Выбрать главу

— Nikomu, matko — zapewniła ją pospiesznie Covarla. Żarliwie pokiwała głową, zadowolona, że coś jednak zrobiła właściwie. — Wjechałam do miasta samotnie i ukrywałam twarz dopóty, dopóki nie dotarłam do Alviarin. Gawyn zamierzał mi towarzyszyć, ale straże na moście nie chciały przepuścić żadnego z Młodych.

— Zapomnij o Gawynie Trakand — rozkazała jej zniecierpliwionym tonem Elaida. Ten młodzieniec pozostał przy życiu, chyba tylko po to, żeby pokrzyżować jej plany. Galina, jeżeli się okaże, że jednak ocalała, zapłaci również za to niedopatrzenie, nie wspominając już o ucieczce al’Thora. — Wyjedziesz z miasta ukradkiem, tak jak wjechałaś, córko, i dobrze się ukryjesz wraz z pozostałymi w jednej z wiosek po drugiej stronie mostów, dopóki po was nie poślę. Myślę, że Dorlan doskonale do tego celu się nada. — Będą musiały spać w stodołach, bo w tej maleńkiej osadzie nie było żadnej karczmy, ale na to akurat sobie zasłużyły — bałaganem, jaki spowodowały. — Idź już sobie. I módl się, by któraś z tych, które stały ponad tobą, pojawiła się jak najprędzej. Komnata zażąda rozliczenia z tej niesłychanej katastrofy, a obecnie najwyraźniej na ciebie spada główne odium winy. No idź!

Twarz Covarli zbielała. Elaida miała wrażenie, że tamta zaraz upadnie, bowiem kiedy szła do wyjścia, nogi niemalże się pod nią uginały. Otaczały ją same idiotki, zdrajczynie i niezguły!

Gdy tylko usłyszała, że zewnętrzne drzwi się zamykają, odrzuciła robótkę, poderwała się na równe nogi i ruszyła na Alviarin.

— Dlaczego nie usłyszałam o tym wcześniej? Jeżeli al’Thor uciekł... kiedy, powiedziałaś? Siedem dni temu?... jeżeli uciekł siedem dni temu, to jacyś informatorzy musieli go widzieć. Dlaczego mnie o tym nie poinformowano?

— Mogę ci przekazać jedynie to, czego dowiem się od Ajah, matko. — Alviarin spokojnie poprawiła stułę, nawet odrobinę nie wytrącona z równowagi. — Czy naprawdę chcesz doprowadzić do trzeciego pogromu, starając się odbić pojmane?

Elaida parsknęła lekceważąco.

— Naprawdę wierzysz, że dzikuski górują nad Aes Sedai? Galina dała się wziąć z zaskoczenia, nie mogło być inaczej. — Skrzywiła się. — Co masz na myśli, mówiąc o “trzecim pogromie”?

— Nie słuchałaś, matko. — O dziwo, Alviarin usiadła, mimo iż nie udzielono jej pozwolenia, zakładając nogę na nogę i spokojnie poprawiając spódnice. — Covarla twierdzi, że może jakoś by się obroniły przeciwko dzikuskom, choć ja żadną miarą nie podzielam jej pewności, ale problem stanowili ci dziwni mężczyźni. Kilkuset mężczyzn w czarnych kaftanach, wszyscy przenosili. Tego akurat była absolutnie pewna i pozostałe też zdają się nie mieć najmniejszych wątpliwości. “Żywa broń”, tak ich nazwała. Moim zdaniem omal nie narobiła ze strachu na samo tylko wspomnienie.

Elaida wstała, jakby uderzona obuchem. Kilkuset?

— To niemożliwe. Nie może być ich więcej jak... — Podeszła do stołu — który wyglądał, jakby w całości zrobiono go z kości słoniowej oraz złoceń — i nalała winnego ponczu do kielicha. Brzeg kryształowego dzbana zaszczękał o kryształ naczynia i prawie połowa ponczu wylała się na złotą tacę.

— Al’Thor potrafi Podróżować — rzekła nagle Alviarin — a zatem wydaje się logiczne, że co najmniej kilku spośród tych mężczyzn też to potrafi. Covarla jest prawie pewna, że takim właśnie sposobem tam przybyli. Podejrzewam, że raczej mocno się zdenerwował tym, jak go potraktowano. Covarlę najwyraźniej nieco to niepokoi, dała do zrozumienia, że inne siostry również. Niewykluczone, że dojdzie do wniosku, iż powinien ci się jakoś odpłacić. A nie byłoby miło, gdyby ci mężczyźni znienacka pojawili się znikąd w Wieży, nieprawdaż?

Elaida w zasadzie jednym ruchem wlała sobie resztę ponczu w gardło. Galina została poinstruowana, aby podjąć kroki mające zapewnić uległość al’Thora. Gdyby tu przybył, by wziąć odwet... jeżeli tam były naprawdę setki mężczyzn, którzy potrafili przenosić, albo nawet choćby tylko stu... Myśleć! Musi pomyśleć!

— Myślę, że gdyby rzeczywiście mieli przybyć, to już by tu byli. Nie zmarnowaliby okazji zrobienia nam niespodzianki. Być może zresztą al’Thor nie życzy sobie konfrontacji z całą Wieżą. Przypuszczam, że tamci wrócili do Caemlyn, do tej ich Czarnej Wieży. Co, obawiam się, oznacza z kolei, że Toveine czeka bardzo nieprzyjemna niespodzianka.

— Wystosuj do niej rozkaz, na piśmie, że ma natychmiast wracać — odrzekła ochryple Elaida. Poncz wcale nie pomagał. Odwróciła się i wzdrygnęła, widząc stojącą tuż przed nią Alviarin. Może nie było ich nawet stu... Nawet stu? O zachodzie słońca dziesięciu wydawałoby się czystym szaleństwem, jednak nie mogła ryzykować. — Napisz do niej, Alviarin. Teraz, natychmiast.

— A w jaki sposób dostarczyć list? — Alviarin przekrzywiła głowę z lodowatym zainteresowaniem. Z jakiegoś powodu jej usta wykrzywiał nieznaczny uśmieszek. — Żadna z nas nie potrafi Podróżować. Statki wiozące Toveine i jej oddział do Andoru wkrótce przybędą na miejsce, o ile już się to nie stało. Kazałaś jej podzielić oddział na niewielkie grupki i unikać wiosek, żeby nikogo nie zaalarmować. Nie, Elaido, obawiam się, że Toveine skrzyknie swoje posiłki, kiedy już dotrą w okolice Caemlyn, i przypuści atak na Czarną Wieżę, nie odebrawszy od nas żadnych wieści.

Elaidzie aż zaparło dech. Ta kobieta właśnie zwróciła się do niej po imieniu! Zanim jednak zdążyła wybuchnąć wściekłością, nadeszło jeszcze gorsze...

— Moim zdaniem znalazłaś się w wielkich tarapatach, Elaido. — Zimne oczy wpatrywały się w jej oczy, a z uśmiechniętych warg wylewał się gładko potok lodowatych słów. — Prędzej czy później, Komnata dowie się o klęsce z al’Thorem. Galina być może jakoś ugłaskałaby Komnatę, ale wątpię, czy uda się to Covarli; będą chciały, by ktoś... wyżej postawiony... zapłacił... I, prędzej czy później, dowiemy się wszystkie o losie Toveine. A wtedy trudno będzie dźwignąć ciężar odpowiedzialności. — Niedbałym ruchem poprawiła stułę Amyrlin na ramionach Elaidy. — W rzeczy samej okaże się to niemożliwe, jeśli się wkrótce dowiedzą. Ujarzmią cię, zrobią z ciebie przykład tak samo, jak ty chciałaś postąpić z Siuan Sanche. Może jednak jest jeszcze czas na to, aby się uratować z opresji, pod warunkiem wszak, że posłuchasz swojej Opiekunki. Musisz przyjąć dobrą radę.

Elaida miała wrażenie, że język stanął jej kołkiem. Pogróżka nie mogła zostać wyrażona jaśniej.

— To, co usłyszałaś dziś wieczorem, jest Zapieczętowane dla Płomienia — powiedziała zduszonym głosem, ale wiedziała, że te słowa na nic się nie zdadzą, jeszcze zanim opuściły jej usta.

— Jeżeli zamierzasz odrzucić moją radę... — Alviarin urwała, po czym zaczęła się odwracać.

— Zaczekaj! — Elaida opuściła rękę, którą nieświadomie wyciągnęła. Pozbawiona stuły. Ujarzmiona. I potem jeszcze będą dokładały wszelkich starań, żeby nawet na chwilę nie przestała skowytać. — Co...? — Musiała urwać i przełknąć ślinę. — Jaką to radę oferuje moja Opiekunka? — Musiał istnieć jakiś sposób, by do tego nie dopuścić.

Alviarin westchnęła i znowu stanęła tuż przy niej. Bliżej, wręcz o wiele za blisko niż komukolwiek wolno było stawać przed Amyrlin: ich spódnice niemalże się dotykały.

— Obawiam się, że musisz zostawić Toveine na pastwę losu, przynajmniej w tej chwili. A także Galinę i wszystkie inne, które zostały wzięte do niewoli, czy to przez Aielów czy to przez Asha’manów. Obecnie wszelka próba ich odbicia będzie oznaczała odkrycie się.