Berelain przeszła przez bramę, prowadząc klacz tak białą, jak Jaskółka była czarna, a on podziękował jej w duchu za to, że ta szara suknia do konnej jazdy miała karczek sięgający po samą brodę. Ale z kolei powyżej pasa była dopasowana tak ciasno jak każda taraboniańska suknia. Perrin jęknął. Razem z nią pojawili się Nurelle i Bertain Gallenne, Lord Kapitan Skrzydlatej Gwardii, siwowłosy mężczyzna, który nosił czarną opaskę na oku w taki sposób, jak inny mężczyzna nosiłby pióro przy kapeluszu, a dalej sami członkowie Skrzydlatej Gwardii, w liczbie przekraczającej dziewięciuset. Nurelle i wszyscy ci; którzy byli pod Studniami Dumai, nosili żółte wstążki zawiązane wysoko na lewym ramieniu.
Berelain dosiadła swej klaczy i odjechała na bok razem z Gallenne, podczas gdy Nurelle ustawił Skrzydlatą Gwardię w szyku między drzewami. Berelain dzieliło od Faile co najmniej pięćdziesiąt kroków oraz kilkanaście drzew, a mimo to stanęła w taki sposób, by mogła ją widzieć. Patrzyły na siebie z twarzami tak kamiennymi, że Perrinowi ścierpła skóra. Uznał, że wyznaczenie Berelain miejsca w tyle pochodu, tak daleko od Faile, jak się da, to dobry pomysł, niemniej, każdego cholernego wieczora będzie musiał przechodzić przez to, co teraz. A żeby ten Rand sczezł!
Teraz Neald wyskoczył z bramy, gładząc swe niedorzeczne wąsy i strofując każdego, kto mógłby się przypatrywać znikającej prędze światła. Nikt nie patrzył, więc dosiadł konia z wyrazem niezadowolenia na twarzy.
Perrin dosiadł Steppera i wjechał na niewielki pagórek. Nie każdy go widział z powodu drzew, ale wystarczało, że mogli go słyszeć. Poruszenie przebiegło po zgromadzeniu, kiedy ściągnął wodze, ludzie poprawiali się w siodłach, by lepiej widzieć.
— Jak już wiadomo wszystkim szpiegom w Cairhien — powiedział głośno — zostałem wygnany, Pierwsza z Mayene jest właśnie w drodze do domu, a wy rozwialiście się niczym mgła w promieniach słońca.
Ku jego zdumieniu roześmieli się. Podniósł się krzyk “Perrin Złotooki” i to nie tylko od strony, gdzie stali mężczyźni z Dwu Rzek. Zaczekał, aż się uciszą, co trwało chwilę. Faile ani się nie śmiała, ani nie krzyczała, podobnie Berelain. Obie kręciły głowami, jednomyślnie uważając, że nie powinien był mówić tyle, ile powiedzieć postanowił. Potem zobaczyły wzajem, co robią i zastygły w bezruchu, jak przyłapane w pułapce bursztynu. Nie lubiły się z sobą zgadzać. Perrin nie zdziwił się, gdy skupiły na nim wzrok z identycznymi minami. W Dwu Rzekach istniało takie stare porzekadło, aczkolwiek sposób jego użycia i przypisywane znaczenie zależały od okoliczności i tego, kim się było: “Wszystkiemu zawsze winny jest mężczyzna”. Nauczył się, że jedną rzeczą, w jakiej kobiety naprawdę były doskonałe, jest sprawianie, by mężczyźni do nich wzdychali.
— Niektórzy z was być może się zastanawiają, gdzie jesteśmy i dlaczego — mówił dalej, kiedy nareszcie zapadła cisza. Fala śmiechu, ale nieco bardziej stłumiona. — To Ghealdan. — Pomruki zgrozy i być może niedowierzania, że oto jednym krokiem pokonali tysiąc pięćset mil albo i więcej. — Pierwszą rzeczą, jaką musimy zrobić, jest przekonanie królowej Alliandre, że nie przybywamy tu jako najeźdźcy. — To Berelain miała rozmawiać z Alliandre i za to Faile na pewno będzie go łajać. — Następnie będziemy musieli odszukać człowieka, który mieni się Prorokiem Lorda Smoka. — To też raczej nie będzie przyjemne, Masema nie był szczególnie miły, jeszcze zanim mu odbiło. — Ten Prorok stał się przyczyną pewnych kłopotów, ale damy mu do zrozumienia, że Rand al’Thor nie życzy sobie, by kogoś strachem zmuszano do opowiedzenia się za nim i zabierzemy jego oraz tych jego ludzi, którzy zechcą pójść, do Lorda Smoka.
“I w razie potrzeby tak go nastraszymy, że aż mu spadną spodnie” — pomyślał złośliwie.
Zaczęli mu wiwatować. Pohukiwali i pokrzykiwali, że zagnają tego Proroka aż do Cairhien, do Lorda Smoka, aż w pewnym momencie Perrin zaczął mieć nadzieję, że to miejsce jest jeszcze bardziej oddalone od najbliższej wsi niż miało być. Nawet woźnice i stajenni się przyłączyli. I jeszcze żarliwiej modlił się, by wszystko poszło gładko i szybko. Im większa była odległość dzieląca Berelain oraz jego i Faile, tym lepiej. Żadnych niespodzianek — tego przecież chciał, kiedy wyruszali na południe. Najwyższy czas, żeby wreszcie przydatnym do czegoś okazało się to, iż jest ta’veren.
28
Chleb i ser
Mat wiedział, że wpadł w tarapaty już tego samego dnia, gdy wszedł do Pałacu Tarasin. Mógł odmówić. Z faktu, że te przeklęte kości toczyły się albo nieruchomiały, nie wynikało bynajmniej, że musiał cokolwiek przedsięwziąć, zazwyczaj, kiedy przestawały się toczyć, było już za późno na bezczynność. Problem polegał na tym, że chciał dowiedzieć się: dlaczego? Nie minęło wiele dni, a pożałował, że nie schwycił swej ciekawości za gardło i nie zadusił jej.
Po tym, jak Nynaeve i Elayne wyszły z jego izby, kiedy już potrafił się normalnie schylić, nie mając przy tym wrażenia, że odpada mu głowa, przekazał wieść swoim ludziom. Żaden nie dostrzegł ujemnych stron tego pomysłu. Chciał im zwrócić uwagę na pewne swe wątpliwości, ale nikt go nie słuchał.
— Bardzo dobrze, mój panie — mruknął Nerim, wciskając długi but na nogę Mata. — Mój pan nareszcie zamieszka w przyzwoitych pokojach. Och, jak dobrze. — Na chwilę jakby utracił swoją żałobną minę. Ale tylko na chwilę. — Wyszczotkuję ten kaftan z czerwonego jedwabiu dla mojego pana, niebieski mój pan dość paskudnie zaplamił winem. — Zniecierpliwiony Mat odczekał swoje, włożył kaftan i wyszedł na korytarz.
— Aes Sedai? — burknął Nalesean, kiedy już jego głowa wyskoczyła z otworu w czystej koszuli. Wokół niego krążył Lopin, sługa z opasłym brzuszyskiem. — A żeby mi dusza sczezła, nie przepadam za Aes Sedai, ale... Pałac Tarasin, Mat. — Mat skrzywił się. Nie dość, że ten człowiek potrafił wypić baryłkę brandy bez żadnych skutków następnego ranka, to jeszcze musiał się tak szczerzyć od ucha do ucha? — Aha, Mat, możemy teraz zapomnieć o kościach i zagrać w karty z naszymi. — Miał na myśli arystokratów, czyli jedynych, którzy oprócz zamożnych kupców mogli sobie pozwolić na tę grę, zresztą kupcy łatwo tracili całe swoje bogactwo, gdy zaczynali grać o stawki wyznaczane przez tamtych. Nalesean energicznie zacierał dłonie, gdy tymczasem Lopin próbował ułożyć mu koronki; nawet jego broda zdawała się jeżyć ochoczo.
— Jedwabne pościele — mruknął Mat. Kto kiedy słyszał o jedwabnej pościeli? Tamte dawne wspomnienia odezwały się chórem, ale nie zamierzał dawać im posłuchu.
— Pełno szlachty — warknął z dołu Vanin, ściągając wargi, żeby splunąć. Teraz już automatycznie poszukiwał spojrzeniem pani Anan, nie zobaczywszy jej, postanowił upić łyk cierpkiego wina z pucharu, który stanowił jego śniadanie. — Ale bądź tak łaskaw i spotkaj się znowu z lady Elayne — dodał po namyśle. Uniósł wolną rękę, jakby chciał potrzeć dłonią czoło, najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego gestu. Mat jęknął. Ta kobieta zniszczyła porządnego człowieka. — Chcesz, żebym znowu poniuchał trochę wokół Carridina? — Vanin mówił dalej, jakby cała reszta się nie liczyła. — Na jego ulicy gromadzi się pełno żebraków, więc trudno cokolwiek zobaczyć, ale mnóstwo ludzi doń przychodzi.
Mat zapewnił go, że sobie poradzi. Nic dziwnego, że Vanina nie obchodziło, że w pałacu roi się od arystokratów i Aes Sedai, przecież miał spędzić dzień, pocąc się na słońcu, potrącany przez tłoczącą się gawiedź. Czyli, zdaniem Mata, znacznie przyjemniej.
Nie miało sensu ostrzegać Harnana i pozostałych z Legionu Czerwonej Ręki. Opychali się właśnie białą owsianką oraz małymi czarnymi kiełbaskami, poszturchując się i wyśmiewając z pałacowych posługaczek, które, jak słyszeli, zostały wszystkie wybrane ze względu na ich urodę i które nadzwyczaj hojnie szafowały swymi wdziękami. Niepodważalny fakt, cały czas dodawali sobie ducha.