— Powinnaś jej podziękować, Nynaeve. — Jak ten człowiek mógł mówić tak spokojnie! Wsunąwszy jedną nogę w but energicznym ruchem, pochylił się, by wziąć drugi, nie patrząc na nią. — Nie chciałabyś, abym był z tobą związany.
Splot Powietrza chwycił garść jego włosów i boleśnie zadarł mu głowę.
— Jeśli się ośmielisz... jeśli się kiedykolwiek ośmielisz... wygadywać te bzdury, że nie chcesz mi dawać wdowich chwastów, Lanie Mandragoran, to ja... to ja... — Nie umiała wymyśleć niczego odpowiednio silnego. Skopanie go byłoby prawie niczym. Myrelle. Myrelle i jej Strażnicy. A żeby sczezł! Darcie z niego pasów by nie starczyło!
Wyglądał, jakby wcale nie był zmuszony do trwania zgiętym wpół, z wykrzywionym karkiem. Wsparł tylko ręce na kolanach i, obserwując ją z tym dziwnym wyrazem w oczach, powiedział:
— Nie chciałem ci mówić, ale masz prawo wiedzieć. — Jednak w jego głosie pojawiło się wahanie, a przecież Lan nigdy się nie wahał. — Kiedy umarła Moiraine... kiedy więź łącząca Strażnika z jego Aes Sedai pęka... dochodzi do zmian...
W trakcie gdy to mówił, ona objęła się ramionami, ściskając mocno, żeby nie dygotać. Bolała ją zaciśnięta z całej siły szczęka. Uwolniła przytrzymujący go splot, jakby po prostu oderwała rękę, uwolniła saidara, ale on tylko się wyprostował i nadal relacjonował całą tę grozę, nawet się nie wzdrygnąwszy, i nadal ją obserwował. Nagle zrozumiała, co dziwnego kryje się w jego oczach, zimniejszych niż samo serce zimy. To były oczy człowieka, który wie, że jest martwy i nie potrafi się zmusić, żeby to jeszcze go poruszało, człowieka, który czeka, niemalże z tęsknotą na ten długi sen. Zapiekły ją oczy od nie wylanych łez.
— Tak więc sama widzisz — zakończył z uśmiechem, który objął tylko usta; uśmiechem pełnym akceptacji nieuchronnego — kiedy już będzie po wszystkim, ją czeka rok, może kilka lat bólu, ja będę wciąż martwy. Tobie tego oszczędzono. To mój ostatni podarunek dla ciebie, Mashiara. — Mashiara. Jego utracona miłość.
— Będziesz moim Strażnikiem, dopóki nie znajdę sobie jakiegoś? — Sama siebie zadziwiła tym obojętnym głosem. Nie mogła zalać się łzami. Nie zrobi tego. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, musiała zebrać wszystkie swoje siły.
— Tak — odparł ostrożnie, wciągając drugi but. Zawsze trochę przypominał na poły oswojonego wilka, ale teraz, przez te oczy, wydawał się znacznie mniej oswojony.
— To dobrze. — Poprawiwszy spódnice, oparła się pokusie, by podejść do niego. Nie mogła dopuścić, by dostrzegł jej strach. — Ponieważ ja go znalazłam. Ciebie. Czekałam i życzyłam dobrze Moiraine, nie będę życzyła dobrze Myrelle. Ona mi odda więź z tobą. — Myrelle zrobi to, choćby przyszło jej wlec za włosy tę kobietę do Tar Valon i z powrotem. Skoro już o tym mowa, mogłaby ją wlec dla samej zasady. — Nic nie mów — powiedziała ostro, kiedy otworzył usta. Potarła palcami mieszek przy pasie, gdzie spoczywał jego ciężki złoty sygnet owinięty w jedwabną chusteczkę. Z wysiłkiem złagodziła ton głosu, Lan był chory, a ostre słowa nigdy nie pomagają w chorobie. Ale kosztowało ją to tyle... Pragnęła go zbesztać, miała ochotę wyrwać sobie warkocz z korzeniami za każdym razem, gdy myślała o nim i tej kobiecie. Zmagając się z sobą, by zachować spokojny głos, mówiła jednak dalej:
— W Dwu Rzekach, Lan, ofiarowanie komuś pierścienia, oznacza zaręczyny. — To było kłamstwo i po części spodziewała się, że skoczy na równe nogi ze złości, ale tylko zamrugał ze znużeniem. Poza tym wyczytała o takim pomyśle w jakiejś opowieści. — Jesteśmy zaręczeni od bardzo dawna. Dzisiaj zostaniemy sobie poślubieni.
— Kiedyś modliłem się o to — odrzekł cicho i pokręcił głową. — Wiesz, dlaczego tak nie może być, Nynaeve. A nawet gdyby mogło, to Myrelle...
Mimo iż sobie obiecywała, że powstrzyma swój temperament, że będzie delikatna, objęła saidara i wcisnęła mu do ust knebel z Powietrza, zanim zdążył wyznać to, czego nie chciała słyszeć. Dopóki tego nie wyzna, mogła udawać, że nic się nie stało. Ale kiedy dopadnie Myrelle! Opale wplecione we włosy odcisnęły się boleśnie we wnętrzu jej dłoni i była zmuszona puścić warkocz. Zaczęła znowu gładzić jego włosy, żeby zająć czymś palce, podczas gdy on wpatrywał się w nią z oburzeniem. — Udzielę ci krótkiej lekcji na temat różnic między żonami a innymi kobietami — oznajmiła lekko. Co za zmagania. — Byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś więcej nie wymieniał imienia Myrelle w mojej obecności. Pojmujesz?
Przytaknął, więc uwolniła splot, a on tylko krótką chwilę poruszał szczęką, po czym powiedział:
— Bez wymieniania imion, Nynaeve, zdajesz sobie przecież sprawę, że dzięki więzi ona wie o wszystkim, co ja czuję. Gdybyśmy byli mężem i żoną...
Miała wrażenie, że jej twarz zaraz stanie w ogniu. W ogóle o tym nie pomyślała! Przeklęta Myrelle!
— Czy istnieje sposób, by sprawdzić, czy ona wie z całą pewnością, że to ja? — spytała w końcu, a jej policzki niemalże płonęły. Zwłaszcza kiedy opadł na ściankę kabiny, śmiejąc się ze zdumieniem.
— Światłości, Nynaeve, ale z ciebie jastrzębica! Światłości! Nie śmiałem się od... — Jego rozweselenie zanikło, chłód, który zasnuwał mu oczy, powrócił w mgnieniu oka. — Naprawdę wolałbym, żeby tak mogło być, Nynaeve, ale...
— Może i będzie — przerwała mu. Mężczyźni zawsze uzyskiwali przewagę, jeśli nazbyt długo dopuszczało się ich do głosu. Usadowiła mu się na kolanach. Jeszcze nie byli małżeństwem, prawda, ale jego kolana były bardziej miękkie niż te nie wyściełane ławy. Posunęła się trochę, by usiąść wygodniej. Może trochę przesadziła z tą miękkością jego kolan, w każdym razie nie były twardsze niż ławy. — Równie dobrze mógłbyś się poddać, Lanie Mandragoran. Moje serce należy do ciebie. Ty należysz do mnie i ja cię nie puszczę. Będziesz moim Strażnikiem i moim mężem, i to bardzo długo. Nie pozwolę ci umrzeć. Czy to rozumiesz? Potrafię być tak uparta, jak tylko trzeba.
— Nie zauważyłem — odparł, a ona zmrużyła oczy. Jego głos brzmiał strasznie... sucho.
— Jak sam dobrze wiesz, może to długo potrwać — dodała stanowczo. Wykręciwszy szyję, wyjrzała przez ażurowe okienko w kadłubie za jego plecami, po czym okręciła się, by zerknąć przez takie samo w przedzie kabiny. Mijali długie kamienne mola wystające z kamiennego nabrzeża; w przedzie widziała jedynie kolejne przystanie i miasto połyskujące bielą w popołudniowym słońcu. — Dokąd płyniemy? — spytała półgłosem.
— Powiedziałem im, że mają nas wysadzić na brzegu, gdy tylko wciągnę cię na pokład — odparł Lan. — Wydawało się, że najlepiej będzie jak najszybciej uciec od rzeki.
— Ty...? — Zacisnęła zęby. On nie wiedział, dokąd ona płynęła, ani dlaczego, zrobił to, co mógł, na podstawie najlepszej wiedzy, jaką dysponował. I uratował jej życie. — Jeszcze nie mogę wrócić do miasta, Lan. — Odkaszlnęła i zmieniła ton. Nieważne, jak delikatnie musiała się z nim obchodzić, cała ta słodycz mogła sprawić, że znowu zrobi jej się mdło. — Muszę się dostać do statku Ludu Morza, do “Biegnącej z Wiatrem”. — Znacznie lepiej, ton lekki, ale nie za lekki i stanowczy.
— Nynaeve, płynąłem tuż za twoją łodzią. Widziałem, co się stało. Byłaś pięćdziesiąt kroków przede mną, a potem pięćdziesiąt kroków za mną, tonęłaś. To musiał być ogień stosu. — Nie musiał już nic dodawać, powiedziała to za niego, a zresztą i tak wiedziała więcej niż on.