— Lordzie Perrinie — powiedział Jur Grady. — Czekamy tu od ubiegłej nocy. Wszystko gotowe.
Przy Gradym, z tą jego wyniszczoną, chłopską twarzą, Perrin czuł się niemalże swobodnie, ale z Fagerem Nealdem sprawa miała się inaczej. Jakieś dziesięć lat młodszy od Grady’ego, najprawdopodobniej też był farmerem, na ile Perrin się orientował, ale lubił zadzierać nosa i puszyć się, a ponadto smarował swe żałosne wąsy woskiem. W odróżnieniu od Grady’ego, który był jednym z Oddanych, Fager zaliczał się tylko do Żołnierzy, nie miał więc srebrnego miecza w kołnierzu, jednak niższa ranga bynajmniej nie oznaczała, że nie będzie odzywać się, kiedy tylko zechce.
— Lordzie Perrinie, czy naprawdę trzeba zabierać kobiety? Sam dobrze wiesz, że one nie przydadzą się na nic, a za to przysporzą kłopotów.
Niektóre z tych kobiet, o których mówił, stały obok mężczyzn z Dwu Rzek, z szalami zarzuconymi na ramiona. Z sześciu Mądrych obojętnie obserwujących dwie kobiety, w stronę których Neald skinął głową, Edarra wydawała się najstarsza. Tak naprawdę to obecność tamtych dwóch też niepokoiła Perrina. Seonid Traighan, pełna rezerwy i chłodu w zielonych jedwabiach, zawzięcie usiłowała ignorować kobiety Aielów — większość Cairhienian, przynajmniej z tych, którzy nie udawali, że są Aielami, gardziła nimi — ale na widok Perrina przełożyła wodze swojego siwka do drugiej ręki i kuksnęła Masuri Sokawę w bok. Masuri wzdrygnęła się — Brązowym dość często zdarzało się błądzić myślami w chmurach — a potem zagapiła pustym wzrokiem na Zieloną siostrę, po czym przeniosła spojrzenie na Perrina. A było to spojrzenie z tego rodzaju, jakim się obdarza osobliwe i być może niebezpieczne zwierzę. Wszystkie przysięgły posłuszeństwo Randowi al’Thorowi, ale dlaczego miałyby je okazywać Perrinowi Aybara? Wydawanie rozkazów Aes Sedai zdawało się czymś nienaturalnym. Ale, zdaniem Perrina, lepsza była taka sytuacja niż odwrotna.
— Pojadą wszyscy — odparł Perrin. — Ruszajmy, zanim nas zobaczą. — Faile parsknęła.
Grady i Neald ponownie zasalutowali i zajęli miejsca na samym środku bezleśnego terenu. Perrin nie miał pojęcia, który z nich się do tego przyczynił, ale znienacka znajomy pionowy srebrzysty błysk w powietrzu przekształcił się w bramę, zbyt niską, by dało się przez nią przejechać konno. W prześwicie otwarcia ukazały się drzewa, do złudzenia podobne do tych, które rosły na okolicznych wzgórzach. Grady przeszedł natychmiast, ale i tak omal nie został powalony na ziemię przez Sulin i niewielką hordę Panien z zasłoniętymi twarzami. Zachowywały się zawsze tak, jakby przejście przez bramę w pierwszej kolejności stanowiło należny im zaszczyt i nie zamierzały dopuścić, by ktoś uzurpował sobie doń prawo.
Dumając nad setką problemów, których zawczasu nie przewidział, Perrin przeprowadził Steppera przez bramę. Teren po drugiej stronie był również pofałdowany, ale w znacznie mniejszym stopniu, nie było tu wprawdzie polany, niemniej las był znacznie rzadszy niż w cairhieniańskiej kotlinie, nieliczne drzewa wyższe, choć równie nagie, nawet sosny. Niewiele gatunków rozpoznał, z wyjątkiem dębów i drzew skórzanych. Powietrze zdawało się odrobinę gorętsze.
Faile ruszyła jego śladem, ale kiedy skręcił w lewo, powiodła Jaskółkę w prawo. Wyraźnie zmartwiony Aram patrzył to na jedno, to na drugie, póki Perrin nie skinął głową w kierunku żony. Były Druciarz pociągnął wałacha za nią, ale mimo iż był szybki, nie zdążył przed Bain i Chiad, które nadal nie opuściły zasłon, a potem, wbrew wyraźnym rozkazom Perrina, że następni mają być Ludzie z Dwu Rzek, z bramy wysypała się Selande oraz dobre dwa tuziny młodych Cairhienian i Tairenian wlokących za sobą swoje konie. Dwa tuziny! Kręcąc głową, Perrin stanął obok Grady’ego, który obracał się to w jedną, to w drugą stronę, obserwując rzadko porośnięty teren.
Gaul pojawił się dopiero wraz z Dannilem, stojąc na czele prowadzących swe konie ludzi z Dwu Rzek. Tuż za Dannilem niesiono te przeklęte sztandary — załopotały w górze, gdy tylko znalazły się na otwartej przestrzeni. Ten człowiek powinien sobie zgolić te głupie wąsy.
— Kobiety są zupełnie niemożliwe — mruknął Gaul. Perrin otwarł usta, by bronić Faile, kiedy uświadomił sobie, że swoje groźne spojrzenia ten rezerwuje zapewne dla Bain i Chiad. Żeby nie stać jak głupek z rozdziawionymi ustami, zapytał:
— Masz żonę, Grady?
— Sorę — odparł nieobecnym tonem Grady, którego cała uwaga skupiona była na otaczających ich drzewach. Perrin gotów był się założyć, że obejmował teraz Źródło. Widoczność była tutaj znacznie lepsza w porównaniu z rodzinnymi lasami, ale mimo wszystko ktoś mógł się tu na nich zasadzić. — Tęskni za mną — ciągnął Grady, takim tonem, jakby mówił wyłącznie do siebie. — To z miejsca uczysz się wyczuwać. Chciałbym wiedzieć, dlaczego ją boli kolano.
— Boli ją kolano — powtórzył obojętnie Perrin. — Boli ją właśnie w tej chwili.
Grady jakby nagle się zorientował, że Perrin patrzy na niego wytrzeszczonymi oczyma, podobnie jak Gaul. Zamrugał i zaraz na nowo podjął obserwację terenu.
— Wybacz mi, lordzie Perrinie. Muszę pełnić straż. — Przez dłuższą chwilę milczał, po czym zaczął powoli mówić: — Jest coś, co rozpracował niejaki Canler. M’Hael nie lubi, jak próbujemy wyjaśniać różne rzeczy na własną rękę, ale jak to już się stanie... — Nieznaczny grymas na jego twarzy świadczył, że nawet wówczas Taim wcale nie przyjmował tego tak spokojnie. — Naszym zdaniem między Strażnikami a Aes Sedai istnieje coś w rodzaju więzi. Mniej więcej jeden na trzech z nas jest żonaty; w każdym razie tyle żon zostało, kiedy dowiedziały się, kim są ich mężowie. Dzięki temu, kiedy jesteś z dala od niej, wiesz, że nic jej nie jest, a ona wie, że z tobą wszystko w porządku. Mężczyzna lubi wiedzieć, że jego żona jest bezpieczna.
— Faktycznie, lubi — zgodził się Perrin. Po co Faile potrzebni byli ci durnie? Dosiadła już Jaskółki, a tamci stali obok, wpatrzeni. Wcale by się nie zdziwił, gdyby sama wpakowała się w te bzdury z ji’e’toh.
Seonid i Masuri majestatycznie sunęły za ostatnimi mężczyznami z Dwu Rzek w towarzystwie trzech Strażników, a Mądre podążały tuż za nimi, co nie stanowiło żadnej niespodzianki. Były tu, by mieć na oku Aes Sedai. Seonid ściągnęła wodze, jakby zamierzała zsiąść, ale Edarra powiedziała coś cichym głosem, wskazując gruby pochylony dąb, a obie Aes Sedai popatrzyły na nią równocześnie, po czym wymieniły spojrzenia i podprowadziły swoje konie do drzewa. Sprawy toczyłyby się znacznie pomyślniej, gdyby te dwie były zawsze takie potulne jak teraz — no, może nie do końca potulne: Seonid trzymała się sztywno, jakby kij połknęła.
Potem pojawiły się remonty, stado zapasowych koni powiązanych po dziesięć, pod czujnym okiem ludzi z majątków Dobraine’a, tamten rzekomo miał wiedzieć, jak potoczą się ich losy. Perrin natychmiast dostrzegł Stayera biegnącego samopas, dobrze by było, gdyby opiekująca się nim kobieta naprawdę znała się na tym, co robi. Za nimi przejechały liczne fury na wysokich kołach z zapasami, woźnice poganiali konie i pokrzykiwali, jakby się bali, że brama może się zamknąć akurat teraz. Fury były liczne, ponieważ nie mogły udźwignąć tyle co wozy, z których nie skorzystano, gdyż nie zmieściłyby się w bramie. Wyglądało na to, że ani Neald, ani Grady nie potrafią wykonać tak dużej bramy jak Rand czy Dashiva.
Kiedy nareszcie przetoczyła się ostatnia skrzypiąca osiami fura, Perrin zastanowił się, czy nie nakazać, by zaraz zamknęli bramę, ale to Neald trzymał ją otwartą, a ciągle jeszcze stał po drugiej stronie, nadal w Cairhien. Chwilę później było za późno.