Oczy Pevary, tak ciemne jak z kolei jej intensywnie niebieskie, stały się nagle niczym kamień, niewidzącym spojrzeniem omiotła półkę ponad kominkiem, na której w idealnie równym szeregu stały miniaturowe portrety członków jej rodziny. Wszyscy oni odeszli z tego świata, kiedy jeszcze była nowicjuszką, rodzice, bracia i siostry, ciotki, wujkowie i reszta, pomordowani w szybko stłumionym powstaniu Sprzymierzeńców Ciemności, którzy uwierzyli, że Czarny lada chwila wyrwie się na wolność. Dlatego właśnie Seaine była tak pewna, że może jej zaufać. Dlatego właśnie Pevara wybrała Czerwone — aczkolwiek Seaine nadal uważała, że radziłaby sobie lepiej i byłaby szczęśliwsza jako Zielona — ponieważ wierzyła, że Czerwona polująca na mężczyzn, którzy potrafią przenosić, dysponuje większymi możliwościami znajdowania Sprzymierzeńców Ciemności. Była w tym bardzo dobra, pulchna sylwetka kryła wewnątrz stalowy rdzeń. I miała też odwagę, by spokojnie powiedzieć to, czego Seaine nie była zdolna wymówić.
— Czarne Ajah. No cóż. Nic dziwnego, że Elaida była ostrożna.
— Pevaro, wiem, że ona zawsze zaprzeczała ich istnieniu o wiele bardziej zdecydowanie niż dowolne trzy siostry razem wzięte, ale jestem raczej pewna, że to właśnie je miała na myśli, a skoro ona jest przekonana...
Jej przyjaciółka zbyła to machnięciem ręki.
— Nie musisz mnie przekonywać, Seaine. Ja sama jestem pewna, że Czarne Ajah istnieją od... — O dziwo, Pevara zaczęła się wahać, zaglądając do swej filiżanki niczym wróżka na jarmarku. — Co wiesz o zdarzeniach, do jakich doszło tuż po zakończeniu Wojny z Aielami?
— Dwie Amyrlin zmarły nagle w przeciągu pięciu lat — odparła ostrożnie Seaine. Zakładała, że ta kobieta mówi o zdarzeniach, które zaszły w Wieży. Prawdę powiedziawszy, dopóki nie wyniesiono jej do godności Zasiadającej przed blisko piętnastu laty, dokładnie rok po Pevarze, nie zwracała szczególnej uwagi na nic, co działo się poza Wieżą. I również nie bardzo dbała o to, co działo się w jej wnętrzu. — Wiele sióstr zmarło w tych latach, jak sobie przypominam. Chcesz powiedzieć, że twoim zdaniem... że maczały w tym palce Czarne Ajah? — Nareszcie. Wymówiła to miano i wcale nie było tak, jakby poparzyło jej język.
— Nie wiem — rzekła cicho Pevara, kręcąc głową. — Udało ci się zagrzebać głęboko w filozofii. Działy się wtedy... pewne rzeczy... Zapieczętowane do Płomienia. — Z zakłopotaniem wciągnęła oddech.
Seaine nie naciskała jej, sama popełniła czyn pokrewny zdradzie, przełamując tę samą pieczęć, a Pevara będzie musiała podjąć decyzję na własną rękę.
— Przejrzenie raportów będzie bezpieczniejsze niż zadawanie pytań, nie mając pojęcia, kogo tak naprawdę pytamy. Logicznie rzecz biorąc, Czarna siostra musi być zdolna do mówienia kłamstw wbrew Przysięgom. — W przeciwnym razie Czarne Ajah zostałyby już dawno ujawnione. Wymawianie tej nazwy zdawało się przychodzić jej coraz łatwiej. — Jeżeli jakaś siostra napisała, że zrobiła jedno, podczas gdy uczyniła coś innego, to znaczy, że znalazłyśmy Sprzymierzeńca Ciemności.
Pevara przytaknęła.
— Tak, ale nie możemy się ograniczać. Być może Czarne Ajah nie maczały rąk w rebelii, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że patrzyłyby spokojnie na całe zamieszanie i nie próbowały z niego skorzystać. Moim zdaniem musimy przejrzeć dokładnie raporty z ubiegłego roku.
Seaine zgodziła się, aczkolwiek z niechęcią. Będzie mniej arkuszy papieru do przeczytania, a za to więcej pytań do zadania odnośnie do ostatnich miesięcy. Z podjęciem decyzji, z kim współpracować przy dochodzeniu, było jeszcze trudniej. Zwłaszcza po tym, jak Pevara powiedziała:
— Wykazałaś się dużą odwagą, że przyszłaś do mnie, Seaine. Wiem, że Sprzymierzeńcy Ciemności zabijają braci, siostry, rodziców, że starają się ukryć, kim są i to, co zrobili. Kocham cię za to, naprawdę byłaś bardzo dzielna.
Seaine zadygotała, jakby gęś przeszła się po jej grobie. Gdyby chciała być odważna, wybrałaby Zielone. Niemalże żałowała, że Elaida nie zwróciła się do kogoś innego. Ale teraz nie było już odwrotu.
33
Kąpiel
Po odesłaniu Perrina dni zdawały się dłużyć Randowi w nieskończoność, a noce w ogóle nie miały końca. Wycofał się do swoich pokoi i zamknął w nich, nakazawszy Pannom, by nikogo nie wpuszczały. Jedynie Nanderze wolno było wchodzić przez drzwi z pozłacanymi słońcami i przynosić mu posiłki. Żylasta Panna stawiała tacę nakrytą serwetą i wymieniała nazwiska tych, którzy chcieli się z nim zobaczyć, po czym spoglądała na niego z wyraźną przyganą, kiedy powtarzał, że z nikim nie będzie się spotykał. Często, zanim zatrzasnęła za sobą drzwi, słyszał nieprzychylne komentarze z ust Panien warujących na zewnątrz; przeznaczone dla jego uszu, w przeciwnym razie użyłyby mowy dłoni. Ale jeśli uznały, że wywabią go z komnat takimi uwagami... Panny nie rozumiały i pewnie nie zrozumiałyby, nawet gdyby im wyjaśnił. Gdyby choć potrafił się zmusić do jakichkolwiek wyjaśnień.
Zabierał się za posiłki bez apetytu i usiłował czytać, ale nawet z ulubionych książek potrafił przeczytać jedynie po kilka stron. Przynajmniej raz dziennie, mimo że sobie obiecywał, że nie będzie tego robił, podnosił w górę masywną szafę z polerowanego czarnego drewna i kości słoniowej, która stała w jego sypialni, przemieszczał ją na bok za pomocą splotów Powietrza i ostrożnie rozplątywał zabezpieczenia, którymi ją otoczył oraz Maskę Zwierciadeł, dzięki której ściana zdawała się gładka, jej sploty bowiem dysponowały zdolnością odwracania obrazu, który tylko jego oczy mogły zobaczyć. Tam, w niszy wydrążonej z użyciem Mocy, stały dwa małe posążki z białego kamienia, o wysokości mniej więcej stopy, mężczyzna i kobieta, każde w zwiewnych szatach i z kulą z przezroczystego kryształu trzymaną w uniesionej nad głową dłoni. Tej samej nocy, której wysłał armię na Illian, wyprawił się samotnie do Rhuidean, by zabrać stamtąd ter’angreale — gdyby znienacka okazały się potrzebne, mogło nie starczyć czasu na ich wydostanie. Przynajmniej tak siebie samego zapewniał. Ręka jakby mimowolnie ruszyła ku figurce brodatego człowieczka, tej jedynej z pary, którą mógł posłużyć się mężczyzna, wyciągnęła się i zatrzymała, cała drżąc. Wystarczyło dotknąć jednym palcem i zaczerpnąłby większą ilość Jedynej Mocy, niż sobie potrafił wyobrazić. Dzięki niej nikt by go nie pokonał, nikt by mu się nie przeciwstawił. Dzięki niej, powiedziała kiedyś Lanfear, mógł rzucić wyzwanie Stwórcy.
— Jest moja zgodnie z prawem — mruczał za każdym razem, z dłonią trzęsącą się tuż obok figurki. — Moja! Ja jestem Smokiem Odrodzonym!
I za każdym razem zmuszał się, by się cofnąć, i na nowo splatał Maskę Zwierciadeł, na nowo splatał niewidzialne pułapki, które spalą na popiół każdego, kto by spróbował przejść je bez klucza. Ogromna szafa sfruwała na miejsce niczym piórko. Był Smokiem Odrodzonym. Ale czy to wystarczało? Musiało wystarczyć.
— Jestem Smokiem Odrodzonym — szeptał niekiedy do ścian, a czasami krzyczał te słowa. — Jestem Smokiem Odrodzonym! — W milczeniu i na głos wściekał się na tych, którzy mu się sprzeciwiali, na tych ślepych durniów, którzy nie widzieli i tych, którzy nie chcieli zobaczyć, powodowani ambicją, chciwością lub strachem. Był Smokiem Odrodzonym, jedyną nadzieją świata w walce z Czarnym. I oby Światłość dopomogła światu.