Выбрать главу

Niemniej te ataki wściekłości i myśli o wykorzystaniu ter’angreala stanowiły jedynie próby ucieczki przed innymi rzeczami i on o tym wiedział. Posilał się samotnie, z każdym dniem coraz bardziej skąpo, starał się czytać, aczkolwiek dość rzadko, i usiłował zażyć snu. Coraz częściej w miarę upływu dni, nie dbając o to, czy słońce już zaszło czy też stało wysoko na niebie. Sen przychodził bolesnymi zrywami, a to, co zadręczało jego umysł na jawie, wkradało się również w sny i budziło zbyt szybko, by zdążył odpocząć. Postawienie tarczy w niczym nie pomagało, z pewnością nie było właściwym sposobem, aby odseparować się od tego, co go od dawna gryzło. Musiał się zmierzyć z Przeklętymi, a prędzej czy później z samym Czarnym. Musiał coś zrobić z durniami, którzy albo usiłowali go zniszczyć, albo uciekali przed nim, podczas gdy jedyną dla nich szansą było stanąć w jednym szeregu. Dlaczego sny nie dawały mu spokoju? Był taki jeden sen, z którego zawsze budził się gwałtownie, zanim nawet zdążył się na dobre zacząć, a potem leżał przepełniony odrazą do samego siebie i zamroczony z niewyspania, ale te inne... Zasługiwał na nie wszystkie, wiedział o tym.

Colavaere stawała nad jego uśpionym ciałem, ze sczerniałą twarzą i z tą samą szarfą, na której się powiesiła, nadal wciśniętą w obrzmiałe tkanki jej szyi. Colavaere, milcząca i oskarżycielska, a za nią wszystkie te Panny, które umarły za niego, ustawione milczącymi szeregami szeroko rozwartych oczu, wszystkie te kobiety, które umarły za niego. Znał każdą z tych twarzy równie dobrze jak własną, znał te imiona, wszystkie co do jednego. Z tych snów budził się z płaczem.

Sto razy ciskał Perrinem na wskroś Wielkiej Komnaty Słońca i sto razy owładały nim płonący strach i wściekłość. Sto razy zabijał Perrina w swoich snach i budził go własny krzyk. Po co ten człowiek wykorzystał w kłótni wzięte do niewoli Aes Sedai? Rand starał się o nich nie myśleć, od samego początku robił, co mógł, by nie zauważać ich istnienia. Były zbyt niebezpieczne, by trzymać je zbyt długo w charakterze jeńców, ale nie miał pojęcia, co z nimi zrobić. Przerażały go. Czasami śniło mu się, że znowu go związano i wpakowano do skrzyni, że Galina, Erian i Katerine wyjmują go z niej na kolejne tortury, śnił i budził się, skowycząc jeszcze wtedy, gdy już wiedział, że ma otwarte oczy, i że to był tylko sen. Przerażały go, ponieważ bał się, że mógłby pozwolić, by strach i gniew wzięły nad nim górę, a wtedy... Starał się nie zastanawiać, co by wtedy zrobił, ale czasami śnił o tym i budził się, cały dygocząc od zimnego potu. Nie zrobi tego. Nieważne, co zrobił dotychczas, tego nie zrobi na pewno.

W snach skrzykiwał Asha’manów, by zaatakowali Białą Wieżę i ukarali Elaidę, wyskakiwał z bramy przepełniony słusznym gniewem i saidinem — i dowiadywał się; że list Alviarin to było kłamstwo, widział ją, jak staje u boku Elaidy, widział też obok nich Egwene i Nynaeve, a nawet Elayne, wszystkie z twarzami Aes Sedai, wszystkie przekonane, że jest zbyt niebezpieczny, aby mu darować wolność. Patrzył na Asha’manów zabijanych przez kobiety, które miały za sobą lata studiowania Jedynej Mocy, nie tylko kilka miesięcy pobierania intensywnych nauk, i z tych snów nigdy nie był w stanie się obudzić, dopóki wszyscy ci mężczyźni w czarnych kaftanach nie poginęli, a on nie został sam, by zmierzyć się z całą potęgą Aes Sedai. Sam jeden.

Cadsuane raz za razem powtarzała tamte słowa o szaleńcach, którzy słyszą głosy, aż w końcu każde cięło niczym bicz, i pod niewidzialnymi ciosami drżał przez sen. W snach i na jawie wzywał Lewsa Therina, krzyczał na niego, wrzeszczał na niego, ale odpowiadało mu tylko milczenie. Sam. Samotny. Maleńki tobołek wrażeń i emocji w zakamarku umysłu, poczucie obecności Alanny, niemalże równie intensywne jak dotyk, powoli stawało się pociechą. Z wielu względów to przerażało go najbardziej.

Czwartego ranka obudził się odurzony ze snu o Białej Wieży, podnosząc rękę, by osłonić obolałe oczy przed łuną, jak mu się zdawało, z saidara utkanego ognia. Promienie słońca wlewające się przez okna rozświetlały roztańczone drobiny kurzu i padały wprost na jego łoże z wielkimi, czworograniastymi postumentami inkrustowanymi kością słoniową. Wszystkie meble w tej komnacie były skonstruowane z polerowanego czarnego drewna i kości słoniowej, dostatecznie kanciaste, surowe i ciężkie, by harmonizować z jego nastrojem. Leżał przez chwilę nieruchomo, myśląc, że nawet gdyby znowu udało mu się zasnąć i tak czeka go kolejny koszmar.

“Jesteś tam, Lewsie Therinie?” — zastanowił się bez jakiejkolwiek nadziei na odpowiedź i śmiertelnie zmęczony podźwignął na nogi, wygładzając zmięty kaftan. Nie zmieniał ubrania od czasu, gdy się zamknął w odosobnieniu.

Kiedy chwiejnymi krokami wszedł do przedsionka, pomyślał z początku, że znowu coś mu się śni, ten sam sen, który zawsze sprawiał, że budził się, siadając sztywno, przepełniony wstydem, poczuciem winy i obrzydzeniem, ale kiedy Min spojrzała na niego z jednego z wysokich pozłacanych krzeseł, na którym siedziała z oprawną w skórę księgą rozłożoną na kolanach, jednak się nie obudził. Jej twarz okalały ciemne, podobne do pierścionków pukle, a w wielkich oczach było tyle napięcia, że nieomal poczuł jego nacisk. Spodnie z brokatowego jedwabiu zielonej barwy opinały jej nogi niczym druga skóra, a kaftanik z harmonizującej z nimi materii był rozpięty; ukryta pod spodem kremowa bluzka unosiła się i opadała z każdym oddechem. Modlił się, żeby się obudzić. To nie strach albo gniew, czy też poczucie winy z powodu Colavaere, względnie zniknięcie Lewsa Therina, kazały mu się zamknąć przed wszystkimi.

— Za cztery dni będzie swego rodzaju święto — powiedziała wesoło — podczas drugiej kwarty. Dzień Pokuty, tak to nazywają z jakiegoś powodu, ale w tę noc organizowane są tańce. To stateczne tańce, jak mi mówiono, ale każde tańce lepsze niż żadne. — Pieczołowicie założyła księgę cienkim paskiem skóry, po czym ułożyła ją obok siebie na posadzce. — Najwyższy czas sprawić sobie suknię, może uda mi się zagonić szwaczkę do pracy jeszcze dzisiaj. I oczywiście, o ile zechcesz ze mną tańczyć.

Oderwał od niej wzrok i przeniósł go na nakrytą ściereczką tacę obok wysokich drzwi. Na samą myśl o jedzeniu robiło mu się mdło. Nandera miała nikogo nie wpuszczać, a żeby sczezła! A już na pewno nie Min. Nie wymienił jej z imienia, ale powiedział “nikogo”!

— Min, ja... nie wiem, co ci powiedzieć. Ja...

— Pasterzu, wyglądasz tak, jakby psy się o ciebie gryzły. Teraz rozumiem, dlaczego Alanna była taka wzburzona, mimo iż nie mam pojęcia, jak się dowiedziała. W zasadzie to błagała mnie, żebym z tobą porozmawiała, kiedy Panny zawróciły ją po raz piąty. Nandera nie wpuściłaby mnie, gdyby się tak nie denerwowała tym, że nie chcesz nic jeść, ale i tak trochę musiałam ją prosić. Jesteś mi coś winien, wieśniaku.

Rand wzdrygnął się. W głowie błyskały mu wizje, w których widział samego siebie, jak zdziera z niej ubranie i bierze siłą niczym bezrozumna bestia. Był jej winien więcej, niźli kiedykolwiek będzie mógł zapłacić. Przeczesawszy włosy rozcapierzonymi palcami, zmusił się, by na nią spojrzeć. Podwinęła nogi pod siebie i teraz siedziała tak na krześle, z pięściami wspartymi na kolanach. Jak ona mogła patrzeć na niego tak spokojnie?

— Min, nie ma usprawiedliwienia dla tego, co zrobiłem. Gdyby istniała jakakolwiek sprawiedliwość, zawisłbym na szubienicy. Gdybym mógł, sam bym sobie założył pętlę na szyję. Przysięgam, zrobiłbym to. — Te słowa miały gorzki posmak. Był Smokiem Odrodzonym, a ona będzie musiała zaczekać na sprawiedliwość aż do Ostatniej Bitwy. Ależ był durniem, że chciał przeżyć Ostatnią Bitwę. Nie zasłużył sobie na to.