Выбрать главу

Elaida powoli skinęła głową.

— Tak. Rozumiem to. — Nie potrafiła oderwać przerażonych oczu od rozkazującego spojrzenia tamtej. Musi istnieć jakiś sposób! To się przecież nie może dziać naprawdę!

— I wydaje mi się, że czas już najwyższy, abyś ponownie przemyślała swoją decyzję odnośnie do Gwardii Wieży. Czy naprawdę nie sądzisz, że mimo wszystko Gwardia powinna powiększyć swe szeregi?

— Ja... teraz już rozumiem, dlaczego należy to zrobić. — Światłości, musi myśleć!

— No to bardzo dobrze — mruknęła Alviarin i Elaida zaczerwieniła się z bezsilnej złości. — Jutro osobiście przeszukasz izby Josaine i Adelorny.

— Dlaczego, na Światłość, miałabym...?

Alviarin znowu szarpnęła za jej prążkowaną stułę, tym razem brutalnie, jakby chciała ją zerwać albo wręcz przeciąć nią szyję Elaidy.

— Wydaje się, że Josaine znalazła przed kilku laty pewien angreal i nigdy go nie przekazała. Adelorna zrobiła coś jeszcze gorszego, obawiam się. Bez zezwolenia zabrała jakiś angreal z jednej z przechowalni. Kiedy już je znajdziesz, bezzwłocznie ogłosisz, jaką wyznaczasz im karę. Coś naprawdę nieprzyjemnego. I jednocześnie wymienisz Doraise, Kiyoshi i Farellien jako wzór poszanowania prawa. Każdej ofiarujesz jakiś prezent; dobre nowe wierzchowce wystarczą.

Elaida zaczęła się obawiać, że oczy zaraz wyskoczą jej z orbit.

— Dlaczego? — Od czasu do czasu któraś siostra zatrzymywała angreal dla siebie, łamiąc tym samym prawo, ale karą rzadko kiedy było coś więcej niż surowe trzepnięcie po palcach. Wszystkie siostry wiedziały, co to pokusa. I jeszcze tamto! Wniosek był oczywisty. Wszystkie będą sądziły, że to Doraise, Kiyoshi i Farellien wydały tamte dwie. Josaine i Adelorna należały do Zielonych, tamte trzy odpowiednio do Brązowych, Szarych i Żółtych. Zielone Ajah będą wściekłe. Mogą nawet spróbować się zemścić na tamtych, co z kolei podburzyłoby ich Ajah, a... — Dlaczego tego chcesz, Alviarin?

— Elaido, doprawdy powinno ci wystarczyć, że taka jest właśnie moja rada. — Drwiący, przyprawiany miodem lód nagle przeobraził się w zimną stal. — Chcę usłyszeć, jak mówisz, że postąpisz tak, jak ci każę. W przeciwnym razie nie ma sensu, bym pracowała na rzecz zachowania stuły na twoim karku. Powiedz to!

— Ja... — Elaida usiłowała odwrócić wzrok. Och Światłości, musiała myśleć! Żołądek zacisnął jej się w supeł. — Zrobię-to-co-mi-każesz.

Alviarin uśmiechnęła się lodowato.

— No i sama widzisz, wcale tak mocno nie bolało. — Zrobiła nagle krok w tył, rozpościerając spódnice i dygając niezbyt głęboko. — Za twoim przyzwoleniem, pójdę już sobie, abyś mogła zaznać trochę snu, póki coś jeszcze zostało z nocy. Rankiem musisz wstać wcześnie, żeby wydać rozkazy Wysokiemu Kapitanowi Chubainowi i zająć się przeszukiwaniem apartamentów. Musimy też zadecydować, kiedy powiadomimy Wieżę o Asha’manach. — Ton głosu dawał jasno do zrozumienia, że ona sama o tym zadecyduje. — I, być może, powinnyśmy zacząć planować nasz następny krok przeciwko al’Thorowi. Już najwyższy czas, by Wieża jasno określiła swe stanowisko i przywołała go do porządku, nie sądzisz? Dobrze się zastanów. Życzę ci dobrej nocy, Elaido.

Oszołomiona, bliska wymiotów, Elaida patrzyła, jak tamta wychodzi. Jasno określić stanowisko? To byłoby zaproszenie do ataku ze strony tych — jak ta kobieta ich nazwała? — tych Asha’manów. To nie mogło się jej przydarzyć. Nie jej! Zanim do niej dotarło, co robi, cisnęła pucharem przez całą długość pokoju i ten roztrzaskał się o gobelin z kwiatami. Pochwyciwszy dzban obiema dłońmi, uniosła go nad głowę z okrzykiem wściekłości i też nim rzuciła, rozbryzgując poncz na wszystkie strony. W Przepowiedni było tyle pewności! To ona będzie...!

Nagle znieruchomiała, ze skrzywionymi ustami wpatrzona w drobniutkie kryształowe okruchy, które przywarły do gobelinu i większe rozsiane po posadzce. Jej triumf! Alviarin mogła odnieść pomniejsze zwycięstwo, ale przyszłość należała do Elaidy. Pod warunkiem, że uda się jakoś pozbyć Alviarin. Ale to należało zrobić po cichu, w taki sposób, żeby nawet Komnata zapragnęła całkowitego milczenia w tej sprawie. W taki sposób, który nie będzie wskazywał na Elaidę, jeśli sprawy zajdą za daleko, a Alviarin coś zwietrzy. I nagle ją olśniło. Alviarin by nie uwierzyła, nawet gdyby jej powiedziano. Nikt by nie uwierzył.

Gdyby Alviarin mogła w tym momencie widzieć uśmiech Elaidy, to jej kolana zamieniłyby się w galaretę. Zanim Elaida ziści swój zamiar, Alviarin będzie zazdrościła Galinie, bez względu na to, czy tamta jest żywa czy martwa.

Alviarin przystanęła na korytarzu zaraz za drzwiami apartamentów Elaidy i przyjrzała się swoim dłoniom w świetle stojących lamp. Nie trzęsły się, co ją zdziwiło. Spodziewała się, że ta kobieta będzie walczyła bardziej zażarcie, że będzie dłużej się opierała. Niemniej, oto zaczęło się, a ona nie miała powodów do obaw. Chyba że do Elaidy dotrze, iż już wcześniej od chyba pięciu Ajah otrzymała wzmianki o al’Thorze detronizacja Colavaere sprawiła, że wszystkie agentki rzuciły się do piór. Nie, nawet gdyby Elaida się dowiedziała, ona i tak będzie bezpieczna, a to dzięki władzy, jaką teraz zyskała nad nią. I dzięki protektorce w osobie Mesaany. Tak czy owak, Elaida była skończona, czy sobie zdawała z tego sprawę czy nie. Nawet jeśli Asha’mani nie będą rozgłaszać wszem wobec, że rozgromili ekspedycję Toveine — a była przekonana, że ją rozgromią, na podstawie tego, co Mesaana opowiadała jej o zdarzeniach, jakie miały miejsce pod Studniami Dumai — wszyscy informatorzy z Caemlyn naprawdę dostaną skrzydeł, kiedy się dowiedzą. Elaidę, chyba że zdarzy się cud, jak na przykład pojawienie się rebeliantek u bram, spotka w ciągu kilku tygodni taki sam los jak Siuan Sanche. W każdym razie zaczęło się, i choć wolałaby wiedzieć, co dokładnie się zaczęło, to tak naprawdę nic już odtąd nie musiała robić, tylko okazywać posłuszeństwo. I być czujna. I uczyć się. Niewykluczone, że kiedy wszystko się skończy, sama przywdzieje stułę z siedmioma paskami.

Seaine umoczyła pióro w kałamarzu oblanym blaskiem porannego słońca zaglądającego przez jej okna, ale nim zdołała napisać pierwsze słowo, drzwi do komnaty otwarły się i do środka zamaszystymi krokami weszła Amyrlin. Seaine uniosła w zaskoczeniu gęste czarne brwi: spodziewałaby się dosłownie każdego, może i nawet samego Randa al’Thora, tylko nie Elaidy. A mimo to odłożyła pióro i powstała z gracją, obciągając srebrno-białe rękawy, które podwinęła, żeby ich nie powalać atramentem. Dygnęła tak, jak powinna dygać przed Amyrlin Zasiadająca w swoich własnych apartamentach.

— Żywię głęboką nadzieję, że nie dowiedziałaś się o jakiejś Białej siostrze, która by ukrywała angreal, Matko. — Pomimo tych wszystkich lat w jej głosie nadal słyszało się nieznaczne pozostałości akcentu z Lugardu. Naprawdę żywiła taką nadzieję i to z całego serca. Najście, jakiego Elaida dokonała na Zielone kilka godzin temu, kiedy większość z nich jeszcze spała, prawdopodobnie nadal stanowiło powód do szlochów i zgrzytania zębami. Żadna w pamięci żyjących nie została wychłostana za przetrzymywanie angreala, a teraz miały zostać ukarane dwie. Amyrlin musiała paść ofiarą jednego ze swych osławionych ataków lodowatej furii.

Nawet jeśli tak było, to teraz nie pozostało po nim ani śladu. Przez chwilę przypatrywała się Seaine w milczeniu, chłodna jak zimowy sad w tych swoich jedwabiach z czerwonymi cięciami, po czym posuwistymi krokami podeszła do rzeźbionego kredensu, na którym stały miniaturowe portrety członków rodziny Seaine, namalowane na kości słoniowej. Wszyscy pomarli przed wielu laty, ale ona nadal kochała każdego, bez wyjątku.