Panny same przytargały wielką miedzianą wannę, zamigotały mową dłoni, kiedy już ją postawiły na posadzce, zaśmiewając się, zanadto podniecone, by pozwolić, aby pałacowi służący wykonali za nie tę pracę albo choć nanieśli wiadra z gorącą wodą. Rand przeżywał trudne chwile, gdy zdejmował z siebie ubranie. Zresztą umyć się samemu też mu nie chciały pozwolić i ostatecznie Nandera namydliła mu włosy. Słomianowłosa Somera i Enaila o włosach jak ogień uparły się, że go ogolą, kiedy siedział po pierś zanurzony w wodzie; tak się skupiły na tym zajęciu, że bał się, iż z gorliwości poderżną mu gardło. Był już jednak do tego przyzwyczajony po tych wszystkich razach, kiedy to absolutnie nie chciały pozwolić, by sam sobie uczesał włosy albo się ogolił. Był przyzwyczajony do tego, że otaczał go wianek Panien, które przypatrywały mu się i oferowały, że wyszorują mu plecy albo stopy, w milczeniu migocząc dłońmi, nadal jakby lekko zgorszone widokiem kogoś siedzącego w wodzie. Tak czy owak, udało mu się kilku z nich pozbyć, odesławszy z jakimiś poleceniami.
Nie był natomiast przyzwyczajony do obecności Min, która usadowiła się ze skrzyżowanymi nogami na jego łożu, z podbródkiem wspartym na dłoniach, i obserwowała wszystko z wyraźną fascynacją. Z początku nie dostrzegł jej w całym tym rojowisku Panien, dopóki nie rozebrał się do naga, i w tym momencie jedyne, co mu pozostało, to usiąść jak najszybciej, nie bacząc, że rozbryzguje wodę dookoła wanny. Ta kobieta byłaby sobie znakomicie poradziła jako Far Dareis Mai. Otwarcie dyskutowała na temat jego ciała z Pannami, ani razu się nie czerwieniąc! To jemu aż płonęły rumieńce.
— O tak, jest bardzo skromny — powiedziała, zgadzając się z Malindare, kobietą najbardziej pulchną z wszystkich Panien, z najciemniejszymi włosami, jakie Rand kiedykolwiek widział u Aiela. — Skromność to najwyższa cnota mężczyzny. — Malindare przytaknęła z powagą, ale Min miała na twarzy uśmiech od ucha do ucha. — Po chwili dodała: — Och nie, Domeille, szkoda byłoby blizną szpecić taką piękną twarz.
Domeille, z włosami jeszcze bardziej posiwiałymi niż Nandery, chudsza i z wydatnym podbródkiem, upierała się jednak, że nie jest dość piękny bez blizny. Jej własne słowa! Reszta była jeszcze gorsza. Panny najwyraźniej uwielbiały, jak pod wpływem ich słów się czerwienił. Min zaś z pewnością za tym przepadała.
— Prędzej czy później będziesz musiał się wytrzeć, Rand — powiedziała, podając mu obiema dłońmi długi biały ręcznik. Stała w odległości dobrych trzech kroków od wanny, a wszystkie Panny cofnęły się i obserwowały go teraz, stojąc wokół niego w kręgu. Min uśmiechała się tak niewinnie, że każdy sędzia już choćby na tej podstawie uznałby jej winę. — No wyjdź i wytrzyj się, Rand.
W życiu nie czuł takiej ulgi, jak wówczas, kiedy już wkładał ubranie.
Do tego czasu jego rozkazy zostały wypełnione i wszystko czekało w pogotowiu. Rand al’Thor mógł zostać ośmieszony w wannie, ale Smok Odrodzony wybierał się do Ludu Morza w stylu, który miał sprawić, że Atha’an Miere padną na kolana zdjęci trwogą.
34
Ta’veren
Tak jak rozkazał Rand, wszystko zostało przygotowane na dziedzińcu przed Pałacem Słońca, albo niemal wszystko. W promieniach porannego słońca otoczone stopniami wieże rzucały długie cienie, przez co jedynie przestrzeń o promieniu dziesięciu kroków wokół wysokich spiżowych bram była w pełni oświetlona. Dashiva, Flinn i Narishma, trzej Asha’mani, których zatrzymał przy sobie, czekali obok swoich koni, przy czym Dashiva ze swoim rzucającym oślepiające błyski srebrnym mieczem i czerwono-złotym Smokiem na czarnym kołnierzu gładził bezustannie rękojeść miecza przypasanego do biodra, jakby się dziwił, że wciąż tam jest. Stu zbrojnych Dobraine siedziało na swych wierzchowcach za plecami samego Dobraine, z dwoma długimi sztandarami, zwisającymi nieruchomo w martwym powietrzu, w ciemnych zbrojach świeżo pokrytych lakierem, tak że lśniły w słońcu i z jedwabnymi czerwono-biało-czarnymi proporcami przywiązanymi tuż pod grotami lanc. Zaczęli wiwatować na widok Randa odzianego w czerwony, ciężki od złota kaftan, spięty pozłacaną sprzączką w kształcie Smoka.
— Al’Thor! Al’Thor! Al’Thor! — rozbrzmiało na dziedzińcu. Do wiwatów przyłączyli się stłoczeni na balkonach łuczniczych pozostali: Tairenianie i Cairhienianie w swoich jedwabiach i koronkach, którzy zaledwie tydzień wcześniej bez wątpienia wiwatowaliby równie głośno Colavaere. Mężczyźni i kobiety, którzy woleliby, aby nie wrócił do Cairhien — przynajmniej niektórzy — machali rękoma i wznosili okrzyki. Gdy uniósł Berło Smoka na powitanie, ryknęli jeszcze głośniej.
Wiwaty zagłuszyło donośne łomotanie bębnów i fanfary dobiegające ze strony, gdzie stał kolejny oddział żołnierzy Dobraine’a, ubranych w szkarłatne tuniki z czarno-białymi dyskami na piersi: połowa trzymała trąby udrapowane w identyczne tkaniny, druga połowa wielkie bębny takoż ozdobione i uwieszone do końskich grzbietów. Kiedy schodził po szerokich schodach, na jego powitanie wyszło pięć Aes Sedai w szalach. W każdym razie dały kilka statecznych kroków w jego stronę. Alanna obrzuciła go badawczym spojrzeniem swoich ciemnych przenikliwych oczu — maleńki kłębek emocji w jego czaszce mówił mu, że jest spokojniejsza, bardziej odprężona, niż kiedykolwiek pamiętał — jedno badawcze spojrzenie, potem nieznaczny ruch dłonią, a wtedy Min dotknęła jego ramienia i stanęła obok niej. Bera i pozostałe dygnęły niezbyt głęboko, lekko pochylając głowy, gdy tymczasem z pałacu, za jego plecami, wysypali się Aielowie. Nandera poprowadziła dwieście Panien — nie zamierzały dać się przyćmić przez “wiarołomców” — a Camar, smukły i długonogi z klanu Daryne, o włosach bardziej siwych niż Nandery i o pół głowy wyższy od Randa, prowadził dwustu Seia Doon, którzy nie chcieli dać się przyćmić Far Dareis Mai, nie mówiąc już o Cairhienianach. Rozstawili się, tworząc pierścień wokół dziedzińca, z nim i Aes Sedai pośrodku. Wszystkie obserwowały go z niepokojem: Bera, niczym dumna farmerska żona, i Alanna, podobna do obdarzonej mroczną urodą królowej, obie w swoich szalach z zielonymi frędzlami, pulchna Rafela, o jeszcze ciemniejszej karnacji, otulona w swoje błękity, chłodnooka Faeldrin, jeszcze jedna Zielona, z kolorowymi paciorkami w cienkich warkoczykach, oraz szczupła Merana w szarościach, której krzywy grymas sprawiał, że Rafela zdawała się uosobieniem opanowania Aes Sedai. Razem pięć.
— Gdzie są Kiruna i Verin? — spytał podniesionym tonem. — Wezwałem wszystkie.
— Tak uczyniłeś, lordzie Smoku — odparła bez zająknienia Bera. I na dodatek jeszcze raz dygnęła, nieznacznie, co stanowiło dlań zaskoczenie. — Nie mogłyśmy znaleźć Verin, jest gdzieś w namiotach Aielów. Wypytuje... — Na chwilę zająknęła się. — ...wzięte do niewoli, jak sądzę, starając się dowiedzieć, co zaplanowały uczynić, kiedy już dotrą do Tar Valon. — Kiedy już jego dostarczą do Tar Valon... była na tyle domyślna, by nie paplać tam, gdzie wszyscy mogli usłyszeć. — A Kiruna... konsultuje się z Sorileą odnośnie do protokołu. Ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że będzie bardziej niż szczęśliwa, mogąc przyłączyć się do nas, kiedy poślesz osobiste wezwanie do Sorilei. Mogłabym pójść sama, gdybyś...
Zbył propozycję machnięciem dłoni. Pięć powinno wystarczyć. Być może Verin uda się wyciągnąć jakieś informacje. Tylko czy naprawdę chciał je poznać? I Kiruna. Sprawa protokołu?