Выбрать главу

— Honory przyjęte — rzekł surowym oschłym głosem i Tarabonianie wyprostowali się, nawet na nią nie spojrzawszy, dopóki nie dodał: — Dobrze jej pilnujcie. Nie złożyła Przysięgi. — Znad stalowych kolczug błysnęły w jej stronę spojrzenia, ale krótkie ukłony wyrażające zgodę były skierowane do Seanchanina.

Zrobiła wszystko, by nie wbiec pospiesznie do środka, ale gdy tylko drzwi zamknęły się za nią, przystanęła, oparta o nie, starając uspokoić wirujące myśli. Seanchanie i damane, Cesarzowe, przysięgi i ludzie stanowiący własność. Lini i Breane stały na środku pokoju i patrzyły na nią.

— Czego się dowiedziałaś? — spytała cierpliwym tonem Lini, jakby pytała dziecko o treść książki, którą właśnie przeczytało.

— Koszmar i szaleństwo — westchnęła Morgase. Nagle wyprostowała się i z niepokojem rozejrzała po wnętrzu. — Gdzie jest...? Gdzie są mężczyźni?

Breane odpowiedziała na to nie zadane pytanie uszczypliwie drwiącym tonem:

— Tallanvor poszedł czegoś się wywiedzieć. — Wsparła ręce na biodrach, a jej twarz przybrała wyraz śmiertelnej powagi. — Lamgwin, a także pan Gill poszli razem z nim. A czego ty się dowiedziałaś? Kim są ci... Seanchanie? — Wymówiła to słowo niepewnie, krzywiąc się przy tym. — Tyle sami słyszeliśmy. — Udawała, że nie dostrzega kąśliwego spojrzenia Lini. — Co mamy teraz robić, Morgase?

Morgase przecisnęła się między obiema kobietami, podchodząc do najbliższego okna. Nie tak wąskie jak te w komnacie audiencyjnej, wyglądało z wysokości dwudziestu stóp albo i więcej na kamienny bruk dziedzińca. Ponura kolumna złożona z obdartych mężczyzn z obnażonymi głowami, wśród których zdarzali się poowijani zakrwawionymi bandażami, wlokła się przez dziedziniec pod czujnym wzrokiem Tarabonian z włóczniami. Na szczycie pobliskiej wieży stało kilku Seanchan, lustrujących okolicę przez otwory w blankach. Jeden z nich miał na głowie hełm udekorowany trzema cienkimi piórami. W oknie po drugiej stronie dziedzińca pojawiła się jakaś kobieta, w sukni z odznaczającą się czerwoną wstawką ozdobioną wyhaftowanymi błyskawicami, przyglądała się z nie ukrywaną niechęcią wziętym do niewoli Białym Płaszczom. Ci potykający się mężczyźni wyglądali na oszołomionych, niezdolnych uwierzyć w to, co się stało.

Co teraz zrobić? Morgase bała się podjąć decyzję. Miała wrażenie, że oprócz wyboru, jaki owoc zjeść na śniadanie, od wielu miesięcy nie podjęła żadnej ważniejszej decyzji, która nie doprowadziłaby w końcu do katastrofy. Wybór, powiedziała Suroth. Wesprzeć tych Seanchan w przejęciu Andoru, albo... Ostatnia rzecz, jaką mogła zrobić dla Andoru. Pojawił się tył kolumny, za którym szli dalsi Tarabonianie, do których przyłączali się ich krajanie mijani po drodze. Skok z dwudziestu stóp i Suroth utraci swe poparcie. Może było to tchórzliwe wyjście, ale jej własny brak odwagi nie był już dla niej czymś nowym. Niemniej, królowa Andoru nie powinna umierać w taki sposób.

Bezgłośnie wymówiła nieodwołalne słowa, których użyto zaledwie dwa razy przez całą, liczącą dwa tysiące lat historię Andoru.

— W imię Światłości zrzekam się Wysokiego Tronu Domu Trakand na rzecz Elayne Trakand. W imię Światłości zrzekam się Różanej Korony i ustępuję z Tronu Lwa na rzecz Elayne, Głowy Domu Trakand. W imię Światłości poddaję się woli Elayne z Andoru jako jej posłuszna poddana. — Nic z tego tak naprawdę nie czyniło Elayne królową, ale przygotowywało do tego grunt.

— Czemu się tak uśmiechasz? — spytała Lini.

Morgase odwróciła się powoli.

— Myślałam o Elayne. — Nie sądziła, że stara piastunka stoi dostatecznie blisko, aby usłyszeć coś, czego nikt raczej nie powinien był słyszeć.

Oczy Lini stały się większe, oddech uwiązł jej w gardle.

— Masz natychmiast odejść od okna! — warknęła i wcielając słowa w czyn, chwyciła ją za ramię i siłą odciągnęła.

— Lini, zapominasz się! Przestałaś być moją niańką jeszcze...! — Morgase zrobiła głęboki wdech i dalej mówiła łagodniejszym już tonem. Spojrzenie w te przestraszone oczy nie było łatwe — przecież Lini nic nie mogło nastraszyć! — To, co robię, będzie najlepsze — wyjaśniła jej łagodnie. — Nie ma żadnego innego wyjścia...

— Żadnego innego wyjścia? — wtrąciła się gniewnym głosem Breane, wczepiając dłonie w fałdy spódnic tak silnie, że aż jej się trzęsły. Najwyraźniej wolałaby je zacisnąć na gardle Morgase. — Co ty za bzdury wygadujesz? A jeśli ci Seanchanie pomyślą, że cię zabiliśmy? — Morgase zacisnęła usta, czyżby jej zamiary tak łatwo można było już odczytać?

— Zamknij się, kobieto! — Lini nigdy się nie złościła ani nie podnosiła głosu, a teraz zrobiła i jedno, i drugie, jej zwiędłe policzki poczerwieniały. Uniosła kościstą rękę. — Trzymaj usta zamknięte albo cię spoliczkuję, bo zachowujesz się, jakbyś była głupsza, niż jesteś!

— Spoliczkuj ją, jeśli już koniecznie chcesz kogoś policzkować! — krzyknęła w odpowiedzi Breane tak zapalczywie, że aż się zapluła. — Królowa Morgase! Wyśle ciebie, mnie i mojego Lamgwina na szubienicę, łącznie z jej drogocennym Tallanvorem, ponieważ nie ma w sobie nawet tyle odwagi co mysz!

Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Tallanvor, co położyło kres tej zaognionej dyskusji. Żadna nie zamierzała krzyczeć w jego obecności. Lini właśnie udawała, że ogląda rękaw Morgase, jakby ten domagał się naprawy, gdy w ślad za Tallanvorem do środka weszli pan Gill i Lamgwin. Breane uśmiechnęła się przelotnie i wygładziła spódnice. Mężczyźni oczywiście niczego nie zauważyli.

Za to Morgase zauważyła zmiany, które w nich zaszły. Przede wszystkim Tallanvor przypasał miecz i podobnie uczynił pan Gill, a także Lamgwin, tyle że ten miał krótki oręż. Zawsze odnosiła wrażenie, że sprawniej posługuje się pięściami niż bronią. Zanim zdążyła zapytać, kościsty człowieczek, który zamykał ten pochód, starannie zamknął za sobą drzwi.

— Wasza Wysokość — powiedział Sebban Balwer — wybacz to najście. — Nawet jego ukłon i uśmiech zdawały się nadzwyczaj oszczędne, precyzyjne, ale kiedy objął wzrokiem pozostałe kobiety, Morgase stwierdziła, że niezależnie od tego, czy tamci mężczyźni zauważyli, jaka atmosfera panuje w pokoju, dawny sekretarz Pedrona Nialla zorientował się na pewno.

— Jestem zdziwiona, że cię widzę, panie Balwer — powiedziała. — Słyszałam, że spotkały cię pewne nieprzyjemności ze strony Eamona Valdy. — Słyszała, jak Valda mówił, że jeżeli jeszcze raz zobaczy Balwera, to kopniakiem wyrzuci go poza mury Fortecy. Uśmiech Balwera stężał, doskonale wiedział, co powiedział Valda.

— On ma plan, jak nas stąd wydostać — wtrącił Tallanvor. — Dzisiaj. Zaraz. — Spojrzał na nią, bynajmniej nie tak, jak poddany spogląda na królową. — Przyjmujemy jego ofertę.

— Jak? — spytała powoli, walcząc o to, by ustać prosto na uginających się nogach. Jaką to pomoc mógł zaofiarować ten pedantyczny, przypominający wyschły patyk, człowieczek? Ucieczka. Chciała usiąść, ale nie zamierzała tego zrobić, nie wtedy, gdy Tallanvor patrzył na nią w taki sposób. Co prawda, ona nie była już jego królową, ale on o tym nie wiedział. Przyszło jej do głowy jeszcze jedno pytanie. — Dlaczego? Panie Balwer, nie odrzucę żadnej oferty pomocy, ale dlaczego miałbyś ryzykować własnym życiem? Jeśli ci Seanchanie się dowiedzą, sprawią, że pożałujesz.