Kiedy dotarł do stopni, po których Elayne zeszła na pokład, dwaj wioślarze z mosiężnymi kołami w uszach odpychali już łódź od nabrzeża. Elayne właśnie zaganiała Reanne oraz ostatnią z Mądrych Kobiet do kabiny, Lan natomiast stał na dziobie razem z Nynaeve. Beslan gestem przywołał go do drugiej łodzi, na której zgromadzili się wszyscy mężczyźni z wyjątkiem Strażnika.
— Nynaeve powiedziała, że tu nie ma miejsca dla żadnego z nas — wyjaśnił Nalesean, kiedy rozchybotana łódź wypłynęła na środek Eldaru. — Twierdziła, że narobimy tłoku. — Beslan roześmiał się, rozglądając po ich pokładzie. Vanin usiadł obok kabiny z zamkniętymi oczyma, usiłując udawać, że znajduje się zupełnie gdzieś indziej.
Harnan i Tad Kandel, Andoranin, mimo karnacji równie ciemnej jak wioślarz, wspięli się na daszek kabiny, pozostali żołnierze Legionu przycupnęli w różnych miejscach pokładu, starając się nie wchodzić w paradę załodze łodzi. Żaden nie wszedł do kabiny, wszyscy najwyraźniej zwlekali, by przekonać się, czy Mat, Nalesean albo Beslan nie będą jej przypadkiem potrzebowali.
Mat zajął miejsce obok wysokiego masztu na dziobie i stamtąd przyglądał się ukradkiem drugiej łodzi posuwającej się tuż przed nimi pchnięciami długich wioseł. Wiatr chłostał spienione ciemne wody, rozwiewał jego chustę i usiłował porwać kapelusz. Co ta Nynaeve knuje? Pozostałe dziewięć kobiet na drugiej łodzi schroniło się do kabiny, pozostawiając pokład na wyłączny użytek jej i Lana. Oboje stali na dziobie, Lan z rękoma splecionymi na piersiach, Nynaeve gestykulowała, jakby coś mu tłumaczyła. Tyle że Nynaeve rzadko kiedy cokolwiek tłumaczyła. Może nawet nie tyle rzadko, co raczej nigdy.
Cokolwiek robiła, nie trwało to długo. W głębi zatoki można już było dostrzec grzywiaste fale, tam gdzie rakery, szkimery i sojrery Ludu Morza kołysały się na swych kotwicach. Rzeka nie była silnie wzburzona, a jednak łódź chybotała się jeszcze gorzej, niż Mat zapamiętał z ostatniego rejsu. Nie upłynęło dużo czasu i Nynaeve przewiesiła się przez reling, po czym, podtrzymywana przez Lana, zaczęła się pozbywać śniadania. To przypomniało Matowi o jego własnym żołądku, wetknąwszy kapelusz pod pachę, żeby go wiatr nie porwał, wyciągnął z kieszeni kawałek sera.
— Beslan, czy możliwe, żeby burza rozpętała się, zanim wrócimy z Rahad? — Zjadł kawałek sera o ostrym smaku, w Ebou Dar mieli pięćdziesiąt najrozmaitszych gatunków, wszystkie smaczne. Nynaeve nadal trwała przewieszona przez krawędź burty. Ile ta kobieta zjadła dziś rano? — Nie wiem, gdzie się schronimy, jeśli nas złapie. — Ze wszystkich tych oberży, które odwiedził w Rahad, nie przychodziła mu do głowy ani jedna, do której mógłby zabrać kobiety.
— Nie będzie żadnej burzy — powiedział Beslan, sadowiąc się na relingu. — To są zimowe pasaty. Pasaty wieją dwa razy w roku, pod koniec zimy i późnym latem, a poza tym wiałyby znacznie mocniej, gdyby się zanosiło na burzę. — Skierował lekko zawiedzione spojrzenie w stronę zatoki. — Co roku te wiatry sprowadzają... sprowadzały... statki z Tarabonu i Arad Doman. Ciekaw jestem, czy jeszcze kiedyś tak będzie.
— Koło obraca się... — zaczął Mat i udławił się grudką sera. Krew i popioły, zaczyna już gadać jak jakiś siwowłosy staruch wygrzewający obolałe stawy przed kominkiem. Gryzie się tym, że miałby zabrać kobiety do jakiejś podejrzanej oberży. Jeszcze rok, pół roku temu zabrałby je i byłby się zaśmiewał na widok ich wybałuszonych oczu, byłby się zaśmiewał z każdego wyniosłego prychnięcia. — No cóż, może jednak uda ci się zabawić w Rahad. Ktoś na pewno zechce zwędzić czyjąś sakiewkę albo porwać naszyjnik Elayne. — Może tego właśnie potrzebował, żeby zmyć posmak trzeźwości z języka. Trzeźwość. Światłości, co za słowo w połączeniu z Matem Cauthonem! Tylin musiała go chyba nastraszyć bardziej, niż myślał, skoro marniał w taki sposób. Może potrzebował zabawy z rodzaju tych, za którymi gonił Beslan. To było istne szaleństwo... w życiu nie widział takiej bójki, z której raczej wolałby zrezygnować... jednak być może...
Beslan pokręcił głową.
— Jeśli ktoś ma wiedzieć, gdzie można się zabawić, to tylko ty, ale... Będziemy tam w towarzystwie siedmiu Mądrych Kobiet, Mat. Wystarczy jedna u twego boku, i gdy w Rahad spoliczkujesz człowieka, ten tylko ugryzie się w język i odejdzie. I te kobiety. Co zabawnego w całowaniu kobiety, jeśli nie ryzykujesz, że ona dźgnie cię nożem?
— A żeby mi dusza sczezła — burknął Nalesean z gęstwiny swojej brody. — Wychodzi na to, że zwlokłem się z łóżka po to tylko, by nudzić się przez cały poranek.
Beslan przytaknął ze współczuciem.
— Ale jak nam szczęście dopisze... Gwardia Obywatelska posyła czasami patrole do Rahad i kiedy urządzają obławę na przemytników, ubierają się tak jak wszyscy. Im się wydaje, że nikt nie zauważy kilkunastu mężczyzn z mieczami, niezależnie od ubioru, i zawsze się dziwią, jak przemytnicy biorą ich z zaskoczenia, do czego dochodzi niemal za każdym razem. Jeżeli szczęście Mata, jego szczęście ta’veren, będzie po naszej stronie, to może zostaniemy wzięci za żołnierzy Gwardii i jacyś przemytnicy zaatakują nas, nim spostrzegą te czerwone pasy. — Nalesean pojaśniał i zaczął zacierać ręce.
Mat zgromił ich wzrokiem. Może jednak zabawy w stylu Beslana w niczym mu nie pomogą. A przede wszystkim miał już po dziurki w nosie kobiety z nożami. Nynaeve nadal wisiała za burtą płynącej przed nimi łodzi; to ją nauczy, że nie powinna się tak objadać. Pochłonąwszy ostami kawałek sera, zabrał się za chleb i usiłował nie zwracać uwagi na kości toczące się w głowie. Spokojna podróż rzeką, bez żadnych kłopotów po drodze, wcale nie wydawała się aż taka zła. Szybka wyprawa, a potem szybki wyjazd z Ebou Dar.
W Rahad zastali wszystko tak, jak zapamiętał z poprzedniego pobytu, i zresztą tak, jak się obawiał Beslan. Wiatr sprawił, że wspinaczka po stopniach z szarego kamienia wiodących na molo przeobraziła się w bohaterski wyczyn, potem zaczął dąć jeszcze silniej. Podobnie jak po drugiej stronie rzeki, również tę część miasta przecinało całe mnóstwo kanałów, ale tutaj mosty były zwyczajne, oblepione brudem kamienne parapety popękały i skruszały, połowa kanałów była tak zamulona, że mali chłopcy brodzili w nich, zanurzeni zaledwie do pasa, a barek było jak na lekarstwo. Wysokie budynki tłoczyły się jedne na drugie, przysadziste konstrukcje — pokryte chropawym, niegdyś białym tynkiem, który odpadał wielkim płatami, ukazując nadgryzione erozją czerwone cegły — stały przy wąskich uliczkach brukowanych spękanymi płytami. To znaczy tam, gdzie jeszcze nie zdążono ich wykraść. Światło poranka nie docierało w te ponure zakątki. W co trzecim oknie suszyło się bure pranie, wyjąwszy domy opuszczone przez mieszkańców, w których okna ziały pustką niczym oczodoły czaszki. Powietrze przesycał słodko-kwaśny odór rozkładu całomiesięcznej zawartości nocników oraz odpadków gnijących tam, gdzie ktoś je cisnął. W ten sposób, na każdą muchę po drugiej stronie Eldar tu brzęczało ich sto, tworzących niebieskie i zielone chmury. Mat zauważył odrapane niebieskie drzwi “Złotej Korony Niebios” i wzdrygnął się na myśl o wprowadzaniu tu kobiet, gdyby jednak burza się zerwała — wbrew temu, co mówił Beslan. Te jego obiekcje bardzo go niepokoiły. Coś działo się z nim i wcale mu się to nie podobało.
Nynaeve i Elayne uparły się, że będą szły na czele, z Reanne pośrodku i Mądrymi Kobietami tuż za nimi. Lan trzymał się obok Nynaeve niczym pies myśliwski, z ręką wspartą na rękojeści miecza stale wypatrywał czegoś, aż emanując groźbą. Tak naprawdę, nawet tutaj stanowiłby dostateczną ochronę dla dwóch tuzinów pięknych szesnastoletnich dziewczyn targających worki pełne złota, niemniej Mat nalegał, by Vanin i reszta mieli oczy otwarte. W rzeczy samej, były złodziej koni i kieszonkowiec w jednej osobie trzymał się tak blisko Elayne, że łatwo było mu przypiąć łatkę jej Strażnika, nieważne że raczej tłustego i odzianego w wymiętoszone ubranie. Beslan wymownie wywrócił oczami, gdy usłyszał polecenia Mata, a Nalesean z irytacją pogładził brodę i mruknął, że spokojnie mógłby dalej leżeć w łóżku.