— Nic się nie stało — zapewnił go Perrin. — Cairhien jest i tak za bardzo... ugłaskane... jak dla mnie. Jestem kowalem, nie dworakiem. Jutro już mnie tu nie będzie.
— Weź Faile i pojedźcie ze mną. Karldin i ja zamierzamy odwiedzić stedding, Perrin. Oni wszyscy czekają przy Bramach. — Jakiś młody mężczyzna o pociągłej twarzy i jasnych włosach stojący za Loialem przestał wreszcie spoglądać krzywo to na Perrina, to na Ogira. Też miał torbę i tobołek, a przy boku miecz. Mimo niebieskiego kaftana Perrin rozpoznał jednego z Asha’manów. Karldin nie wyglądał na zadowolonego, kiedy rozpoznał Perrina, wydzielał zimny, zły zapach. Loial spojrzał w głąb korytarza. — Gdzie jest Faile?
— Ona... ma spotkać się ze mną przy stajniach. Trochę się posprzeczaliśmy. — Oto prosta prawda, Faile, niekiedy, najzwyczajniej lubiła trochę pokrzyczeć. Zniżył głos: — Loial, nie chciałbym rozmawiać z tobą w miejscu, gdzie każdy może nas słyszeć. Chodzi mi o Bramy.
Loial parsknął tak głośno, że byk chyba podskoczyłby ze strachu, ale ściszył zaraz głos.
— Nie widzę nikogo oprócz nas — przemówił basem. Nikt w odległości dwóch albo trzech kroków za Karldinem nie usłyszałby go wyraźnie. Jego uszy chlasnęły jak z batatak można to było chyba określić — po czym przywarły gniewnie do czaszki. — Wszyscy się boją, że ktoś ich z tobą zobaczy. I to po tym wszystkim, co zrobiłeś dla Randa.
Karldin szarpnął Loiala za rękaw.
— Musimy jechać — powiedział, spoglądając ponuro na Perrina. Jego zdaniem każdy, na kogo krzyczał Smok Odrodzony, natychmiast winien być wygnany za bramę miasta. Perrin zastanawiał się, czy w tym momencie miał w sobie Moc.
— Tak, tak — mruknął Loial, machając dłonią wielkości szynki, jednak tylko wsparł się na stylisku topora, krzywiąc w zadumie. — Nie podoba mi się to, Perrin. Rand cię przegnał. Mnie odsyła. Jak mam dokończyć książkę... — Zastrzygł uszami i zakasłał. — Cóż, nie tylko o to mi chodzi. Ale najpierw ty, potem ja, a Światłość jedna wie, gdzie jest Mat. W następnej kolejności pozbędzie się Min. Schował się przed nią tego ranka. Posłał mnie, żebym jej powiedział, iż go nie ma. Moim zdaniem, wiedziała, że kłamię. W końcu zostanie zupełnie sam, Perrin. “To straszne być samotnym”. Tak mi powiedział. Zamierza odtrącić wszystkich swoich przyjaciół.
— Koło obraca się tak, jak chce — odrzekł Perrin. Loial zamrugał, słysząc echo słów Moiraine. Perrin dużo o niej myślał ostatnimi czasy; wywierała dobry wpływ na Randa, powściągała go. — Żegnaj, Loial. Pilnuj się i nie ufaj nikomu, kiedy nie musisz. — Nie patrzył przy tym na Karldina.
— Ty wcale tak nie myślisz, Perrin. — Loial zdradzał głosem, że jest zdumiony. — To niemożliwe. Jedźcie ze mną, ty i Faile.
— Spotkamy się kiedyś, któregoś dnia — powiedział łagodnie Perrin i pospieszył przed siebie, zanim zostałby zmuszony do powiedzenia czegoś jeszcze. Nie lubił nikogo okłamywać, zwłaszcza przyjaciela.
W północnych stajniach sprawy wyglądały z grubsza tak samo jak w pałacu. Stajenni zauważyli, że wchodzi do środka i, porzuciwszy widły oraz zgrzebła, stłoczyli się przy małych drzwiach na tyłach budynku. Szuranie na wysokim stryszku, które mogłoby umknąć innym uszom, zdradzało, że ktoś tam się ukrył — Perrin słyszał nadto nerwowe, przestraszone dyszenie. Wyprowadził Steppera z marmurowego boksu — marmur był zielony w złote żyłki, nałożył mu wędzidło i uwiązał gniadego ogiera do pozłacanego kółka. Poszedł po derkę i siodło pozostawione w pomieszczeniu również wyłożonym marmurem, połowa ze znajdujących się tam siodeł nabijana była srebrem i złotem. Ta stajnia była znakomicie dopasowana wystrojem do pałacu, posiadała nawet wysokie marmurowe kolumny oraz takież posadzki, dobrze że choć marmur w boksach był usłany słomą. Wyjechał na zewnątrz, zadowolony, że zostawia za sobą cały ten przepych.
Wyjechał z miasta od północy i ruszył drogą, którą zaledwie przed kilkoma dniami przybył, desperacko pragnąc zobaczyć się z Randem. Jechał, dopóki fałdy terenu za jego plecami nie skryły Cairhien. Potem — w miejscu, gdzie całkiem spory las, stanowiący pozostałość dawnych borów, porastał wysokie wzgórza, dolinę między wzgórzami i kolejne wyższe jeszcze wzgórze — skręcił na wschód. Gdy tylko zapuścił się między drzewa, Faile wyjechała mu na spotkanie, Aram trzymał się tuż przy niej, zupełnie jak pies. Na jego widok twarz tamtego aż się cała rozjaśniła, choć to może za mało powiedziane: ledwie nadążał, chcąc wiernymi psimi spojrzeniami objąć i jego, i Faile.
— Mężu — powitała go. Nie nazbyt chłodno, choć w tle właściwego jej zapachu czystości i ziołowego mydła, wciąż czuł ostrą jak brzytwa woń gniewu i kłującej zazdrości. Była odziana odpowiednio do podróży, w cienki płaszcz chroniący przed kurzem i czerwone rękawice dopasowane do wysokich butów wyglądających spod ciemnych i wąskich, rozciętych spódnic, które sobie upodobała. Za pas miała zatknięte co najmniej cztery sztylety.
Ruch za jej plecami zdradził czyjąś obecność — Bain i Chiad, a także Sulin, której towarzyszyło kilkanaście innych Panien. Perrin uniósł brwi. Ciekawe, co o tym pomyśli Gaul. Aiel twierdził, że nie może się doczekać, kiedy wreszcie spotka się z Bain i Chiad sam na sam. Jeszcze bardziej zaskakujący był widok pozostałych towarzyszek Faile.
— Co one tu robią? — Skinieniem głowy wskazał małą grupkę ludzi, trzymających się wraz z końmi na uboczu. Rozpoznał Selande i Camaille oraz wysokie Tairenianki, wciąż w męskich ubraniach z mieczami przy boku. Tamten zwalisty mężczyzna w kaftanie z obszernymi rękawami, który miał w zwyczaju, smarowanie brody pomadą i przycinanie jej w czubek, a włosy nosił wiązane wstążką, również wyglądał znajomo. Pozostałych dwóch mężczyzn z Cairhien nie znał, ale potrafił się domyślić, wnioskując z ich młodego wieku i włosów związanych wstążkami, że stanowili część “społeczności” Selande.
— Przyjęłam Selande i kilkoro jej przyjaciół na służbę u mnie. — Faile mówiła lekkim tonem, ale nagle w jej woni pojawiły się mgliste tony ostrożności. — W mieście, prędzej czy później, narobiliby sobie kłopotów. Potrzebują kogoś, kto wskazałby im drogę. Myśl o tym w kategoriach działalności charytatywnej. I dopilnuję, by ci się nie plątali pod nogami.
Perrin westchnął i podrapał się po brodzie. Mądry człowiek nie zarzucał w twarz swej żonie, że coś ukrywa. Zwłaszcza wtedy, gdy była nią Faile. Z pewnością wkrótce stanie się równie niesamowita jak matka. O ile to już nie nastąpiło. Plątali pod nogami? Ile tych... szczeniąt zabrała?
— Czy wszystko gotowe? Lada chwila jakiś idiota w pałacu stwierdzi, że wkradnie się w łaski Randa, przynosząc mu moją głowę. Do tego czasu wolałbym zniknąć.
Aram warknął w głębi gardła.
— Nie stracisz głowy, mężu. Nikt ci jej nie odbierze. — Faile pokazała białe zęby w uśmiechu i dalej mówiła szeptem, wiedząc, że on go usłyszy. — Nikt, oprócz mnie, być może. — Normalnym już głosem dodała: — Wszystko gotowe.
W pustej, raczej płaskiej kotlinie, za drzewami, obok swoich koni stali ludzie z Dwu Rzek, uformowani w dwójkową kolumnę, której koniec ginął za wzgórzem. Perrin znowu westchnął. Na czele kolumny sztandar z czerwonym wilczym łbem oraz Czerwony Orzeł Manetheren łopotały lekko na gorącym wietrze. Kolejne kilkanaście Panien przykucnęło na piętach blisko sztandarów, stojący po przeciwnej stronie Gaul miał na twarzy wyraz najbardziej ponury, jaki Perrin kiedykolwiek widział u tego Aiela.
Kiedy zsiadł z konia, podeszli do niego dwaj mężczyźni w czarnych kaftanach, salutując mu pięścią przyciśniętą do serca.