Flinn przejechał palcem po obrzmiałej szramie w boku Randa i po starej bliźnie. Ta druga zdawała się naprawdę bardziej wrażliwa.
— Są podobne i zarazem inne, jakby wchodziły w grę dwa rodzaje zakażenia. Tyle że to nie jest zakażenie, tylko... ciemność. Nie potrafię znaleźć lepszego określenia. — Wzruszył ramionami, mierząc wzrokiem szal z żółtymi frędzlami Samitsu, która początkowo patrzyła na niego ze zmarszczonym czołem, stopniowo jednak przyglądała mu się z coraz większą uwagą.
— Do dzieła, Flinn — mruknął Dashiva. — Jeżeli on umrze... — Marszcząc nos, jakby poczuł jakiś bardzo nieprzyjemny zapach, zdawał się niezdolny oderwać wzroku od Randa. Poruszał ustami, jakby coś mówił do siebie, a raz nawet wydał dziwny odgłos, na poły szloch, na poły gorzki śmiech, ani na jotę nie zmieniając przy tym wyrazu twarzy.
Flinn zrobił głęboki wdech i rozejrzał się po pokoju, obejmując wzrokiem Aes Sedai i Amys. Wreszcie spojrzał na Min, wzdrygnął się i jego pomarszczona twarz poczerwieniała. Pospiesznie poprawił narzutę, nakrywając nią Randa po szyję, na wierzchu zostały tylko obie rany, stara i nowa.
— Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał nic przeciwko, jak będę gadał — powiedział, zaczynając gładzić bok Randa swymi pokrytymi odciskami dłońmi. — Gadanie chyba mi ździebko pomaga. — Mrużył oczy, skoncentrowany na obrażeniach i powoli przebierał palcami. Zupełnie tak, jakby coś tkał, zorientowała się Min. Mówił niemalże nieobecnym głosem, jedynie część uwagi skupiając się na wypowiadanych słowach. — To ze względu na Uzdrawianie poszedłem do Czarnej Wieży, tak można rzec. Byłem żołnierzem, póki lanca nie przebiła mi uda, potem nie umiałem już usiąść w siodle jak się należy ani nawet daleko zajść o własnych nogach. To była piętnasta rana, jaką odniosłem w ciągu blisko czterdziestu lat służby w Gwardii Królowej. Piętnasta z liczących się: rana się nie liczy, jeśli możesz z nią chodzić albo jeździć konno. Wielu przyjaciół pomarło na moich oczach. Dlatego więc poszedłem do Wieży, a M’Hael nauczył mnie Uzdrawiania. I innych rzeczy. Brutalnego Uzdrawiania. Byłem raz Uzdrawiany przez Aes Sedai... och, przed blisko trzydziestu laty... i to naprawdę boli, ale też i skutkuje. Potem, pewnego dnia, obecny tu Dashiva... wybacz Asha’manie Dashiva... powiada, że się zastanawia, dlaczego tak nieważne jest, czy człek złamał sobie nogę, albo czy się zaziębił, no i zaczęliśmy gadać i... Cóż, jemu samemu brakuje do tego wyczucia, ale ja... zdaje się, że mam do tego dryg. Do tego Talentu, znaczy się. No więc zacząłem się zastanawiać, co by było, gdybym...? Już. Ot wszystko, co mogłem zrobić.
Dashiva chrząknął, kiedy Flinn przysiadł nagle na piętach i otarł czoło wierzchem dłoni. Na twarzy perlił mu się pot — Min po raz pierwszy widziała spoconego Asha’mana. Cięcie w boku Randa nie zniknęło, ale zdawało się jakby mniejsze, mniej zaognione. Nadal spał, ale jego twarz nie była już taka blada.
Samitsu przemknęła obok Narishmy tak szybko, że nie miał możliwości interweniować.
— Co zrobiłeś? — spytała, kładąc palce na czole Randa. Cokolwiek znalazła, posłużywszy się Mocą, jej brwi uniosły się w niemym zdziwieniu, a w jej głosie nie słyszało się już władczego tonu tylko nutę niedowierzania: — Co zrobiłeś?
Flinn z żalem wzruszył ramionami.
— Niewiele. Nie mogłem tak naprawdę dotknąć tego, co zostało zakażone złem. W pewnym sensie odgrodziłem te rany od niego, na jakiś czas w każdym razie. Ale nie na stałe. One się teraz zwalczają nawzajem. Może się nawet pozabijają, a on tymczasem wyleczy się do końca. — Westchnął i pokręcił głową. — Z drugiej strony, nie mogę powiedzieć, że go nie zabiją. Ale uważam, że teraz ma większe szanse.
Dashiva przytaknął z zarozumiałą miną.
— O tak, teraz ma szanse. — Można było pomyśleć, że to on sam Uzdrawiał.
Ku jawnemu zdumieniu Flinna, Samitsu obeszła łoże, by pomóc mu się podźwignąć.
— Opiszesz mi, co zrobiłeś — rozkazała władczym tonem, który zdecydowanie kłócił się ze sposobem, w jaki jej szybkie palce prostowały kołnierz starca i wygładzały mu klapy. — Gdyby tylko istniał sposób, żebyś mógł mi pokazać! Ale opiszesz mi to. Musisz! Dam ci całe złoto, jakie posiadam, urodzę ci dziecko, cokolwiek sobie życzysz, ale ty mi powiesz wszystko, tak jak potrafisz. — Najwyraźniej sama niepewna czy rozkazuje, czy błaga, podprowadziła całkiem ogłupionego Flinna do okien. Ten zresztą nie raz próbował otworzyć usta, ale ona była zanadto zajęta zmuszaniem go do mówienia, żeby cokolwiek zauważyć.
Nie dbając o to, co sobie inni pomyślą, Min wdrapała się na łoże i położyła na nim w takiej pozycji, że mogła wsunąć sobie głowę Randa na pierś i otulić go ramionami. Szansa. Ukradkiem przyglądała się trojgu ludziom zebranym wokół łoża: Cadsuane na jej krześle, Amys stojąca naprzeciwko, Dashiva wsparty o jeden z postumentów łoża, wszyscy otoczeni roztańczonymi aurami i obrazami, całkiem niezrozumiałymi. Spojrzenia skupione na Randzie. Bez wątpienia Amys w śmierci Randa widziała katastrofę Aielów, Dashiva zaś — jedyny z całej trójki na twarzy którego malowało się jakiekolwiek uczucie: ponury, zmartwiony grymas — katastrofę dla Asha’manów. A Cadsuane... Cadsuane, którą Bera i Kiruna nie tylko znały, ale która sprawiała, że skakały niczym młode dziewczęta mimo ich przysiąg złożonych Randowi... ona nie skrzywdzi Randa “bardziej niż będzie musiała”.
Wzrok Cadsuane na chwilę napotkał wzrok Min i ta zadygotała. Jakoś go ochroni teraz, kiedy nie mógł bronić się sam przed Amys, Dashivą i Cadsuane. Jakoś. Nieświadomie zaczęła nucić kołysankę, delikatnie kołysząc Randa. Jakoś.
37
List z pałacu
Świt dnia, jaki nastał po Święcie Ptaków, przyniósł silne wiatry od Morza Sztormów, które przynajmniej nieco złagodziły skwar panujący w Ebou Dar. Niemniej jednak bezchmurne niebo i czerwono-złota kopuła słońca na horyzoncie obiecywały ponowną katorgę upałów, gdy tylko wiatr ustanie. Mat spieszył przez Pałac Tarasin, w rozchełstanym zielonym kaftanie i koszuli zasznurowanej jedynie do połowy. Z pewnością nie był panicznie przestraszony, ale wzdrygał się — znacznie częściej i bardziej niespokojnie, niżby sobie życzył — za każdym razem, gdy mijała go jakaś służebna, poświstując halkami i obdarzając uśmiechem. Tak, najgorsze były te ich uśmiechy, jakby wszechwiedzące.
Gdy był już na miejscu, zwolnił kroku i niemalże na palcach wemknął się na ocieniony chodnik graniczący z dziedzińcem stajennym. Między żłobionymi w rowki kolumnami pożółkłe wynędzniałe rośliny w wielkich czerwonych donicach oraz pnącza o szerokich liściach z czerwonymi żyłkami zwisające z metalowych koszy na łańcuchach tworzyły coś w rodzaju cienkiej zasłony. Odruchowo naciągnął rondo kapelusza na czoło, pragnąc zasłonić twarz. Obłapił dłońmi włócznię - ashandarei, tak j ą nazywała Birgitte — bezmyślnie wodząc palcem po drzewcu, jakby zanosiło się na to, że znowu trzeba będzie się bronić. Kości we wnętrzu jego głowy toczyły się żywo, ale choć raz nie stanowiły głównej przyczyny przepełniającego go niepokoju. Źródłem niepokoju była osoba Tylin.
Pod wysokimi sklepionymi łukami zewnętrznych bram czekał szereg sześciu zamkniętych powozów z zieloną Kotwicą i Mieczem Domu Mitsobar wymalowanymi na drzwiach; konie były już zaprzężone, a woźnice w liberiach siedzieli na kozłach. Widział naprzeciwko nich ziewającego Naleseana w kaftanie w żółte paski, a także Vanina, który siedział zgarbiony na odwróconej do góry dnem beczce nieopodal wrót stajni, najprawdopodobniej spał. Większość pozostałych żołnierzy Legionu przykucnęła na bruku dziedzińca i cierpliwie czekała, kilku grało w kości w cieniu ogromnych pobielonych stajni. Elayne stała w pół drogi między Matem a powozami, tuż po drugiej stronie zasłony z roślin. Była z nią Reanne Corly, a także, blisko nich, siedem innych uczestniczek tego osobliwego zebrania, na które wtargnął poprzedniego wieczora; Reanne była jedyną, która nie nosiła czerwonego pasa Mądrej Kobiety. Obawiał się, że nie pojawią się tego ranka. Wszystkie przybrały miny osób przyzwyczajonych do dyrygowania nie tylko własnym życiem, ale również cudzym, ich włosy zaś miały w sobie więcej niż tylko odrobinę siwizny, a mimo to przyglądały się młodzieńczej twarzy Elayne z wyraźnym wyczekiwaniem, jakby były gotowe skakać na jej rozkaz. Całej grupie poświęcił jednak tylko moment swej uwagi — nie było wśród nich tej kobiety, z powodu której gotów był prawie wyskoczyć ze skóry. Tylin sprawiała, że czuł się... no cóż... “bezbronny” — takie tylko określenie zdawało się tu pasować, jakkolwiek niedorzecznie by brzmiało.