Выбрать главу

Zirytowana, niemal wyrzuciła ręce w górę.

— Na durnia też raczej nie wyglądasz. — I niech to sobie rozumie, jak chce. Tymczasem ten idiota spojrzał na nią z ukosa, jakby mimo wszystko się nie połapał. — Rand, wystarczy, że zobaczą Aiela i natychmiast albo rzucą się do ucieczki, albo ruszą do ataku. Skoro nie zabierasz żadnej Aes Sedai, to zabierz przynajmniej Asha’manów. Jedna strzała i nie żyjesz, czy jesteś Smokiem Odrodzonym, czy też pastuchem kóz!

— Jestem Smokiem Odrodzonym, Min — odrzekł z powagą. — I równocześnie ta’veren. Wyprawiamy się sami, tylko ty i ja. O ile zechcesz mi towarzyszyć, ma się rozumieć.

— Beze mnie nigdzie nie będziesz się wyprawiał, Randzie al’Thor. — Pohamowała się i nie dodała, że wcześniej potknie się o własne stopy, niż dopuści, by sami wybrali się na to spotkanie. Jego euforia była równie zatrważająca jak poranna ponura apatia. — Nanderze to się nie spodoba. — Nie wiedziała dokładnie, co zaszło między nim a Pannami, chyba coś naprawdę szczególnego, sądząc po tym, co widziała. Jednak wszelka nadzieja, że tym ostrzeżeniem być może go powstrzyma, zgasła, kiedy uśmiechnął się szelmowsko niczym mały chłopiec, który próbuje przechytrzyć własną matkę.

— Ona o niczym się nie dowie, Min. — Miał nawet triumfalny błysk w oku! — Stale to robię i jeszcze się nie zorientowały. — Wyciągnął ku niej dłoń, jakby się spodziewał, że zaraz podskoczy, bo tak jej kazano.

Nie było innego wyjścia, jak tylko poprawić zielony kaftan, w który była ubrana, zerknąć do stojącego lustra, żeby sprawdzić fryzurę — i ująć go za rękę. Problem polegał na tym, że naprawdę skoczyłaby, gdyby bodaj skinął palcem; zależało jej tylko na tym, by nigdy się tej jej gotowości nie domyślił.

W przedsionku otworzył bramę na złotym Wschodzącym Słońcu osadzonym w posadzce... a potem podała mu dłoń i pozwoliła się poprowadzić po zeschłych liściach zalegających poszycie lasu porastającego wzgórza. W oddali przemknął ptak rozjarzony czerwienią skrzydeł. Na gałęzi przysiadła wiewiórka, która zaszczekotała w ich stronę, machając futrzastym ogonkiem z białym końcem.

Ten las nie bardzo przypominał bory, które pamiętała z okolic Baerlonu; wokół Cairhien rosło niewiele lasów z prawdziwego zdarzenia. Większość drzew dzieliły przestrzenie czterech, pięciu, a nawet i dziesięciu kroków, wysokie drzewa skórzane i sosny, wyższe od nich dęby i jeszcze jakieś inne drzewa, których nie znała, porastały kotlinę, do której oboje trafili, i wspinały się w górę zbocza, zaledwie kilka piędzi dalej. Nawet poszycie zdawało się tutaj rzadsze, krzewy, pnącza i wrzosy płożyły się w nielicznych kępach, niekiedy zresztą wcale nie takich małych. I wszystko zbrązowiałe, zeschnięte. Wyjęła z rękawa chusteczkę obrzeżoną koronką i starła pot, który nagle wystąpił na jej twarzy.

— W którą stronę pójdziemy? — spytała. Po położeniu słońca sądząc, północ była tam, gdzie wznosiło się zbocze — w kierunku, który Min sama by obrała. Miasto powinno się znajdować w odległości siedmiu, może ośmiu mil w tamtą stronę. Jeżeli im szczęście dopisze, dojdą piechotą, nie napotykając po drodze żywej duszy. Albo jeszcze lepiej — biorąc pod uwagę jej buty na obcasach i teren, nie wspominając już o upale — Rand mógłby zrobić bramę, która zawiodłaby ich z powrotem do Pałacu Słońca. W pałacowych komnatach było mimo wszystko znacznie chłodniej.

Nim jednak zdążył odpowiedzieć, usłyszeli szelest poszycia i trzaski łamanych gałęzi — ktoś zbliżał się w ich stronę. Wkrótce zobaczyli jeźdźca na długonogim siwym wałachu z uzdą i wędzidłem obrzeżonymi kolorowymi frędzlami — Cairhieniankę, niską i szczupłą, w ciemnogranatowej, niemalże czarnej, jedwabnej sukni do konnej jazdy, z poziomymi cięciami od szyi aż po kolana, wypełnionymi czerwoną, zieloną i białą tkaniną. Pokryta potem twarz nie ujmowała niczego jej bladej, jakby woskowej urodzie, nie przyćmiewając wyrazu oczu podobnych do dwu wielkich ciemnych źródeł. Czoło zdobił przezroczysty, zielony kamyk na cienkim złotym łańcuszku wplecionym w czarne włosy, które opadały falami na ramiona.

Min aż zaparło dech i to nie na widok kuszy, którą kobieta uniosła spokojnie dłonią obleczoną w zieloną rękawicę. Przez chwilę była przekonana, że to Moiraine. A jednak...

— Nie przypominam sobie, bym widziała którekolwiek z was w obozowisku — powiedziała kobieta gardłowym, lekko opryskliwym tonem. Jej głos zabrzmiał jak Moiraine — przywodzący na myśl trącony kryształ. Kusza opadła spokojnym ruchem, ostrze nasadzonego grotu mierzyło, niewzruszenie niczym skała, w pierś Randa.

Zlekceważył to.

— Pomyślałem sobie, że z chęcią przyjrzałbym się waszemu obozowisku — oświadczył i skłonił się lekko. — Domyślam się, że mam do czynienia z lady Caraline Damodred? — Szczupła kobieta pochyliła głowę, potwierdzając jego słowa.

Min westchnęła z żalem, mimo iż tak naprawdę nie oczekiwała, że zobaczy żywą Moiraine. Moiraine, z którą wiązało się jedyne widzenie, jakie się jej kiedykolwiek nie sprawdziło. Ale coś takiego, Caraline Damodred we własnej osobie, Caraline Damodred, która współdowodziła buntem przeciwko Randowi tu w Cairhien, kobieta, która rościła sobie prawo do Tronu Słońca... On chyba rzeczywiście szarpał za wszystkie otaczające go wątki Wzoru, skoro właśnie teraz musiała się tu pojawić.

Lady Caraline powoli uniosła kuszę, cięciwa wydała donośny trzask, wyrzucając szeroki grot w powietrze.

— Wątpię, czy jednym bełtem coś bym przeciwko tobie zdziałała — stwierdziła, bez pośpiechu prowadząc swego wierzchowca w ich stronę. — I nie chciałabym też, abyś sobie pomyślał, że ci grożę. — Rzuciła jedno spojrzenie na Min, tylko jedno, które omiotło ją od stóp do głów; poza tym nie odrywała wzroku od Randa. Ściągnęła wodze w odległości trzech kroków, zachowując dostateczny dystans, by zdążyć wbić pięty w boki swego konia, gdyby Rand spróbował coś jej zrobić. — Szarooki mężczyzna twojego wzrostu, który pojawia się znikąd, przywodzi mi na myśl jedną tylko osobę, no, chyba że jesteś jakimś Aielem w przebraniu, mimo wszystko jednak, może byłbyś tak uprzejmy i zechciał mi się przedstawić?

— Jestem Smokiem Odrodzonym — odparł Rand, w każdym calu równie arogancki jak na spotkaniu z Ludem Morza. Jeśli również teraz jego atrybuty ta’veren wywoływały jakieś zawirowania we Wzorze, to Caraline nie dała niczego po sobie poznać.

Zamiast zeskoczyć z konia i natychmiast paść na kolana, tylko skinęła głową, wydymając wargi.

— Dużo się o tobie nasłuchałam. Powiadają, że ponoć udałeś się do Wieży, by poddać się władzy Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Powiadaj ą też, że zamierzasz przekazać Tron Słońca Elayne Trakand. Słyszałam również, że zabiłeś Elayne i jej matkę.

— Nie poddaję się niczyjej władzy — odparł ostrym tonem Rand. Spojrzał na nią tak zapalczywie, jakby chciał wyrzucić ją z siodła. — Elayne znajduje się już w drodze do Caemlyn, żeby przejąć tron Andoru. Potem zasiądzie również na tronie Cairhien. — Min skrzywiła się. Jego głos przepełniała taka pycha i pewność siebie, że nie sposób by było go w tym przewyższyć. A już liczyła, że trochę się pomiarkował po spotkaniu z Atha’an Miere.

Lady Caraline ułożyła kuszę w poprzek siodła, gładziła teraz jej leże dłonią obleczoną w rękawiczkę. Czyżby żałowała utraconego bełtu?