Выбрать главу

— Tylko mnie posłuchaj! Tamta kobieta nie przyjmuje “nie” w odpowiedzi; ja mówię “nie”, a ona śmieje się ze mnie. Morzyła mnie głodem, oszukiwała, uganiała się za mną jak za jakimś jeleniem! Przecież ona ma tyle rąk, ile sześć kobiet razem wziętych. Zagroziła, że każe służebnym mnie rozebrać, jeśli nie pozwolę jej... — Nagle dotarło do niego, co on właściwie wygaduje. I przy kim. Udało mu się zamknąć usta, zanim połknął muchę i bardzo się też zainteresował jednym z ciemnych metalowych kruków, którymi było inkrustowane drzewce ashandarei, dzięki czemu nie musiał patrzeć Elayne w oczy. — Chcę powiedzieć, że ty nic nie rozumiesz — wybąkał. — Wszystko zrozumiałaś opacznie. — Zaryzykował i zerknął na nią spod skraju ronda.

Policzki spąsowiały jej nieznacznie, ale twarz miała tak uroczystą jak oblicza marmurowych popiersi.

— Wydaje się... wydaje się, że być może istotnie niewłaściwie to zrozumiałam — odparła z powagą. — To... bardzo źle świadczy o Tylin. — Odniósł wrażenie, że drgnęły jej wargi. — Czy zastanawiałeś się może nad ćwiczeniem uśmiechów przed lustrem, Mat?

Zaskoczony zamrugał.

— Że co?

— Słyszałam z wiarygodnego źródła, że robią tak młode kobiety, które wpadły w oko jakiemuś królowi. — Coś sprawiło, że ten śmiertelnie poważny ton uległ nagłemu załamaniu i tym razem nie miał wątpliwości, że naprawdę drgnęły jej wargi. — Mógłbyś też wypróbować trzepotanie rzęsami. — Przygryzła dolną wargę, odwróciła się, po czym z trzęsącymi się ramionami i w płaszczu rozdętym na wietrze pospieszyła w dół mola. Nim jednak odeszła tak daleko, że nie mógł jej usłyszeć, już krztusząc się ze śmiechu, opowiadała o jakimś “smaku jego własnego lekarstwa”. Reanne i Mądre Kobiety mknęły jej śladem niczym stadko kur, które biegnie za kurczakiem, zamiast na odwrót. Kilku marynarzy o obnażonych torsach przestało zwijać liny czy cokolwiek akurat robili i z szacunkiem skłoniło głowy, kiedy ta procesja ich mijała.

Porwawszy swój kapelusz, Mat zastanowił się, czy nie cisnąć go na ziemię i nie podeptać. Kobiety! Powinien był to przewidzieć i nie spodziewać się współczucia. Z chęcią by udusił przeklętą Dziedziczkę Tronu. I Nynaeve również, dla zasady. Ale oczywiście nie mógł tego zrobić. Obiecał. Kości ni stąd, ni zowąd zaczęły się posługiwać jego czaszką niczym kubkiem. A na dodatek jeden z Przeklętych mógł się gdzieś plątać w pobliżu. Poprawił kapelusz i pomaszerował w dół mola, przepychając się po drodze obok Mądrych Kobiet. Dogonił Elayne, która nadal usiłowała stłumić chichot, ale za każdym razem, gdy trafiała na niego wzrokiem, rumieniec powracał i podobnie chichot.

Wbił wzrok w przestrzeń. Cholerne kobiety! Cholerne przyrzeczenia! Zdjął na chwilę kapelusz, by ściągnąć z szyi rzemyk, po czym z niechęcią wysunął w jej kierunku swoją dłoń ze srebrną lisią głową.

— Ty i Nynaeve będziecie musiały zdecydować, która z was będzie nosiła ten medalion. Ale chcę go dostać z powrotem, gdy już będziemy wyjeżdżali z Ebou Dar. Rozumiesz? Dokładnie w chwili, gdy będziemy wyjeżdżali...

Nagle dotarło do niego, że idzie sam. Odwróciwszy się, spostrzegł Elayne, która zatrzymała się dwa kroki wcześniej i teraz podobna do słupa soli gapiła się na niego razem z Reanne i pozostałymi zbitymi za nią w gromadę.

— O co teraz chodzi? — spytał podniesionym głosem. — Aha. Tak, wiem wszystko o Moghedien. — Jakiś chuderlawy mężczyzna, z czerwonymi kamykami w mosiężnych kolczykach, który zwijał linę cumowniczą, obrócił się na pięcie tak szybko, gdy usłyszał to imię, że aż wyleciał za burtę z głośnym krzykiem i wpadł do wody z jeszcze głośniejszym pluskiem. Mata nic nie obeszło, kto to może słyszeć. — Próbowałyście zachować w tajemnicy, że się zjawiła... oraz to, że dwóch moich ludzi nie żyje!... mimo danego mi przyrzeczenia. No cóż, pogadamy o tym później. Ja też coś przyrzekłem; przyrzekłem, że zachowam was dwie przy życiu. Moghedien będzie dybała na was, jeśli się jeszcze pokaże. Bierz, trzymaj. — Znowu podsunął jej medalion.

Zdumiona, powoli pokręciła głową, po czym odwróciła się i mruknęła coś do Reanne. Dopiero wtedy, gdy starsze kobiety ruszyły w stronę Nynaeve, która przywoływała je ze szczytu stopni wiodących do łodzi, wzięła do ręki lisią głowę i obróciła ją w palcach.

— Czy masz pojęcie, czego bym nie zrobiła, by móc go zbadać? — spytała cicho. — Jakiekolwiek pojęcie? — Była wysoka jak na kobietę, ale nadal musiała zadzierać głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Takim wzrokiem, jakby go widziała pierwszy raz w życiu. — Nieznośny z ciebie człowiek, Macie Cauthon. Lini powiedziałaby, że się powtarzam, ale ty...! — Odetchnąwszy, Elayne podniosła rękę, zdjęła mu z głowy kapelusz i zawiesiła rzemyk z powrotem na jego szyi. Mało tego, schowała jeszcze lisią głowę pod koszulę, poklepała ją i dopiero wtedy oddała mu kapelusz. — Nie nałożę go, dopóki Nynaeve albo Aviendha też takiego nie będą miały, i sądzę, że one postąpiłyby tak samo. Ty go noś. Wszak nie będziesz mógł chyba dotrzymać swojej obietnicy, jeśli Moghedien zabije właśnie ciebie. Zresztą nie wydaje mi się, że ona gdzieś tu jest. Moim zdaniem wierzy, że zabiła Nynaeve i nie zdziwiłabym się, gdyby pojawiła się tu tylko w tym celu. Ale ty musisz uważać. Nynaeve powiada, że nadciąga burza i wcale nie wiąże jej z tym wiatrem. Ja... — Znowu oblała się lekkim rumieńcem. — Przepraszam, że się z ciebie wyśmiewałam. — Chrząknęła, odwracając wzrok. — Czasami zapominam o obowiązkach względem swoich poddanych. Jesteś zacnym poddanym, Macie Cauthon. Dopilnuję, by Nynaeve zrozumiała, jak się naprawdę przedstawia sprawa między... tobą i Tylin. Może będziemy mogły pomóc.

— Nie! — wybuchnął. — Znaczy się, tak. Znaczy się... To jest... Och, już sam nie wiem, co chcę powiedzieć. Prawie żałuję, żeś poznała prawdę. — Nynaeve i Elayne, które zasiadają do herbatki, by wspólnie przedyskutować sprawę jego i Tylin. Ciekawe, jak miałby im to potem wymazać z pamięci? I czy potrafiłby choćby spojrzeć im w oczy? Ale jeśli one mu nie pomogą... Znajdował się w potrzasku, między wilkiem a niedźwiedziem, i nie miał dokąd uciec. — A żesz to owcze bobki! Owcze bobki i przeklęte cebulki w maśle glazurowane! — Niemalże zapragnął, żeby zbeształa go za ten język, jakby to zrobiła z pewnością Nynaeve, dzięki czemu zmieniliby temat.

Elayne bezdźwięcznie poruszyła wargami i przez chwilę miał dziwne wrażenie, że ona powtarza to, co właśnie wykrzyknął. Przecież nie mogła tego robić. Coś mu się przywidziało, to wszystko. A potem powiedziała na głos:

— Rozumiem — takim tonem, jakby rzeczywiście rozumiała. — No chodźże już, Mat. Nie możemy mitrężyć czasu, wystając tak tutaj.

Wytrzeszczywszy oczy, przypatrywał się jej, jak zakasuje spódnice i płaszcz, by przejść po molo. Zrozumiała? Zrozumiała i nie wygłosiła żadnego zgryźliwego komentarza ani jednej uszczypliwej uwagi? I był jej poddanym. Zacnym poddanym. Ruszył za nią, głaszcząc medalion. Spodziewał się, że będzie musiał się bić, aby go odzyskać. Choćby nawet żył tyle lat co dwie Aes Sedai razem wzięte, nie zrozumie kobiet, a już na pewno nigdy arystokratek, bo te były po prostu najgorsze.