Powozy nareszcie doturlały się do rzeki i zatrzymały przy jednym z długich kamiennych molo wyposażonych w stopnie, z których wsiadało się na pokłady przycumowanych łodzi. Schował gomółkę ciemnożółtego sera i pajdę chleba do kieszeni, po czym wsunął koszyk pod siedzenie. Czuł głód, ale niestety, komuś w kuchniach za bardzo się spieszyło, w koszyku był wprawdzie jeszcze gliniany garniec pełen ostryg, ale tamten w kuchni najwyraźniej zapomniał je ugotować.
Wygramoliwszy się śladem Lana z powozu, pozostawił Naleseana i Beslana, by pomogli innym w wysiadaniu z kolejnych ekwipaży, które w końcu powoli docierały na miejsce. Blisko pół tuzina mężczyzn i to wcale jakieś ułomki rodem z Cairhien: jechali stłoczeni niczym jabłka w beczce, toteż wysiadali całkiem sztywni. Mat ułożył sobie ashandarei na ramieniu, po czym wyprzedził Strażnika, kierując się w stronę powozu, który jechał na czele. Nynaeve i Elayne będą musiały poświęcić mu uwagę i nieważne, kto będzie się temu przysłuchiwał. One próbowały zataić fakt pojawienia się Moghedien! Nie wspominając już o tych dwóch poległych! Już on je...! Zmitygował się, nagle aż nadto świadom obecności górującego nad nim Lana, podobnego z tym mieczem przy biodrze do kamiennego posągu. Ale przynajmniej Dziedziczka Tronu posłucha sobie, co on myśli o robieniu tajemnic z takich rzeczy.
Nynaeve stała na molo; kiedy tam dotarł, zawiązywała właśnie tasiemki od kapelusza z niebieskimi piórami i zwracała się do kogoś, kto jeszcze siedział w powozie.
— ...to się jakoś rozwiąże, to pewne, ale kto by pomyślał, że akurat Atha’an Miere zażądają czegoś takiego, choćby nawet prywatnie.
— Ależ, Nynaeve — odrzekła Elayne, wysiadając ze swym kapeluszem z zielonymi piórami w ręku — jeżeli ostatnia noc była tak wspaniała, jak mówisz, to jak możesz się skarżyć na...
Wtedy właśnie zdały sobie sprawę z obecności jego i Lana. Tak naprawdę, to głównie chodziło o Lana. Oczy Nynaeve otwierały się coraz szerzej, a jej twarz tak poczerwieniała, że dwa zachody słońca mogłyby się zawstydzić. Może nawet trzy. Elayne zastygła w miejscu, z jedną nogą ciągle jeszcze na stopniu powozu, i zmierzyła Strażnika takim wzrokiem, jakby uważała, że właśnie chytrze się do nich podkradł. Lan jednakże spojrzał z góry na Nynaeve — w oczach miał pewnie nie więcej wyrazu niż kołek w płocie — i Nynaeve, mimo iż wydawała się gotowa wpełznąć pod powóz i tam się schować, spojrzała mu w twarz, jakby na świecie nie istniało nic innego. Uświadomiwszy sobie, że marnuje tutaj swoje miny, Elayne zdjęła nogę ze stopnia i usunęła się z drogi Reanne oraz dwóm innym Mądrym Kobietom, które jechały z nią tym samym powozem: Tamarli i siwiejącej Saldaeance o imieniu Janira. Nie poddała się jednak; o, co to, to nie. Adresatem tej nachmurzonej miny stał się natomiast Mat Cauthon, a jeśli wyraz jej twarzy cokolwiek się zmienił, to tylko tyle, że wyrażał jeszcze większy gniew. Mat parsknął i pokręcił głową. Tak to już zazwyczaj się działo, że jak kobieta się myliła, to potrafiła znaleźć tyle powodów do obarczenia winą najbliższego mężczyzny, że ów ostatecznie nabierał przekonania, iż może rzeczywiście pobłądził. Z jego doświadczeń wynikało, ze starych czy nowych wspomnień, że istniały tylko dwa rodzaje sytuacji, w których kobieta przyznawała się do pomyłki: kiedy czegoś chciała i kiedy w samym środku lata spadł śnieg.
Nynaeve ścisnęła swój warkocz, nie wkładając w to jednak specjalnie serca. Chwilę przebierała palcami, po czym puściła warkocz i dla odmiany zaczęła splatać i rozplatać dłonie.
— Lan — zaczęła niepewnie — tylko nie myśl, że ja opowiadałabym o...
Strażnik przerwał jej zgrabnie, kłaniając się i oferując ramię.
— Jesteśmy w miejscu publicznym, Nynaeve. W miejscu publicznym możesz sobie mówić, co tylko chcesz. Czy wolno mi odprowadzić cię do łodzi?
— Ależ tak — odparła, kiwając głową z takim zapałem, że omal nie spadł jej kapelusz. Pośpiesznie poprawiła go obiema dłońmi. — Tak, tak. W miejscu publicznym. Odprowadź mnie. — Ująwszy go pod ramię, odzyskała nieco pewności siebie, przynajmniej jeśli sądzić po minie. Podkasawszy płaszcz podróżny wolną ręką, niemal powlokła go w stronę mola.
Mat zastanawiał się, czy ona przypadkiem się nie rozchorowała. Uwielbiał wprawdzie widok Nynaeve, której przytarto rogów, ale to nigdy nie trwało dłużej niż dwa oddechy. Aes Sedai nie potrafiły Uzdrawiać samych siebie. Może powinien zasugerować Elayne, by to ona zajęła się dolegliwościami Nynaeve. Osobiście unikał Uzdrawiania jak śmierci — albo małżeństwa — ale najwyraźniej inni mieli na ten temat odmienne zdanie. Najpierw jednakże miał zamiar skierować kilka starannie dobranych słów na temat skrytości i tajemniczości do Elayne.
Otwarłszy usta, uniósł palec upominającym gestem...
...a Elayne wbiła mu w pierś swój palec, z tak zaciętą miną kryjącą się pod tym upierzonym kapeluszem, że aż go zabolały palce u stóp.
— Pani Corly — rzekła lodowatym głosem królowej ogłaszającej wyrok — wyjaśniła mnie i Nynaeve, jakie jest znaczenie tych czerwonych kwiatków przy koszyku, dobrze więc, że chociaż miałeś choć tyle wstydu, żeby go schować.
Nawet Nynaeve nie przyszłoby na myśl, że można się tak zaczerwienić, jak jemu się teraz udało. Kilka kroków dalej Reanne Corly i pozostałe dwie Mądre Kobiety mocowały kapelusze i poprawiały suknie w taki sposób, w jaki kobiety zawsze to robią przy wstawaniu, siadaniu albo kiedy zajdzie konieczność zrobienia trzech kroków. Niemniej jednak, mimo iż tak się skupiły na swoim odzieniu, i tak rzucały spojrzenia w jego kierunku, i po raz pierwszy chyba nie wyrażały w nich ani dezaprobaty, ani zaskoczenia. Nie miał pojęcia, że te cholerne kwiaty cokolwiek znaczą! Dziesięć zachodów słońca nie mogłoby iść w konkury z jego spąsowiałą twarzą.
— A więc to tak! — Elayne mówiła cichym głosem przeznaczonym wyłącznie dla jego uszu, ale za to przepełnionym obrzydzeniem i pogardą. Szarpnęła za połę swego płaszcza, jakby się bała, że się o niego otrze. — A więc to prawda! Nigdy bym się tego nie spodziewała, nawet po tobie! Jestem pewna, że Nynaeve też by nie uwierzyła. Wszelkie obietnice, jakie ci złożyłam, zostają niniejszym anulowane! Nie będę dochowywała żadnych przyrzeczeń złożonych mężczyźnie, który potrafi siłą narzucać swoje względy kobiecie, jakiejkolwiek kobiecie, a zwłaszcza królowej, która zaoferowała mu...
— Ja niby narzucam jej swoje względy siłą!?-krzyknął. Czy raczej próbował krzyknąć; dławił się, więc wyszedł z tego charkot.
Złapawszy Elayne za ramiona, odciągnął ją na bok. Mijali ich śpiesznie dokerzy, odziani w kamizele z zielonej skóry narzucone na nagie torsy; taszczyli na ramionach worki, toczyli beczki po nabrzeżu albo pchali niskie wózki wyładowane pakami, jak jeden mąż omijając powozy szerokim łukiem. Królowa Altary mogła nie dysponować dużą władzą, ale jej pieczęć na drzwiach pojazdu wystarczała, by ludzie z gminu dawali takiemu dużo wolnej przestrzeni. Nalesean i Beslan wprowadzili Czerwonorękich na pomost, gawędząc ze sobą po drodze. Vanin zamykał pochód i wpatrywał się ponuro w lekko wzburzoną rzekę; twierdził, że na łodzi jego żołądek robi się bardzo wrażliwy. Mądre Kobiety z obu powozów zgromadziły się przy Reanne, obserwując Mata i Elayne, ale nie podeszły dostatecznie blisko, by móc podsłuchiwać. Dalej szeptał ochryple, nie przejmując się nimi.