— Moghedien! — zawołała bez tchu. Och, to mógł być jakiś inny Przeklęty, ewentualnie któraś z Czarnych Ajah, ale ona wiedziała. Cóż, pokonała Moghedien, nie raz, ale dwa razy. Mogła ją pokonać trzeci raz, jeśli to się okaże konieczne. Najwidoczniej jednak jej twarz nie wyrażała tego przekonania.
— Nie bój się — powiedział Lan, dotykając jej policzka. — Nigdy się nie bój, kiedy ja jestem blisko. Jeśli będziesz musiała stanąć twarzą w twarz z Moghedien, to już ja dopilnuję, byś była dostatecznie zła, by przenieść. Jak się zdaje, posiadam pewne talenty w tym kierunku.
— Nigdy więcej mnie nie rozzłościsz — zaczęła i urwała, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczyma. — Nie jestem zła — dodała powoli.
— Nie teraz, ale kiedy będziesz musiała...
— Nie jestem zła — roześmiała się. Z zachwytem kopnęła nogą i uderzyła go pięściami w pierś, zaśmiewając się. Wypełnił ją saidar, nie tylko dzięki życiu i radości, ale tym razem również z przejęcia. Pogładziła go po policzku lekkimi jak puch splotami Powietrza. — Nie jestem zła, Lan.
— Nie masz już blokady. — Uśmiechnął się szeroko, podzielając jej zachwyt, ale ten uśmiech nie dodał ciepła jego oczom.
“Zajmę się tobą, Lanie Mandragoran” — obiecała sobie w duchu. — “Nie pozwolę ci umrzeć”. Wsparłszy się na jego piersi, wpadła na pomysł, że go pocałuje i nawet... “Nie jesteś Calle Coplin” — powiedziała sobie stanowczo.
Nagle przyszła jej do głowy pewna straszna myśl. Tym bardziej wydała jej się straszna, że nie wpadła na nią wcześniej.
— Co z wioślarzami? — spytała cicho. — Z moją ochroną? — Westchnęła, gdy bez słowa pokręcił głową. Osobista ochrona. Światłości, to oni potrzebowali jej ochrony, a nie na odwrót. Kolejne cztery zgony, za które należało winić Moghedien. Cztery, oprócz tych wszystkich tysięcy, jednak te ofiary były bardziej osobiste. Nie zamierzała jednak załatwiać porachunków z Moghedien w tym akurat momencie.
Powstawszy, zaczęła sprawdzać, co mogłaby począć ze swoim odzieniem.
— Lan, czy mógłbyś kazać załodze zawrócić? Każ im wiosłować, ile tylko mają sił. — W takim stanie nie pokaże się w pałacu przed zapadnięciem zmroku. — I dowiedz się też, czy któryś z nich ma grzebień. — Nie pokaże się Neście w takim stanie.
Lan podniósł kaftan i miecz, po czym ukłonił się przed nią.
— Jak każesz, Aes Sedai.
Wydymając wargi, patrzyła, jak drzwi zamykają się za nim. Czy on się z niej wyśmiewał? Była gotowa się założyć, że ktoś na “Biegnącej z Wiatrem” mógłby dać im ślub. I na podstawie tego, co sama przeżyła wśród Ludu Morza, nie miała najmniejszych wątpliwości, iż Lan Mandragoran obieca zrobić to, co mu każą. Zobaczymy wtedy, kto się będzie śmiał.
Łódź zaczęła zawracać, kołysząc się i podskakując, a razem z nią podskakiwał żołądek Nynaeve.
— O Światłości! — jęknęła, padając na ławę. Dlaczego nie utraciła tego wszystkiego razem z blokadą? Trzymanie saidara, razem ze świadomością każdego dotyku powietrza na skórze, dodatkowo wszystko pogarszało. Wypuszczenie Źródła na nic się nie zdało. Nie będzie znowu chorowała. Sprawi, że Lan będzie należał do niej, raz na zawsze. Ten dzień jeszcze okaże się cudownym dniem. Żeby tylko zniknęło to przeczucie nadciągającej burzy.
Słońce wisiało już ponuro ponad dachami domów, kiedy Elayne zastukała do drzwi. Świętujący tańczyli i pląsali na ulicy za jej plecami, wypełniając powietrze śmiechem, pieśnią i wonią perfum. W głębi serca pożałowała, że nie miała okazji naprawdę cieszyć się świętem. Byłoby zabawnie wdziać taki kostium jak Birgitte. Czy choćby taki, jaki widziała na Riselle, jednej z pokojówek Tylin. Pod warunkiem, że nie musiałaby zdejmować z twarzy maski. Zastukała jeszcze raz, mocniej.
Drzwi otworzyła siwowłosa pokojówka z mocno zaznaczoną szczęką, na jej twarzy odmalowała się nagła furia, kiedy Elayne zsunęła swoją zieloną maskę.
— To ty! Co ty tu znowu...! — Furia ustąpiła miejsca upiornej bladości, kiedy Merilille, Adelas i pozostałe zdjęły swoje maski. Kobieta wzdrygała się na widok każdej odsłaniającej się kolejno twarzy tak charakterystycznie wyzbytej piętna upływu lat, nawet u Sareithy. Być może już po prostu zobaczyła to, co miała zobaczyć.
Wydawszy nagły okrzyk, pokojówka usiłowała zatrzasnąć drzwi, ale Birgitte przepchnęła się obok Elayne, otwierając je na powrót ozdobionym piórami ramieniem. Służąca zrobiła kilka chwiejnych kroków w tył, po czym opamiętała się, ale obojętnie, czy chciała uciekać czy krzyczeć, Birgitte ją ubiegła, chwytając pod ramię.
— Spokojnie — powiedziała stanowczym tonem. — Nie chcemy żadnej awantury ani pokrzykiwania, prawda? — Zdawało się, że ona tylko trzyma kobietę za rękę, niemalże ją wspierając, ale ta stała rzeczywiście bardzo prosto i bardzo spokojnie. Wpatrując się szeroko rozwartymi oczyma w zwieńczoną pióropuszem maskę trzymającej ją kobiety, powoli potrząsnęła głową.
— Jak ci na imię? — spytała Elayne, podczas gdy wszystkie wtłoczyły się do holu. Zamknięte drzwi zagłuszyły harmider dobiegający z zewnątrz. Oczy pokojówki przemykały od jednej twarzy do drugiej, jakby nie potrafiła na żadnej zatrzymać wzroku.
— C-c-cedora.
— Zaprowadź nas do Reanne, Cedora. — Tym razem Cedora przytaknęła, z taką minę, jakby zaraz miała zacząć płakać.
Cedora sztywnymi krokami poprowadziła je na górę, Birgitte nadal trzymała ją za rękę. Elayne zastanawiała się, czy nie kazać jej, by puściła tę kobietę, ale ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyła, było podnoszenie larum, przez co mieszkańcy domu rozbiegliby się we wszystkich kierunkach. Birgitte użyła więc swych mięśni, a Elayne dzięki temu nie musiała przenosić. Pomyślała, że Cedora jest bardziej przestraszona niż obolała i że, tak czy owak, tego wieczoru wszyscy tutaj będą się co najmniej odrobinę bali.
— T-t-tutaj — wyjąkała Cedora, wskazując skinieniem głowy jakieś czerwone drzwi. Drzwi do izby, w której ona i Nynaeve odbyły tamtą niefortunną rozmowę. Otworzyła je i weszła do środka.
Była tam Reanne, siedziała przed kominkiem rzeźbionym w przedstawienia Trzynastu Grzechów, a oprócz niej tuzin kobiet, których Elayne nigdy przedtem nie widziała; zajmowały wszystkie krzesła pod jasnozielonymi ścianami; były zlane potem, bo wszystkie okna zawarto na głucho, a zasłony zaciągnięto. Większość nosiła suknie uszyte na modłę obowiązującą w Ebou Dar, mimo iż tylko jedna miała skórę o oliwkowej karnacji; na twarzach większości widniały zmarszczki i włosy prószyła siwizna. Wszystkie co do jednej potrafiły przenosić, w mniejszym lub większym stopniu. Siedem nosiło czerwony pas. Wbrew sobie westchnęła. Kiedy Nynaeve miała rację, to tak często cię o tym informowała, aż miałaś ochotę krzyczeć.
Reanne poderwała się na równe nogi, z czerwoną ze złości twarzą, podobnie jak Cedora i jej pierwsze słowa też były niemalże identyczne:
— To ty! Jak śmiesz mi pokazywać swoją twarz...? — Słowa i furia równie szybko zamarły, kiedy tuż za Elayne do izby weszła Merilille wraz z pozostałymi. Jasnowłosa kobieta w czerwonym pasie i śmiałym dekolcie wydała jakiś słaby okrzyk, po czym oczy zapadły jej się w głąb czaszki i osunęła się bezwładnie na swoje czerwone krzesło. Żadna nie wykonała nawet ruchu, żeby jej pomóc. Żadna nawet nie spojrzała na Birgitte, gdy ta prowadziła Cedorę do kąta i tam ją ustawiła. Omal nie przestały oddychać. Elayne miała wielką ochotę krzyknąć “bu!”, żeby sprawdzić, co się stanie.
Reanne zachwiała się, twarz jej kompletnie zbladła, wyraźnie próbowała się jakoś pozbierać, ale z niewielkim powodzeniem. Dopiero po chwili ogarnęła wzrokiem pięć Aes Sedai o chłodnych twarzach, które ustawiły się w szeregu przed drzwiami i zadecydowała, która jest najważniejsza. Chwiejnym krokiem przeszła po płytkach posadzki do Merilille i padła na kolana, z pochyloną głową.