Выбрать главу

— Opracowałem te plany jeszcze przed ich atakiem — odparł ostrożnie. — Zdawało się... niegodne... zostawiać Królową Andoru w rękach Valdy. Możesz to uważać za mój rewanż. Wiem, że nie jestem kimś, na kogo w ogóle warto spojrzeć, Wasza Wysokość... — Kaszlnął z pogardą, zasłoniwszy usta dłonią. — ...ale plan się powiedzie. Ci Seanchanie w rzeczy samej go ułatwią; bez nich przez wiele dni nie byłem gotów. W świeżo podbitym mieście udzielą dużej swobody każdemu, kto zechce złożyć ich Przysięgę. Nie minęła godzina od wschodu słońca, a ja już uzyskałem glejt, który zezwala mi oraz dziesięciu innym, którzy złożyli Przysięgę, na opuszczenie Amadoru. Oni wierzą, że zamierzam kupić wino oraz wozy do jego transportu na wschód.

— To na pewno jakaś pułapka. — Słowa miały w jej ustach gorzki posmak. Lepsze okno niż wpaść w czyjeś sidła. — Nie dopuszczą, byś roznosił wieści o nich, uprzedzając ich armię.

Balwer przekrzywił głowę i zaczął wykonywać gest mycia dłoni, po czym nagle znieruchomiał.

— Tak naprawdę, Wasza Wysokość, to zastanawiałem się nad tym. Oficer, który dał mi glejt, powiedział, że to nie ma znaczenia. Jego dokładne słowa: “Powiedz, komu zechcesz, coś widział i niech wiedzą, że się nam nie oprą. Wasze kraje i tak niebawem się o wszystkim dowiedzą”. Widziałem kilku kupców, jak składali Przysięgę tego ranka i odjeżdżali swoimi wozami.

Tallanvor podszedł do niej blisko. Zbyt blisko. Niemal czuła jego oddech. Czuła jego wzrok.

— Godzimy się na jego ofertę — powiedział, ale tak cicho, żeby tylko ona słyszała. — Nawet gdybym miał cię związać i zakneblować, sądzę, że on i w takich okolicznościach wymyśli jakiś sposób. Wygląda na bardzo przedsiębiorczego małego człowieczka.

Odwzajemniła mu spojrzenie. Okno albo... szansa. Gdyby tylko Tallanvor trzymał język za zębami, byłoby łatwiej powiedzieć: “Przyjmuję z wdzięcznością, panie Balwer”... ale i tak ostatecznie to powiedziała. Odsunęła się, jakby chciała spojrzeć na Balwera tak, by nie była zmuszona wyciągać szyi ponad ramieniem Tallanvora. Jego bliskość była zawsze taka denerwująca. Był po prostu za młody. — Co należy zrobić najpierw? Wątpię, by gwardziści przy drzwiach przepuścili nas na twój glejt.

Balwer skłonił głowę, jakby chwalił jej przezorność.

— Obawiam się, że musi im się przydarzyć nieszczęśliwy wypadek, Wasza Wysokość. — Na te słowa, jak na sygnał, Tallanvor wydobył sztylet z pochwy, a Lamgwin rozprostował ręce niczym prężący się lopar.

Nie wierzyła, że wszystko może okazać się takie łatwe, nawet wtedy, gdy już spakowali to, co byli w stanie udźwignąć, a dwaj Tarabonianie zostali wepchnięci pod jej łoże. Przy głównej bramie, niezdarnie przytrzymując swój lniany płaszcz podróżny zakrywający tobołek na plecach, ukłoniła się, układając dłonie na kolanach tak, jak ją tego nauczył Balwer, podczas gdy ten zapewniał strażników, że przysięgli okazywać posłuszeństwo; oczekiwać rozkazów i służyć, gdy nadejdą. Zastanawiała się, jak zagwarantować, by nie wzięto jej żywcem. Dopiero wtedy, gdy już naprawdę opuścili Amador, mijając ostatnie straże, na koniach, które dzięki Balwerowi już na nich czekały, zaczęła wierzyć. Z pewnością Balwer spodziewał się jakiejś zacnej nagrody za wyratowanie Królowej Andoru. Nie powiedziała nikomu, że od tamtych słów nie ma odwrotu, wiedziała, że je wymówiła i nikt poza nią nie musiał o tym wiedzieć. Próżno żałować. A teraz przekona się, jakiego rodzaju życie będzie miała bez tronu. Życie z dala od mężczyzny, który był o wiele za młody i nazbyt wielu przysparzał kłopotów.

— Dlaczego się tak smutno uśmiechasz? — spytała Lini, ściągając wodze swej brunatnej klaczy o wydętych bokach, by podjechać bliżej. Zwierzę wyglądało tak, jakby pogryzły je mole. Gniadosz Morgase nie był lepszy, wszystkie konie znajdowały się w opłakanym stanie. Seanchanie mogli dać Balwerowi glejt, ale z pewnością nie przyzwoite wierzchowce.

— Czeka nas jeszcze długa droga — powiedziała Morgase i uderzyła piętami boki klaczy, która ruszyła w ślad za Tallanvorem w sposób, który od biedy przypominał kłus.

27

Samotny

Perrin wsunął drzewce topora w pętlę przy pasie, umieszczoną po przeciwnej stronie ciała niż kołczan, wziął z kąta nie naciągnięty łuk, przewiesił sobie sakwy podróżne przez ramię i, nie oglądając się za siebie, opuścił pokoje, które dzielił z Faile. Byli tu szczęśliwi — przez większość czasu. Nie przypuszczał, by kiedykolwiek miał jeszcze wrócić. Czasami zastanawiał się, czy fakt, że był z Faile szczęśliwy w jakimś miejscu, oznaczał, iż nigdy w to miejsce już nie wracał. Miał nadzieję, że tak nie jest.

Słudzy, których widział na pałacowych korytarzach nosili jednolicie czarną liberię, być może Rand tak nakazał, a może sami wpadli na ten pomysł. Bez liberii zachowywali się niespokojnie, jakby brakowało im wyraźnych insygniów przynależności, przez Asha’manów zaś czerń mogła uchodzić za barwę Randa. Ci, którzy zauważali Perrina, pierzchali w popłochu, najszybciej jak potrafili, nie czekając z żadnymi ukłonami czy dygnięciami. Wlókł się za nimi zapach strachu.

Chociaż raz to nie jego żółtych oczu się bano. Tym razem przebywanie w towarzystwie człowieka, który stał się tego ranka przedmiotem gniewu Smoka Odrodzonego, mogło okazać się niebezpieczne. Perrin wyswobodził ramię spod sakiew. Minęło wiele czasu, odkąd po raz ostatni ktoś dał radę poderwać go z ziemi i cisnąć jak szmacianą lalką. Oczywiście nikt nigdy nie użył do tego celu Mocy. Jeden moment zapamiętał szczególnie wyraźnie.

“Podniósł się z posadzki, trzymając za ramię, opierając się plecami o powierzchnię czworokątnej kolumny, która znalazła się wcześniej na jego drodze. Doszedł do wniosku, że mogło mu pęknąć kilka żeber. Gromadka arystokratów rozproszonych w Wielkiej Komnacie Słońca, którzy przyszli prosić Randa o to czy tamto, próbowała patrzeć w inną stronę, udawać że wcale ich tu nie ma. Tylko Dobraine patrzył, potrząsając siwą głową, a Rand tymczasem kroczył przez salę tronową.

— Z Aes Sedai postąpię, jak zechcę! — krzyknął Rand. — Słyszysz mnie, Perrin? Jak ja zechcę!

— Właśnie oddałeś je w ręce Mądrych — odwarknął, odsuwając się od kolumny. — Nie wiesz, czy sypiają na jedwabiach, czy też już poderżnięto im gardła! Nie jesteś Stwórcą!

Rand warknął ze wściekłością i odrzucił głowę w tył.

— Jestem Smokiem Odrodzonym — ryknął. — Nie obchodzi mnie, jak się je traktuje! Zasłużyły na loch! — Perrin poczuł, jak włosy mu się jeżą na karku, kiedy Rand spuścił wzrok, przedtem wbiły w sklepiony sufit. W zestawieniu z ich wyrazem niebieski lód zdawałby się ciepły i przytulny, wrażenie podkreślała udręka wykrzywiająca jego twarz. — Zejdź mi z oczu, Perrin. Słyszysz mnie? Wynoś się z Cairhien! Dzisiaj! Zaraz! Nie chcę cię już nigdy oglądać! — Obróciwszy się na pięcie, odszedł, ciągnąc za sobą grupkę arystokratów, którzy omal nie padali na posadzkę, gdy ich mijał.

Perrin wytarł kciukiem strużkę krwi, cieknącą z kącika ust. Przez krótką chwilę przekonany był, że Rand go zabije.

Kręcąc głową, żeby wyzbyć się tego wspomnienia, skręcił i za rogiem niemalże wpadł na Loiala. Ogir, z dużym tobołkiem przytroczonym do pleców oraz skórzaną torbą na ramieniu, tak wielką, że pomieściłaby owcę, posługiwał się toporem o długim drzewcu jak kosturem. Sądząc po wypychających je kształtach, przepastne kieszenie jego kaftana pełne były książek.

Na jego widok Loial zastrzygł włochatymi uszami, po chwili jednak obwisły mu nisko. Twarz pokryła się bruzdami i czoło zmarszczyło, aż końce brwi opadły na policzki.

— Słyszałem, Perrin — zahuczał ze smutkiem. — Rand nie powinien był tego robić. Słowa wypowiedziane w pośpiechu rodzą przewlekłe kłopoty. Wiem, że to przemyśli. Może już jutro...