Выбрать главу

Po Elayne było widać, że toczy jakąś wewnętrzną walkę. Zacisnęła wargi, ale jedno musiał jej oddać: była zbyt sprytna, by ciągnąć coś, co najwidoczniej nie skutkowało. Z drugiej strony, cokolwiek by robiła, za nic nie potrafiła się wyzbyć tego protekcjonalnego tonu. Mimo iż tamte kobiety wszystkiego słuchały.

— Mat, wiesz, że nie możemy wyjechać, dopóki nie wypróbujemy Czary. — Wyniosły podbródek pozostał zadarty, a jej ton stanowił w najlepszym razie coś pośredniego pomiędzy wyjaśnieniem a rozkazem. — Być może będziemy potrzebowały kilku dni, by nabrać wprawy w posługiwaniu się nią, może nawet tygodnia czy więcej, a zatem mamy czas, by spróbować wykończyć Carridina. — Tak jej głos zaskrzypiał, kiedy wymawiała to nazwisko, że można było pomyśleć, iż żywi względem niego jakąś osobistą urazę. Ale równocześnie ujawniła coś jeszcze, a kiedy to zrozumiał, poczuł się, jakby ktoś pięścią zdzielił jego mózg.

— Tydzień! — Mając wrażenie, że coś go dusi, wsunął palec pod chustę zapętloną na szyi i szarpnął, żeby ją rozluźnić. Ubiegłej nocy Tylin wykorzystała ten kawał czarnego jedwabiu, żeby skrępować mu ręce, zanim się zorientował, co ona robi. Tydzień. Albo i więcej! Mimo wszelkich starań w jego głosie zabrzmiała odrobina zdenerwowania. — Elayne, Czarę bez wątpienia możecie wypróbować w dowolnym miejscu. To wcale nie musi być tutaj. Egwene na pewno chce, abyście wróciły jak najszybciej; założę się, że przydałoby jej się kilka przyjaciółek. — Sądząc po tym, co widział przy ich ostatnim spotkaniu, przydałoby jej się ich kilka setek. Może kiedy już zmusi te kobiety do powrotu, Egwene będzie gotowa zrezygnować z tego bzdurnego pomysłu zasiadania na Tronie Amyrlin i pozwoli zabrać siebie do Randa, razem z Elayne, Nynaeve i Aviendhą. — A co z Randem, Elayne? A Caemlyn? A Tron Lwa? Krew i popioły, przecież wiesz, że powinnaś jak najszybciej dotrzeć do Caemlyn, żeby Rand mógł ci przekazać Tron. — Z nie znanego mu powodu jej twarz stawała się coraz czerwieńsza z każdym jego słowem, a oczy rzucały groźne błyski. Powiedziałby, że chyba jest oburzona, gdyby, rzecz jasna, miała ku temu jakikolwiek powód.

Kiedy skończył, gniewnie otwarła usta, najwyraźniej zamierzając się kłócić, on zaś zebrał się w sobie, gotów wymieniać wszystkie obietnice, jakie złożyła jemu i do Szczeliny Zagłady, a cała rzecz odbyłaby się na oczach Reanne i reszty. Sądząc po wyrazie ich twarzy, gdyby były na miejscu Elayne, już dawno utarłyby mu nosa.

Niemniej, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, tłusta posiwiała kobieta w liberii Domu Mitsobar dygnęła, najpierw przed Elayne, potem przed kobietami noszącymi czerwone pasy, a na koniec przed nim.

— To od Królowej Tylin, panie Cauthon — rzekła Laren, podając koszyk nakryty pasiastą serwetą, wokół rączki miał zaplecione małe czerwone kwiatki. — Nie śniadałeś jeszcze, a przecież winieneś zachować siły.

Mat poczuł, że palą go policzki. Kobieta teraz ledwie na niego spojrzała, ale zdążyła przecież obejrzeć go sobie o wiele dokładniej niż za pierwszym razem, kiedy to prowadziła go przed oblicze Tylin. Znacznie dokładniej. To na jej widok usiłował się schować pod jedwabną narzutą, kiedy ubiegłej nocy przyniosła tacę z wieczerzą. Nic już z tego nie rozumiał. Te kobiety zmuszały go, żeby podrygiwał i czerwienił się jak jakaś dziewczyna. Za nic nie potrafił tego pojąć.

— Na pewno nie wolałbyś zostać tutaj? — spytała Elayne. — Jestem przekonana, że Tylin ucieszyłaby się z twego towarzystwa przy śniadaniu. Królowa zdradziła, że uważa cię za cudownie zabawnego i nad podziw uległego — dodała z wyraźnym zwątpieniem w głosie.

Mat umknął w stronę powozów z koszykiem w jednej ręce i ashandarei w drugiej.

— Czy wszyscy mężczyźni z północy są tacy nieśmiali? — spytała Laren.

Zaryzykował i, nie zatrzymując się, obejrzał przez ramię, po czym westchnął z ulgą. Służąca już podkasywała spódnice, odwracając się, by przejść za zasłonę z roślin, a Elayne dała znak Reanne i Mądrym Kobietom, by skupiły się ciasnym kręgiem wokół niej. Zadygotał, mimo woli. Kobiety naprawdę okażą się kiedyś przyczyną jego zguby.

Znalazł się właśnie przy najbliższym powozie i omal nie upuścił koszyka na widok Beslana siedzącego na stopniu; promienie słońca odbijały się od wąskiej klingi obnażonego miecza, którą tamten właśnie oglądał.

— Co ty tu robisz? — zawołał Mat.

Beslan schował miecz do pochwy, a jego twarz rozciągnęła się w uśmiechu.

— Jadę z wami do Rahad. Liczę, że tam dzięki tobie zabawimy się jeszcze zacniej.

— Oby tak się stało. — Nalesean ziewnął, zasłaniając usta dłonią. — Ubiegłej nocy nie zaznałem zbyt wiele snu, a teraz ty mnie wleczesz dokądś, mimo że kręci się tu tyle kobiet Ludu Morza. — Vanin wyprostował się na swojej beczce, rozejrzał dookoła i stwierdziwszy, że nic się nie dzieje, na powrót zgarbił plecy i zamknął oczy.

— Żadnej zabawy, jeśli to tylko będzie zależało ode mnie — prychnął Mat. A więc Nalesean się nie wyspał? Ha! Cała ta banda zabawiała się na święcie. Trudno powiedzieć, by on sam nie bawił się chwilami zupełnie nieźle, ale niestety tylko wtedy, gdy udawało mu się zapomnieć, że jest z kobietą, która uważała go za jakąś przeklętą lalkę. — Jakie kobiety z Ludu Morza?

— Nynaeve Sedai wróciła ubiegłej nocy, sprowadzając ich tu tuzin albo i więcej, Mat. — Beslan gwizdnął, a jego ręce wykonały ruchy naśladujące kołysanie. — Żebyś ty widział, jak one się ruszają, Mat...

Mat pokręcił głową. Nie potrafił zebrać myśli, Tylin mu namieszała w głowie. Nynaeve i Elayne opowiedziały mu o Poszukiwaczkach Wiatru, wymusiwszy najpierw przyrzeczenie, że zachowa wszystko w tajemnicy. W końcu mu to wyjawiły, mimo iż najpierw usiłowały ukryć nawet to, dokąd Nynaeve się wybiera, nie mówiąc już o celu wyprawy. I ani razu się przy tym nie zaczerwieniły. “Kobiety dotrzymują obietnic na swój własny sposób”, mówiło przysłowie. Dziwne, że Lawtin i Belvyn nie przyłączyli się do pozostałych Czerwonorękich. Być może Nynaeve postanowiła zrekompensować zachowanie tamtych, pozwalając im zostać. “...Na ich własny sposób”. Ale skoro sprowadziła już Poszukiwaczki Wiatru do pałacu, to w takim razie próby z Czarą nie będą musiały trwać przez tydzień. Światłości, błagam: nie!

Jakby wezwana jego myślami, zza zasłony roślin wyłoniła się Nynaeve. Matowi opadła szczęka. A ten wysoki mężczyzna w ciemnozielonym kaftanie, który wisiał u jej ramienia, to przecież Lan! Czy może raczej ona wisiała na jego ramieniu, wczepiona w nie obiema dłońmi. I nie odrywała przy tym ani na chwilę roześmianego wzroku od jego twarzy. O każdej innej kobiecie Mat powiedziałby, że jest rozmarzona i całkiem rozkojarzona, ale to była przecież Nynaeve.

Wzdrygnęła się, kiedy do niej dotarło, gdzie się znajduje i pospiesznie odsunęła od Lana, ale nadal trzymała go za rękę. Suknię wybrała sobie nie lepszą niż Elayne, całą z niebieskiego jedwabiu i ozdobioną zielonymi haftami, z tak głębokim dekoltem, że było widać ciężki złoty pierścień, który byłby się zsunął z jej dwóch złączonych kciuków, a który teraz dyndał na cienkim złotym łańcuszku między piersiami. Szerokie rondo kapelusza, który trzymała za wstążki, było obrzeżone niebieskimi piórami, a zielony płaszcz podróżny wyróżniał się niebieskim haftem. W porównaniu z nią, pozostałe kobiety, odziane w proste wełny, a nawet i sama Elayne, wyglądały nadzwyczaj bezbarwnie.