— Przywiozła was tu łódź — rzekł z prostotą Rand. — Łódź może was zabrać. — Nagle Min zorientowała się, że on delikatnie poklepuje jej dłoń ułożoną na jego ramieniu. Stara się ją uspokoić!
O dziwo, Darlin odrzucił głowę w tył i zaniósł się śmiechem. Wiele kobiet z pewnością zapomniało o jego nosie za sprawą tych oczu i tego śmiechu.
— Niech i tak będzie, Tomasie, ale ja poprosiłem twoją kuzynkę, żeby mnie poślubiła. Ona nie raczy odrzec ani tak, ani nie, mężczyzna jednakowoż nie może porzucić kobiety, która być może zostanie jego żoną, na pastwę Aielów. A ona nie chce wyjechać.
Caraline Damodred poprawiła się w siodle, z twarzą tak obojętną, że mogłaby zawstydzić doskonałe pod tym względem Aes Sedai, ale wokół niej i Darlina rozbłysły znienacka czerwono-białe aury i Min już wiedziała. Kolory zdawały się zazwyczaj nie mieć znaczenia, ale ona wiedziała, że tych dwoje pobierze się — tylko Caraline będzie go najpierw długo zwodzić dla zabawy. Co więcej, zobaczyła koronę, która pojawiła się na głowie Darlina, prosta złota obręcz z lekko zakrzywionym mieczem ułożonym tuż nad jego brwiami. Któregoś dnia ten człowiek przywdzieje królewską koronę, aczkolwiek Min nie umiała orzec jakiego kraju. W Łzie panowali Wysocy Lordowie, nie królowie.
Wizja i aury zniknęły, kiedy Darlin tak pokierował swym koniem, by stanąć przodem do Caraline.
— Dzisiaj nie upolujemy już żadnej zwierzyny. Toram wrócił do obozu. Proponuję uczynić to samo. — Błękitne oczy omiotły otaczający ich krąg drzew. — Jak się zdaje, twój kuzyn i jego żona zgubili swoje konie. I tak by się błąkali, ukarani za moment beztroski — dodał uprzejmym tonem, zwracając się do Randa. Wiedział bardzo dobrze, że nie mieli żadnych koni. — Jestem jednak pewien, że Rovar i Ines oddadzą im swoje wierzchowce. Spacer na powietrzu dobrze im zrobi.
Krępy mężczyzna w kaftanie w czerwone paski natychmiast zeskoczył ze swojego wysokiego cisawego konia, rzuciwszy przymilny uśmiech do Darlina i ostentacyjnie służbowy, lecz równie oleisty w stronę Randa. Kobieta o gniewnej twarzy zsiadła sztywno ze swej srebrnoszarej klaczy, ale dopiero po chwili. Nie wyglądała na zachwyconą.
Podobnie jak Min.
— Zamierzasz jechać do ich obozu? — spytała szeptem, kiedy Rand poprowadził ją w stronę koni. — Oszalałeś? — dodała, nie zastanowiwszy się nad tym, co mówi.
— Jeszcze nie — odparł cicho, dotykając jej nosa czubkiem palca. — Wiem o tym dzięki tobie. — I posadził ją na grzbiecie klaczy, po czym sam wspiął się na siodło cisawego i piętami pognał zwierzę, zajmując pozycję u boku Darlina.
Kierując się na północ i lekko na zachód, na wskroś zbocza, pozostawili za sobą Rovaira i Ines, którzy stali pod drzewami ze skwaszonymi minami. Kiedy zostali z tyłu w towarzystwie grupy Cairhienian, inni Tairenianie pokrzykiwali ze śmiechem, życząc im miłego spaceru.
Min jechałaby obok Randa, ale Caraline położyła dłoń na jej ramieniu, odciągając od obu mężczyzn.
— Chcę zobaczyć, co on zrobi — powiedziała cicho Caraline.
“Ale który” — zastanowiła się Min.
— Jesteś jego kochanką? — spytała Caraline.
— Tak — odparła butnym tonem Min, kiedy już odzyskała dech. Miała wrażenie, że policzki stanęły jej w ogniu. Jednak ta kobieta tylko skinęła głową, jakby to była najnormalniej sza rzecz na świecie. Może i była, w Cairhien. Czasami odnosiła wrażenie, że “warstwa” całej tej wyrafinowanej ogłady, której nabrała dzięki kontaktom ze światowymi ludźmi, jest nie grubsza niż jej bluzka.
Rand i Darlin jechali w przodzie, kolano w kolano, młodszy mężczyzna o pół głowy wyższy od starszego, każdy okutany dumą niczym płaszczem. Niemniej jednak rozmawiali jak równy z równym. Niestety, nie można było usłyszeć, o czym mówią. Rozmawiali przyciszonymi głosami, a pod kopytami koni szeleściły uschłe liście, pękały opadłe gałązki, co skutecznie zagłuszało padające słowa. Sporadyczny okrzyk jastrzębia albo szczebioty wiewiórek na drzewach pogarszały tylko słyszalność. A jednak wpadały jej do ucha jakieś strzępy rozmowy.
— Jeśli mi wolno tak rzec — powiedział w pewnym momencie Darlin, kiedy zjeżdżali w dół ze szczytu pierwszego wzniesienia — i, na Światłość, nie chcę okazać braku szacunku, masz szczęście, żeś się ożenił z tak piękną kobietą. Z wolą Światłości sam będę miał równie piękną żonę.
— Dlaczego nie rozmawiają o czymś ważnym? — mruknęła Caraline.
Min odwróciła głowę, by ukryć lekki uśmiech. Lady Caraline nie wyglądała na w połowie tak zadowoloną, jak to wynikało z jej głosu. Jej samej nigdy nie obchodziło, czy ktoś ją uważa za piękną czy nie. Cóż, w każdym razie dopóki nie spotkała Randa. Może nos Darlina wcale jednak nie był taki długi.
— Pozwoliłbym mu zabrać Callandor z Kamienia — powiedział Darlin jakiś czas później, kiedy wspinali się po rzadko zalesionym zboczu — ale nie mogłem stać z boku, kiedy sprowadził do Łzy Aielów.
— Czytałem Proroctwa Smoka — odparł Rand, pochylając się do przodu ponad karkiem cisawego wierzchowca i poganiając go. Min podejrzewała, że mimo lśniącej sierści, zwierzę nie miało więcej ducha niż jego właściciel. — Kamień musiał paść, zanim zdoła ująć Callandora — ciągnął Rand. — Pozostali taireniańscy lordowie, jak słyszałem, opowiedzieli się po jego stronie.
Darlin parsknął.
— Płaszczą się i liżą mu buty! Mogłem się przyłączyć, jeśli tego właśnie chciał, jeśli... — Westchnął i potrząsnął głową. — Za wiele tych “jeśli”, Tomasie. Jest takie powiedzenie w Łzie: “Każda waśń daje się zapomnieć, jednak królowie nie zapominają nigdy”. W Łzie nie było króla od czasu Artura Hawkwinga, ale moim zdaniem Smok Odrodzony zachowuje się niczym istny król. Nie, skazał mnie na utratę praw za zdradę, jak to sam określił, dlatego teraz muszę dalej postępować konsekwentnie. Jeżeli taka będzie wola Światłości, zanim umrę, raz jeszcze zobaczę suwerena Łzy na jego własnej ziemi.
Min wiedziała, że to musi być działanie ta’veren. Ten człowiek nigdy by nie rozmawiał tak swobodnie z kimś przygodnie poznanym, niezależnie od tego, czy był to domniemany kuzyn Caraline Damodred, czy ktoś inny. Ale co Rand właściwie sobie wyobrażał? Omal nie mogła już się doczekać, kiedy mu opowie o koronie.
Gdy dotarli już prawie na szczyt wzgórza, natknęli się nagle na grupę lansjerów — niektórzy w mocno pogiętych napierśnikach albo hełmach, większość jednak nawet bez takich nędznych fragmentów zbroi; pokłonili się na widok ich grupy. Po lewej i prawej stronie, za drzewami, Min widziała resztę oddziałów wart. W dole rozciągał się obóz, spowity, jak się zdawało, we wszechobecną chmurę pyłu, zalegającą u stóp bezleśnego wzgórza, w kotlinie i na następnym zboczu. Namioty rozbite w obozie były nieliczne, lecz duże, wieńczyły je zwisające luźno sztandary poszczególnych szlachciców. Koni uwiązanych do palików było prawie tyle samo co ludzi w obozie, wśród ognisk i wozów wałęsały się tysiące mężczyzn oraz garstka kobiet. Nikt nie zaczął wiwatować, gdy na teren obozowiska wjechali przywódcy.
Min przyglądała im się ponad rąbkiem chusteczki, którą przycisnęła do nosa, dla ochrony przed kurzem, nie dbając, czy Caraline widzi, co ona robi. Ich przejazd obserwowały zobojętniałe i ponure twarze, twarze ludzi, którzy wiedzieli, że znaleźli się w pułapce. Tu i tam zza czyjegoś ramienia wystawał sztywno con reprezentujący jeden z Domów, jednakże większość mieszkańców obozu zdawała się nosić to, co im wpadło w ręce, najrozmaitsze elementy zbroi, często nie dopasowane. Liczni mężczyźni zbyt wysocy, by mogli to być Cairhienianie, nosili czerwone kaftany pod wyszczerbionymi napierśnikami. Min przyjrzała się częściowo ukrytemu białemu lwu wyhaftowanemu na brudnym czerwonym rękawie. Łodzią Darlin mógł tu sprowadzić zaledwie garstkę ludzi, być może nie więcej niż tylu, ilu towarzyszyło mu na polowaniu. Caraline nie rozglądała się na boki, kiedy przemierzali obóz, ale za każdym razem, gdy przejeżdżali obok tych mężczyzn w czerwonych kaftanach, gniewnie zaciskała usta.