Nie czekając na innych, dobyła nóż z rękawa — przy okazji zrywając większość tych nielicznych nitek — i wykonała zamaszysty ukłon w taki sposób, jakiego nauczył ją Thom Merrilin, zgrabnie manipulując rękojeścią noża, dzięki czemu ostrze zalśniło w słońcu.
— Musimy dojechać do Pałacu Słońca — oznajmiła takim głosem, że sam Rand nie zrobiłby tego lepiej. Bywały w życiu chwile, że apodyktyczny ton ratował przed kłótnią.
— Dziecko — włączyła się Cadsuane tonem, jakim udziela się reprymendy. — Jestem pewna, że Kiruna i jej przyjaciółki zrobiłyby, co się da, ale nie ma przy nich żadnej Żółtej. Samitsu i Corele naprawdę są dwiema najlepszymi, jakie kiedykolwiek żyły. Lady Arilyn była tak uprzejma, że użyczyła nam swego pałacu w mieście, więc zabierzemy go...
— Nie. — Min nie miała pojęcia, skąd wzięła odwagę niezbędną do powiedzenia “nie” tej kobiecie. Tyle że... Rozmawiały przecież o Randzie. — Jeżeli on się obudzi... — Urwała i odkaszlnęła, on się na pewno obudzi. — Jeżeli on się obudzi w obcym miejscu, znowu otoczony obcymi Aes Sedai, nie wyobrażam sobie, co zrobi. Ty też nie masz zapewne ochoty sobie tego wyobrażać. — Wytrzymała ten chłodny wzrok przez dłuższą chwilę, aż wreszcie Aes Sedai przytaknęła.
— Do Pałacu Słońca — powiedziała Cadsuane farmerowi. — I zmuś te worki na pchły, żeby biegły jak najszybciej.
Rzecz jasna nie było to aż takie proste, nawet dla Aes Sedai. Ander Tol miał wóz wyładowany nędznymi rzepami, które chciał sprzedać w mieście i nie miał zamiaru podjeżdżać w okolice Pałacu Słońca, gdzie, jak im wyjaśnił, Smok Odrodzony pożerał ludzi upieczonych na rożnach przez kobiety Aielów, które miały po dziesięć stóp wzrostu. Nie zbliżyłby się do Pałacu nawet na odległość mili, niezależnie od tego, jaka liczba Aes Sedai by go do tego zmuszała. Wtedy Cadsuane rzuciła w jego stronę sakiewkę, która sprawiła, że wytrzeszczył oczy, a potem jeszcze oświadczyła mu, że właśnie kupiła jego rzepy i wynajęła go razem z wozem. Jeżeli ten pomysł mu się nie podoba, to może oddać sakiewkę. Wygłosiła tę kwestię z pięściami wspartymi o biodra i wyrazem twarzy, który dawał mu do zrozumienia, iż ona doskonale wie, że prędzej zje swój wóz na miejscu, niż odda sakiewkę. Ander Tol okazał się rozsądnym człowiekiem. Samitsu i Niande opróżniły wóz — rzepy zwyczajnie ulatywały w powietrze i lądowały na schludnym stosie obok drogi. Sądząc po ich skwaszonych minach, nie była to żadną miarą praca, przy jakiej kiedykolwiek spodziewały się użyć Jedynej Mocy. Darlinowi, który stał tam nadal z Randem na barkach, wyraźnie ulżyło, że to nie jemu kazały to robić. Ander Tol, na którego twarzy malowało się i szczęście, i zdziwienie, usiadł na koźle, po czym pogładził sakiewkę, jakby się zastanawiał, czy obfita zawartość jednak okazała się wystarczająca.
Kiedy już usadowili się na wozie, a cała słoma, jaka leżała pod rzepami, została zebrana w jednym miejscu, by posłużyć jako posłanie dla Randa, Cadsuane spojrzała na siedzącą przy jego drugim boku Min. Pan Tol potrząsnął lejcami, sprawiając, że muły poderwały się do zaskakująco prędkiego biegu. Wóz kolebał się i podskakiwał straszliwie, koła nie tylko się trzęsły, ale najwyraźniej były zdecentrowane. Min, która żałowała, że nie zachowała bodaj odrobiny słomy dla siebie, ubawiła się, widząc stężałe twarze Samitsu i Niande podskakujące w górę i w dół. Caraline śmiała się z nich całkiem jawnie, nie racząc nawet ukrywać zadowolenia, że chociaż raz Aes Sedai zostały tak niedelikatnie potraktowane. Mimo iż przecież sama, jako że była lżejsza, podskakiwała wyżej i spadała z większym impetem niż tamte. Darlin, który przywarł do burty wozu, sprawiał takie wrażenie, jakby nic go nie obchodziły te wstrząsy; stale marszczył brwi i wodził wzrokiem od Caraline do Randa.
Cadsuane była jeszcze jedną osobą, która wyraźnie się nie przejmowała, że od tych podskoków aż dzwonią jej zęby.
— Spodziewam się dotrzeć tam przed zapadnięciem zmroku, panie Tol — zawołała, powodując tym samym może nie tyle większy pęd, co z pewnością bardziej gwałtowne potrząsanie lejców. — Powiedz mi teraz — zwróciła się do Min — co dokładnie się stało ostatnim razem, kiedy ten chłopiec obudził się otoczony obcymi Aes Sedai? — Złapała kontakt z oczami Min i już jej nie puściła.
Min wiedziała, że Rand chciał to zachować w tajemnicy tak długo, jak to będzie możliwe. Ale umierał i Min uznała, że te trzy kobiety są jego jedyną szansą. Być może fakt, że się o wszystkim dowiedzą, w niczym nie pomoże. Albo przynajmniej choć trochę lepiej go zrozumieją.
— Wsadziły go do skrzyni — zaczęła.
Nie do końca zdawała sobie sprawę, jak do tego doszło, że opowiedziała rzecz całą ze wszystkimi szczegółami — ani też jak jej się udało nie wybuchnąć płaczem — jakoś przebrnęła przez historię uwięzienia w skrzyni i o torturach bez drżenia w głosie, aż do momentu, gdy Kiruna i pozostałe uklękły, by przysięgać lojalność. Darlin i Caraline wyglądali na oszołomionych. Samitsu i Niande wyglądały na przerażone. Aczkolwiek z innych powodów niż można by oczekiwać.
— On... ujarzmił trzy siostry? — spytała piskliwym głosem Samitsu. Niespodzianie przycisnęła dłoń do ust i obróciwszy się, wychyliła poza burtę rozkołysanego wozu i głośno zwymiotowała. Niande najwyraźniej poczuła się podobnie i już po chwili obie wisiały tak i opróżniały żołądki.
A Cadsuane... Cadsuane dotknęła bladej twarzy Randa, odgarnęła pasma włosów opadające mu na czoło.
— Nie bój się, chłopcze — powiedziała cicho. — One przysporzyły trudności mojemu zadaniu i twojemu zresztą także, ale ja nie skrzywdzę cię bardziej, niż będę musiała. — Min poczuła, że cała aż lodowacieje w środku.
Strażnicy przy miejskich bramach krzyczeli coś na widok pędzącego w ich stronę wozu, ale Cadsuane zakazała panu Tolowi się zatrzymywać, ten więc zaczął poganiać muły z jeszcze większym zapałem. Ludzie na ulicach uskakiwali z drogi, by ich nie przejechano, i wóz toczył się dalej, a jego ślad znaczyły krzyki oraz przekleństwa, tudzież poprzewracane lektyki i pojazdy, które zderzyły się ze straganami ulicznych sprzedawców. Przemknęli przez ulice, a potem wpadli na szeroką rampę prowadzącą do Pałacu Słońca, z którego podwoi wylewali się gwardziści w barwach lorda Dobraine, wyglądając, jakby gotowi byli stawić czoła całym hordom napastników. Pan Tol zaczął skrzeczeć co sił w płucach, że to Aes Sedai go do tego zmusiły, ale w tym momencie gwardziści dostrzegli Min. A potem zobaczyli Randa. Min myślała, że już wie, jak to jest, gdy zostaje się wessanym przez trąbę powietrzną, ale myliła się.
Ponad dwudziestu mężczyzn usiłowało dopchać się jednocześnie do wozu, żeby wynieść Randa, a ci, którym udało się go dotknąć, traktowali go tak delikatnie, jakby mieli do czynienia z niemowlęciem; po obu stronach ustawiło się po czterech i spletli ramiona pod spodem. Cadsuane musiała z tysiąc razy powtarzać, że wcale nie umarł i wśród tego zamieszania wpadli gwałtownie do pałacu i, podążając jego korytarzami, które zdawały się Min nadzwyczaj długie, dobierali coraz to nowych żołnierzy cairhieniańskich do tego orszaku. We wszystkich, jak się zdawało, drzwiach i korytarzach pojawiali się arystokraci i z pobladłymi twarzami przyglądali niesionemu Randowi. Caraline i Darlin gdzieś się zgubili, uświadomiła sobie, że nie pamięta, by ich widziała po opuszczeniu wozu, ale życząc im wszystkiego najlepszego, natychmiast o nich zapomniała. Jedyną osobą, która ją obchodziła, był Rand. Jedyną osobą na całym świecie.