, że to niespokojny kraj, zwaśniony wewnętrznie. Amadicia nie podda się tak łatwo i wiele narodów przybędzie jej z pomocą, kiedy się dowiedzą o was. — Czy aby na pewno? — Niezależnie od tego, ilu was jest, nie znajdziecie łatwej zwierzyny na wasz rożen. Już wcześniej stawaliśmy w obliczu wielkich niebezpieczeństw i żadne nas nie pokonało. Radzę ci, abyś zawarła pokój, zanim zostaniesz zmiażdżona. — Morgase przypomniała sobie o szalejącym nocą saidarze i ze wszystkich sił unikała patrzenia na... damane? Tak je nazywała? Tylko dzięki wielkiemu wysiłkowi udało jej się stłumić nerwowe oblizanie warg.
Suroth uśmiechnęła się znowu tym uśmiechem maski, o oczach lśniących niczym polerowane kamienie.
— Wszyscy musimy dokonywać wyborów. Niektórzy postanowią okazywać posłuszeństwo, oczekiwać na rozkazy i służyć, gdy nadejdą, ci będą władali swymi krajami w imieniu Cesarzowej, oby żyła wiecznie. — Odjęła dłoń od filiżanki, żeby wykonać gest, nieznaczny ruch długich paznokci, i wtedy kobieta o ostrych rysach warknęła:
— Thera! Pozy Łabędzia!
Suroth z jakiegoś powodu zacisnęła usta.
— Nie Łabędzia, Alwhin, ty ślepa idiotko! — syknęła, ledwie zrozumiale, aczkolwiek to głównie jej akcent sprawiał Morgase kłopoty. Martwy uśmiech powrócił w mgnieniu oka.
Usługująca kobieta znowu podniosła się z jej miejsca przy ścianie i wybiegła na środek posadzki, poruszając się dziwacznie na palcach, zarzuciwszy sobie ręce na plecy. Powoli, ustawiona na rozjarzonym słońcu, symbolu Synów Światłości, zaczęła wykonywać coś w rodzaju stylizowanego tańca. Najpierw uniosła ręce na podobieństwo skrzydeł, po czym złożyła je na plecach. Następnie, obracając się w miejscu, wysunęła lewą stopę, opuszczając się na ugięte kolana, z obiema rękami wyciągniętymi jakby w błagalnym geście, aż w końcu jej ręce, ciało i prawa noga ułożyły się w prostą, ukośną linię. Jej przezroczysta, biała szata sprawiała, że cały ten pokaz wyszedł skandalicznie. Morgase poczuła, jak jej policzki stają się gorące w miarę trwania tańca, o ile tak to należało nazwać.
— Thera jest nowa i jeszcze niedostatecznie wyszkolona — wymamrotała Suroth. — Pozy są najczęściej wykonywane z udziałem dziesięciu albo dwudziestu da’covale, mężczyzn i kobiet wybranych ze względu na nieskazitelne piękno ich kształtów, ale niekiedy przyjemnie jest popatrzyć sobie tylko na jedną. Przyjemnie jest posiadać piękne rzeczy, nieprawdaż?
Morgase zmarszczyła brwi. Jak można posiadać osobę? Suroth mówiła wcześniej o “czynieniu z kogoś własności”. Mimo iż znała Dawną Mowę, słowo da’covale nie było jej znajome, po zastanowieniu się jednakże, wyszło jej, że to “Osoba Która Jest Posiadana”. To obrzydliwe. Koszmarne!
— Niewiarygodne — powiedziała sucho. — Może powinnam cię opuścić, abyś mogła radować się tym... tańcem.
— Za chwilę — odrzekła Suroth, uśmiechając się do wykonującej Pozy Thery. Morgase starała się nie patrzeć. — Wszyscy muszą dokonywać wyborów, jak już powiedziałam. Były król Tarabonu postanowił się zbuntować i umarł. Była Panarch została pojmana, a mimo to nie zechciała złożyć Przysięgi. Każdy z nas ma miejsce, do którego przynależy, o ile nie zostanie wyniesiony przez Cesarzową, ale ci, którzy odrzucają propozycję zajęcia miejsca dla nich stosownego, mogą zostać zniszczeni ze szczętem. Thera dysponuje niejaką gracją. Nadto, Alwhin jest bardzo obiecującą nauczycielką, spodziewam się więc, że nie upłynie wiele lat, a Thera nabierze dość wprawy, by użyć tej gracji w Pozach. — Ten uśmiech, to roziskrzone spojrzenie przeniosły się na Morgase.
Bardzo znaczące spojrzenie, ale dlaczego? Czy to miało coś wspólnego z tańczącą? Jej imię, wymieniane tak często, jakby chciała je w ten sposób dodatkowo zaakcentować. Ale co...? Morgase gwałtownie obróciła głowę i zagapiła się na kobietę, stojącą na czubkach palców i powoli wykonującą piruet w miejscu, ze złożonymi dłońmi i ramionami wyciągniętymi tak wysoko, jak się dało.
— Nie wierzę w to — wydyszała. — I nie uwierzę!
— Thera — powiedziała Suroth — jak brzmiało twoje imię, zanim stałaś się moją własnością? Jaki posiadałaś tytuł?
Thera zastygła wyprężona i drżąca, rzucając spojrzenie, zdradzające po części zwykłą panikę, po części zaś najczystsze przerażenie, panika przeznaczona była dla Alwhin o ostrych rysach, a przerażenie dla Suroth.
— Thera miała na imię Amathera, jeżeli to zadowala Wysoką Lady — powiedziała bez tchu. — Thera była Panarch Tarabonu, jeżeli to zadowala Wysoką Lady.
Filiżanka wypadła z dłoni Morgase, roztrzaskując się na posadzce w kawałki i zalewając ją smolistą kaf. To na pewno kłamstwo! W życiu nie poznała Amathery, ale słyszała o niej swego czasu. Nie. Wiele kobiet w stosownym wieku mogło mieć duże ciemne oczy i wydatne usta. Pura nigdy nie była Aes Sedai, a ta kobieta...
— Poza! — warknęła Alwhin i Thera sunęła dalej, nie rzuciwszy już więcej ani jednego spojrzenia na Suroth czy kogokolwiek innego. Kimkolwiek była, najwyraźniej główną jej myślą było teraz palące pragnienie nie popełnienia błędu. Morgase ze wszystkich sił starała się nie zwymiotować.
Suroth podeszła bardzo blisko, z wyrazem twarzy tak lodowatym jak sam środek zimy.
— Każdy staje w obliczu jakiegoś wyboru — powiedziała cicho. Głosem jednak mogłaby znakować stal. — Niektórzy z moich więźniów powiadają, żeś spędziła jakiś czas w Białej Wieży. Zgodnie z prawem żadna marath’damane nie może uniknąć smyczy, ale ja daję słowo, że ciebie, która nazwałaś moje słowo kłamstwem, taki los nigdy nie spotka. — Naciskiem położonym na słowo “taki” dała jasno do zrozumienia, że jej obietnica nie tyczy żadnego innego spośród możliwych losów. Uśmiech, który nawet na chwilę nie ogarnął oczu, powrócił. — Liczę, że zdecydujesz się złożyć przysięgę, Morgase, i władać Andorem w imieniu Cesarzowej, oby żyła wiecznie. — Morgase po raz pierwszy nabrała absolutnej pewności, że kobieta kłamie. — Porozmawiam z tobą jutro albo może pojutrze, jeśli znajdę czas.
Odwróciwszy się, Suroth posuwistymi krokami ruszyła w stronę krzesła z wysokim oparciem, mijając pod drodze samotną tancerkę. Kiedy usiadła, z gracją rozkładając szatę, Alwhin warknęła znowu. Zdawała się nie znać innych sposobów komunikacji.
— Wszyscy! Pozy Łabędzia! — Młodzi mężczyźni i kobiety klęczący pod ścianą poderwali się i przyłączyli do Thery, zgodnie naśladując jej ruchy przed krzesłem Suroth. Jedynie wzrok lopara zdradzał, że ktoś nadal przyjmuje istnienie Morgase do wiadomości. Nie sądziła, by kiedykolwiek, przez całe swoje życie, spotkała się z tak jednoznaczną odprawą. Zebrawszy swe spódnice, chowając pod nie swoją godność, wyszła.
Jak można było się tego spodziewać, nie uszła daleko sama. W przedsionku niczym posągi stali żołnierze z włóczniami ozdobionymi czerwono-czarnymi chwostami, z twarzami równie obojętnymi jak błysk ich lakierowanych hełmów, ze stalowym wzrokiem nieruchomych oczu, wyzierających jakby zza szczęk monstrualnych owadów. Jeden, niewiele wyższy od niej, bez słowa zajął miejsce przy jej boku, a potem odeskortował ją z powrotem na pokoje, gdzie z kolei drzwi strzegli dwaj Tarabonianie z mieczami, w stalowych napierśnikach pomalowanych w poziome paski. Skłonili się nisko, z dłońmi na kolanach, i uznała, że to przed nią, dopóki eskortujący ją mężczyzna nie odezwał się, zresztą po raz pierwszy.