Выбрать главу

— Wybacz nam, Aes Sedai. — Jej głos był pełen czci, niósł jednak w sobie niewiele więcej siły niż przedtem miały jej kolana. W rzeczy samej bełkotała. — Jesteśmy tylko grupką przyjaciółek. Nic nie zrobiłyśmy, zwłaszcza nic, by zdyskredytować Aes Sedai. Przysięgam, że to prawda, cokolwiek ta dziewczyna opowiadała. Powiedziałybyśmy ci o niej, ale bałyśmy się. Spotykamy się tylko na pogawędki. Ona ma przyjaciółkę, Aes Sedai. Czy ją też złapałyście? Potrafię ją opisać, jeśli chcesz, Aes Sedai. Zrobimy wszystko, co tylko sobie zażyczysz. Przysięgam, my...

Merilille chrząknęła głośno.

— Nazywasz się Reanne Corly, jak mniemam? — Reanne wzdrygnęła się i wyszeptała, że istotnie tak się nazywa, nadal wpatrując się w posadzkę pod stopami Szarej siostry. — Obawiam się, że swe słowa winnaś zaadresować przede wszystkim do Elayne Sedai, Reanne.

Reanne nerwowo podniosła głowę w sposób wyrażający pełne zmieszanie. Zagapiła się na Merilille, a potem powoli skierowała oczy, które nie mogły chyba już być większe, w stronę Elayne. Oblizała wargi. Zrobiła głęboki długi wdech. Obróciwszy się na kolanach, by znaleźć się twarzą do Elayne, raz jeszcze skłoniła głowę.

— Dopraszam się wybaczenia, Aes Sedai — powiedziała ołowianym głosem. — Nie wiedziałam. Nie mogłam... — Jeszcze jeden długi bezradny wdech. — Naturalnie przyjmę pokornie wszelką karę, jaką wyznaczysz, ale proszę, błagam, uwierz...

— Och, wstańże — przerwała jej zniecierpliwiona Elayne. Chciała wprawdzie zmusić tę kobietę, by ta oddała jej należny szacunek tak samo, jak przedtem Merilille i wszystkie pozostałe, ale zemdliło ją od tego płaszczenia. — O tak. Powstań. — Zaczekała, aż Reanne usłucha, po czym podeszła do krzesła tej kobiety i usiadła na nim. Całe to tarzanie się nie było potrzebne, ale nie życzyła sobie żadnych wątpliwości odnośnie do tego, kto tu dowodzi. — Nadal zaprzeczasz, że wiesz cokolwiek na temat Czary Wiatrów, Reanne?

Reanne rozłożyła ręce.

— Aes Sedai — wybąkała niewinnym tonem — żadna z nas nigdy nie użyłaby ter’angreala, a tym bardziej angreala albo sa’angreala. — Niewinna i czujna jak lis w mieście. — Zapewniam cię, nie udajemy, że jesteśmy kimkolwiek zbliżonym do Aes Sedai. Jesteśmy tylko taką grupką przyjaciółek, jak widzisz, związanych tym, że kiedyś zostałyśmy wpuszczone do Białej Wieży. To wszystko.

— Tylko kilka przyjaciółek — powtórzyła sucho Elayne znad złączonych palców dłoni. — W tym oczywiście Garenia. I Berowin, Derys i Alyse.

— Tak — odparła z niechęcią Reanne. — I one.

Elayne bardzo wolno pokręciła głową.

— Reanne, Biała Wieża wie o istnieniu Rodziny. Wieża zawsze wiedziała. — Ciemna kobieta o wyglądzie Tairenianki, mimo iż miała na sobie kamizelę z niebiesko-białego jedwabiu z pieczęcią gildii złotników, wydała zduszony okrzyk i przycisnęła obie pulchne dłonie do ust. Szczupła, siwiejąca Saldaeanka w czerwonym pasie zgarbiła się z westchnieniem, po czym przyłączyła się do siwowłosej kobiety na posadzce, a dwie inne również się słaniały, jakby i one miały zaraz zemdleć.

Reanne popatrzyła na siostry stojące pod drzwiami w poszukiwaniu potwierdzenia i dostrzegła je, tak jej się przynajmniej zdawało. Twarz Merilille była bardziej lodowata niż spokojna, a Sareitha skrzywiła się, zanim zdążyła się powstrzymać. Vandene i Careane zaciskały usta i nawet Adelas zdawała się brać w tym udział, bo kręciła głową, przyglądając się kobietom pod ścianami takim wzrokiem, jakby przyglądała się nieznanym jej owadom. Rzecz jasna między tym, co zobaczyła Reanne, a tym, co istniało naprawdę, była poważna różnica. One wszystkie zaakceptowały decyzję Elayne, ale żadna liczba tych “Tak, Elayne...” nie mogła sprawić, by im się to spodobało. Byłyby tu zresztą już dwie godziny wcześniej, gdyby nie mnogość tych wtrącanych “Ależ, Elayne...” Czasami przewodzenie sprowadzało się do pędzenia stada.

Reanne nie zemdlała, ale z twarzą wyrażającą przerażenie, podniosła ręce w górę w błagalnym geście.

— Czy zamierzacie zniszczyć Rodzinę? Dlaczego teraz, po tak długim czasie? Co takiego zrobiłyśmy, że uwzięłyście się na nas właśnie teraz?

— Nikt was nie zniszczy — obiecała jej Elayne. — Careane, ponieważ żadna najwyraźniej nie zamierza pomóc tym dwóm, może ty byś się tym zajęła? — Izbę ogarnęło nagłe poruszenie, wśród podskoków i podnieconych szeptów dwie kobiety przycupnęły nad tymi, które zemdlały, unosząc ich głowy i wymachując im pod nosem pachnącymi solami, zanim Careane zdążyła dać choćby krok. — Zasiadająca na Tronie Amyrlin życzy sobie, by każda kobieta, która potrafi przenosić, związała się z Wieżą — ciągnęła Elayne. — Oferta jest otwarta dla każdej członkini Rodziny, która zechce ją przyjąć.

Gdyby utkała sploty Powietrza wokół każdej z tych kobiet, nie zastygłyby bardziej nieruchomo. Gdyby zacisnęła te sploty, nie wybałuszyłyby oczu mocniej. Jedna z kobiet, które zemdlały, raptownie nabrała oddechu i zakasłała, odpychając maleńką fiolkę z solami trzeźwiącymi, którą trzymano pod jej nosem zbyt długo. To jakby obudziło je wszystkie, wywołując nagłą powódź głosów.

— To mimo wszystko możemy zostać Aes Sedai? — spytała podnieconym głosem Tairenianka w kamizeli złotnika, w tym samym momencie, w którym kobieta o krągłej twarzy, z czerwonym pasem co najmniej dwakroć tak długim jak pasy pozostałych, wybuchnęła:

— One będą nas uczyć? Znowu będą nas uczyć? — Powódź ożywionych bolesnym pragnieniem głosów. — Czy naprawdę możemy... — To one naprawdę nam pozwolą? — Dobiegało ze wszystkich stron.

Reanne natarła na nie zapalczywie.

— Ivana, Sumeko, zapominacie się wszystkie! Odzywacie się w obecności Aes Sedai! Odzywacie się! W obecności! Aes! Sedai! — Cała drżąc, przesunęła dłonią po twarzy. Zapadło pełne zakłopotania milczenie. Wszystkie spuściły oczy, a na ich policzkach wykwitły rumieńce. Mimo tych pomarszczonych twarzy, tych siwych i wręcz białych jak mleko włosów, Elayne nie mogła odegnać natrętnego obrazu walk na poduszki, na jakich przyłapywała nowicjuszki ich Mistrzyni po wybiciu Komplety.

Reanne z wahaniem popatrzyła na nią ponad czubkami palców przytkniętych do ust.

— Czy naprawdę będzie nam wolno wrócić do Wieży? — wymamrotała w dłoń.

Elayne przytaknęła.

— Te, które są zdolne nauczyć się tyle, by zostać Aes Sedai, dostaną taką szansę, ale poza tym znajdzie się miejsce dla wszystkich. Dla każdej kobiety, która potrafi przenosić.

W oczach Reanne rozbłysły łzy. Elayne nie była pewna, ale miała wrażenie, że wyszeptała: “Mogę zostać Zieloną”. Z trudem się powstrzymała, by nie podbiec do niej i nie wziąć jej w ramiona.

Żadna z pozostałych Aes Sedai nie pokazała po sobie, że poddaje się emocjom, a i Merilille z pewnością została stworzona z wyjątkowo twardego tworzywa.

— Czy wolno mi zadać pytanie, Elayne? Reanne, ile z... was zabierzemy? — bez wątpienia to chwilowe zawieszenie głosu stanowiło zamianę za “ile dzikusek i kobiet, którym się nie powiodło za pierwszym razem”.

Jeżeli Reanne zauważyła, tudzież nabrała jakichś podejrzeń, to albo zignorowała je, albo zupełnie jej to nie obeszło.

— Nie uwierzę, że są takie, które by odrzuciły ofertę — odparła bez tchu. — Posłanie wieści do wszystkich zabierze trochę czasu. Żyjemy rozproszone, rozumiecie, żeby... — Roześmiała się, trochę nerwowo i nadal bliska łez. — ...żeby Aes Sedai nas nie zauważyły. Obecnie w wykazie figurują tysiąc siedemset osiemdziesiąt trzy nazwiska.