Выбрать главу

I takim to sposobem znalazł się na ławce przed tanią tawerną blisko nabrzeża zwaną “Róża Elbaru”, gdzie popijał z poszczerbionego blaszanego kubka przymocowanego łańcuchem do ławki. Przynajmniej myli te kubki dla każdego następnego gościa. Smród unoszący się znad warsztatu farbiarza przy tej samej ulicy jedynie dodatkowo podkreślał styl lokalu. Co wcale nie znaczyło, by była to nędzna dzielnica, aczkolwiek po tak wąskiej ulicy nawet nie mogły jeździć powozy. Za to w tłumie kołysała się spora liczba pomalowanych jaskrawo lektyk. Choć przytłaczająca większość przechodniów nosiła wełnę i kamizelki gildii, nie zaś jedwab, ubrania były często świetnie skrojone, ale nierzadko postrzępione ze szczętem. Domy i sklepy stały jak zwykle równym szeregiem z biało tynkowanymi frontonami i choć większość była niska, a nierzadko i zniszczona, to na rogu, po jego prawej ręce stał wysoki dom jakiegoś bogatego kupca, po lewej zaś mały pałacyk — mniejszy nawet od kupieckiej kamienicy — z pojedynczą kopułą bez iglicy, za to ozdobioną zielonym pasem. Dwie tawerny i oberża w zasięgu wzroku wyglądały zachęcająco. Niestety “Róża” była jedyną, gdzie człowiek mógł usiąść na zewnątrz, jedyną usytuowaną we właściwym miejscu. Niestety.

— Wątpię, bym gdziekolwiek widział takie okazałe muszyska — narzekał Nalesean, odganiając kilka doborowych okazów od swojego kubka. — Co tym razem robimy?

— Ty wlewasz w siebie tę nędzną namiastkę wina i pocisz się jak kozioł — mruknął Mat, naciągając kapelusz, żeby lepiej osłonić oczy. — Ja zajmuję się byciem ta’veren. — Spojrzał spode łba na podniszczony dom, między farbiarzem a hałaśliwym warsztatem tkacza, który kazano mu obserwować: Nie poproszono... kazano... do tego doszło, chociaż próbowały to zatuszować, dwojąc się i trojąc w swoich obietnicach. Och, sprawiły, by to zabrzmiało jak prośba, sprawiły, by to ostatecznie zabrzmiało jak błaganie, w które, tak na marginesie, uwierzy nie wcześniej, jak psy zaczną tańczyć, ale i tak wiedział, że go nabierają. “Po prostu bądź ta’veren, Mat” przedrzeźniał. “Wiemy, że ty zwyczajnie będziesz wiedział, jak to zrobić. Ba!” Może przeklęta Dziedziczka Tronu i jej przeklęte dołki w policzkach wiedziały, albo może wiedziała to Nynaeve z jej przeklętymi rękoma, które cały czas podrygiwały, bo tak im było spieszno szarpnąć warkocz, ale byłby sczezł, gdyby on sam wiedział. — Jeżeli ta, wieprz ją całował, Czara jest w Rahad, to jak mam ją znaleźć na przeciwnym brzegu cholernej rzeki?

— Nie pamiętam, by to mówiły — rzekł sucho Juilin i upił dużego łyka jakiegoś napoju zrobionego z żółtych owoców rosnących po tutejszych wsiach. — Pytałeś o to co najmniej pięćdziesiąt razy. — Twierdził, że ten słomkowej barwy płyn odświeża w upale, ale Mat nadgryzł kiedyś jedną z tych cytryn i odtąd nie zamierzał pić niczego, co z nich zrobiono. Sam pił herbatę, czując nadal lekkie pulsowanie w głowie. Smakowała tak, jakby właściciel tawerny, chuderlawy osobnik o paciorkowatych podejrzliwych oczach, od czasu założenia miasta dokładał świeże liście i dolewał wodę do resztek z poprzedniego dnia. Smak napoju harmonizował z jego nastrojem.

— Mnie interesuje natomiast — mruknął Thom zza złożonych dłoni — dlaczego zadawały tyle pytań o twoją oberżystkę. — Zdawał się wcale nie przejmować, że kobiety miały swoje sekrety; czasami zachowywał się zdecydowanie dziwnie. — Co Setalle Anan i te kobiety mają wspólnego z Czarą?

Do zniszczonego domu istotnie stale wchodziły jakieś kobiety; niekiedy również wychodziły. Jednostajny sznur kobiet, jak trzeba, w tym niektóre odziane dobrze, mimo że nie w jedwabie, i ani jednego mężczyzny. Trzy, może cztery, miały na sobie czerwony pas Mądrej Kobiety. Mat zastanowił się, czy nie pójść za którąś z wychodzących, ale to mogłoby wyglądać na umyślne działanie. Nie wiedział, na czym polega bycie ta’veren — nigdy tak naprawdę nie dostrzegł w sobie ani jednej oznaki, że jest ta’veren — ale jego szczęście było zawsze największe, kiedy wszystko działo się przypadkowo. Tak jak w grze w kości. Większość tych żelaznych układanek z tawern była dla niego nierozwiązywalna, jakkolwiek szczęśliwy by się czuł.

Zlekceważył pytanie Thoma; Thom zadawał je co najmniej tak samo często, jak Mat pytał o to, jak niby znaleźć Czarę. Nynaeve powiedziała mu w twarz, że wcale nie przysięgała, że powie mu wszystko, co wie, obiecała, że powie mu to, co musi wiedzieć, a potem powiedziała... Przyglądanie się, jak niemalże się dławi, próbując nie obrzucić go stekiem wyzwisk, raczej nie dostarczało zadowalającego zadośćuczynienia.

— Chyba przejdę się trochę w głąb tej uliczki — rzekł Nalesean z westchnieniem. — Na wypadek, gdyby któraś z kobiet postanowiła przeskoczyć przez mur tego ogrodu. — W zasięgu wzroku mieli widok na wąską szczelinę między domem a warsztatem farbiarza, ale za sklepami i domami biegła równolegle jeszcze jedna alejka. — Mat, powiedz mi raz jeszcze, dlaczego musimy się tym zajmować, zamiast grać w karty.

— Ja to zrobię — powiedział Mat, jakby nie słysząc ostatniego pytania. Może za murem ogrodu dowie się, jak funkcjonuje ta’veren. Poszedł, ale niczego się nie dowiedział.

Do czasu, gdy do ulicy zaczął zakradać się zmierzch i pojawił się Harnan w towarzystwie łysego Andoranina o skośnych oczach, o imieniu Wat, jedynym ewentualnym skutkiem bycia ta’veren, jaki dostrzegł, było to, że właściciel tawerny zaparzył świeży dzbanek herbaty. Smakowała równie obrzydliwie jak poprzednia.

Po powrocie do swoich pokoi w pałacu znalazł list, swego rodzaju zaproszenie, elegancko wypisane na grubym białym papierze, który pachniał niczym kwietny ogród.

“Mój ty malutki króliczku, spodziewam się gościć cię dzisiaj na kolacji w moich apartamentach”.

Bez podpisu, ale przecież nie był potrzebny. Światłości! Ta kobieta nie miała za grosz wstydu! W drzwiach wiodących na korytarz był zamontowany pomalowany na czerwono żelazny zamek, znalazł klucz i przekręcił. Potem, dla lepszego efektu, wcisnął krzesło pod zasuwę na drzwiach do pokoiku Nerima. Mógł się znakomicie obejść bez kolacji. Już miał wspiąć się na łoże, gdy nagle zamek zaszczękał, w korytarzu jakaś kobieta roześmiała się, stwierdziwszy, że drzwi są zamknięte na klucz.

Wtedy mógł już przecież głęboko zasnąć, ale z jakiegoś powodu leżał tam, wsłuchując się w burczenie w brzuchu. Dlaczego ona mu to robi? No cóż, wiedział dlaczego, ale dlaczego jemu? Z pewnością nie zamierzała cisnąć całej przyzwoitości za stodołę, tylko po to, by dzielić łoże z ta’veren. Tak czy siak, teraz był bezpieczny. Tylin nie wyważy przecież drzwi. Na pewno? Nawet ptak nie przedostanie się przez arabeski z kutego żelaza otaczające balkony. A zresztą potrzebowałaby długiej drabiny, żeby dotrzeć tak wysoko. I ludzi do jej niesienia. Chyba że opuściłaby się z dachu na linie. Albo mogłaby... Noc mijała, w żołądku burczało, wreszcie wzeszło słońce, a on na moment nie zmrużył oka ani nie pomyślał o niczym przyzwoitym. Poza tym, że podjął pewną decyzję. Wpadł mu do głowy pomysł wykorzystania komnaty dumania. Choć z pewnością nigdy w zadumę nie popadał.

Wraz z pierwszym brzaskiem wymknął się ze swoich pokoi i znalazł jednego ze sług pałacowych, którego udało mu się zapamiętać, łysiejącego mężczyznę o imieniu Madic, o pełnej samozadowolenia, pyszałkowatej minie i krzywym uśmieszku mającym znamionować chyba nieustanny brak satysfakcji. Człowiek, który dawał się kupić. Aczkolwiek nie omieszkał — pełnym zaskoczenia wyrazem kanciastego oblicza i szyderczym grymasem, którego prawie nie raczył ukryć — dać jasno do zrozumienia, że on wie dokładnie, dlaczego Mat wsuwa mu złoto w garść. Krew i przeklęte popioły! Ilu ludzi wiedziało, do czego zmierza Tylin?